Alma znaczy dusza

ANJA FRANCZAK: Żałoba to nie tylko ból. Po czterech latach doszłam do punktu, w którym więcej we mnie miłości niż rozpaczy.

Reklama

Alma znaczy dusza

Alma znaczy dusza

28.10.2019
Czyta się kilka minut
ANJA FRANCZAK: Żałoba to nie tylko ból. Po czterech latach doszłam do punktu, w którym więcej we mnie miłości niż rozpaczy.
AGATA GRZYBOWSKA DLA „TP”
P

PRZEMYSŁAW WILCZYŃSKI: Zacznijmy od końca. Od spaceru.

ANJA FRANCZAK: W sierpniu tego roku byłam w Karlsruhe na cmentarzu, wielkim jak niejedna dzielnica. Innym niż w Polsce: na grobach rosną kwiaty i krzaki, nie ma betonu, za to jest dużo natury. Trawa, drzewa, rośliny.

W środku cmentarza znajduje się wydzielona przestrzeń.

„Ogród życia” według projektu pedagożki specjalnej Barbary Kieferle-Stotz. Symboliczne odwzorowanie procesu żałoby.

Tu nie ma już grobów. Na teren instalacji wchodzimy wąską ścieżką, po bokach roślinność: kwiaty, drzewa. Zapachy, słychać śpiew ptaków. Życie.

O życiu – nowym życiu – dowiedziała się Pani ponad cztery lata temu.

Podczas najzwyklejszego badania u ginekologa. Wtedy moje życie pozornie wyglądało na ustabilizowane: od kilku lat ta sama praca, związek.

A równocześnie wspominam tamten okres jako czas napięcia. Dużo się wtedy martwiłam, wielu rzeczy się bałam. I byłam niepewna siebie: pochodzę z niemiecko-chorwackiej rodziny, ale poznałam Polaka, więc zamieszkałam w obcym dla siebie wówczas miejscu. Mimo że osiągnęłam różne sukcesy, cały czas myślałam, że muszę być lepsza, że niewiele potrafię.

Po tym, jak dowiedziałam się o dziecku, wpadłam w wir paradoksalnych emocji: wiele radości, trochę lęku. Dominowało jednak szczęście.

Jak by je Pani opisała?

Jak na początkowym etapie „Ogrodu życia”: czujesz wszystkimi zmysłami życie. „Coś” we mnie rośnie, rozkwita. Coś, co jest już częścią mnie, a równocześnie w dużym stopniu poza moją kontrolą. Trudno tę więź ubrać w słowa: to coś pierwotnego, bardzo biologicznego i jednocześnie duchowego. Moje dziecko było tak małe, że nie czułam nawet jeszcze jego ruchów. Widziałam tylko kropkę na ekranie podczas badania.

Rozmawialiście.

„Zrobię wszystko, żeby ci było na tym świecie dobrze” – mówiłam. Albo: „To niesamowite, że jesteś, że będziemy się poznawać”. W relacji dziecka z matką miłość jest od początku. Kobieta jest matką od tego momentu, kiedy dowiaduje się o ciąży. Widzi po sobie zmianę: pojawia się koktajl hormonów, który nie pozwala zapomnieć, że jest inaczej, niż było. Budzisz się rano z myślą: „Wow, jestem w ciąży!”. Zmieniają się priorytety. Odwołałam udział w konferencji, bo słabo się czułam. Wcześniej bym tego nie zrobiła.

Idziemy tą ścieżką życia, ale w oddali widzimy bramę.

Symbolizuje ona moment straty. Po jej przekroczeniu wszystko się zmieni, ale na razie tego nie widać. Albo inaczej: nie widać tego ze ścieżki, którą opisałam na początku. Bo można też wybrać inną, prowadzącą wzdłuż muru, i chyba lepiej oddającą moją historię. W tym murze są okienka. Widać przez nie zupełnie inny krajobraz: ciemno, ponuro, na ziemi porozrzucane kamienie. To jakby wgląd w powierzchnię innej planety.

Ta ścieżka opowiada o doświadczeniu wielu osób, którzy np. opiekują się chorą osobą w rodzinie: wiesz albo przeczuwasz, że niedługo wszystko się zmieni. Że przyjdzie śmierć.

U Pani była kolejna wizyta u ginekologa.

Podczas której lekarka, badając mnie, zamilkła. Wtedy już czułam, że coś jest nie tak. Pojawiły się niepewność i lęk. Tak jakbym zaglądała przez te okna. Choć wówczas jeszcze o tym nie wiedziałam. Może dlatego, że u nas w ogóle nie mówi się o czymś, co jest doświadczeniem nawet co czwartej kobiety w ciąży! Myślałam wcześniej, że to się dzieje raz na tysiąc.

Gdy pani doktor wreszcie przemówiła, powiedziała, że „to nie jest idealny obraz” i że „nie może znaleźć bicia serca”. Ale dodała, że to jeszcze nic nie znaczy. Zaleciła dodatkowe badania. Wyszłam. Pojawiły się niepewność i lęk. Tak jakbym zaglądała przez te okna.

Następne dni były najgorszymi w moim życiu. Najpierw był SMS od lekarki po tym, jak dostała wyniki kolejnych badań. Jakkolwiek to brzmi, taka jest prawda: informację, że moje dziecko nie żyje, dostałam SMS-em.

Co w nim było?

„Niestety, wyniki nie są w normie, ciąża nie rozwija się prawidłowo. Bardzo mi przykro. Proszę przyjść na konsultację w czwartek”.

Była niedziela.

Brak empatii? Lęk?

Chyba i jedno, i drugie. Lęk wynikający z braku edukacji, ćwiczenia, doświadczenia. Czy na studiach medycyny nie uczy się tego, jak przekazać złe wiadomości w sposób empatyczny? Jest to przecież jedno z największych wyzwań i najtrudniejszych zadań lekarzy.

Odpisałam, że nie chcę czekać, że muszę przyjść nazajutrz. W poniedziałek pojechałam do innej przychodni. Siedzę w poczekalni. I nagle mija mnie moja pani ginekolog. Okazało się, że pracuje i tutaj. Przeszła obok. Nie jestem pewna, ale wydaje mi się, że tylko udała, że mnie nie widzi...

Weszliśmy z moim partnerem do gabinetu. Za stołem starsza lekarka, wzięła wyniki, zaczęła je wertować. Powiedziała: „A, no to trzeba TO wyskrobać”. Mój partner potem stwierdził: „Nie wierzę, że użyła takich słów”...

Dostałam skierowanie do szpitala. Bez jednej choćby informacji. Co się stało? Dlaczego? Co mi będą robić?

Potem noc. I kolejne dni.

Szukałam miejsca w szpitalu. Codziennie jechałam do innego, i po kilku godzinach czekania okazywało się, że nic z tego. Nie było wolnych miejsc. Dopiero później się dowiedziałam, że w Warszawie codziennie dziesiątki kobiet tracą dzieci.

W każdym z tych szpitali próbowałam się czegoś dowiedzieć. „To pani ginekolog niczego nie mówiła?” – pytali. A przecież lekarka powiedziała: „Wszystkiego dowie się pani w szpitalu”. Raz złapałam jakiegoś młodego, totalnie zestresowanego lekarza, i wymusiłam na nim informacje. Przekazywał je na korytarzu, wśród tłumu ludzi.

Przez te kilka dni oczekiwania w nocy budził mnie mój własny płacz. Moje ciało przejęło nade mną kontrolę. Byłam odrętwiała. Przerażenie było tym większe, że ktoś z rodziny mnie nastraszył: gdzieś słyszał, że noszenie zmarłego płodu zagraża matce. Później się okazało, że to bzdura, ale wtedy uwierzyłam i siedziałam sparaliżowana lękiem.

Po trzech dniach przyszła informacja: jest wolne miejsce. Dopiero w tym szpitalu poczułam ulgę: wreszcie miejsce, w którym ktoś się mną zajmie.

Pamiętam, że leżąc na tym oddziale odruchowo sama siebie obejmowałam rękami.

Sama siebie Pani przytulała?

Robiłam podświadomie coś, czego nie zrobił nikt naokoło. Jakbym chciała w zastępstwie tych ludzi powiedzieć: „Tak, wiem, że stało się coś strasznego, zmarł ktoś dla ciebie najbliższy. Nie mogę nic konkretnego zrobić, ale będę z tobą”. W tym szpitalu zdałam sobie sprawę, że jestem kompletnie sama.

Potem zabieg. I wypis.

Kiedy w Karlsruhe przekracza się próg wspomnianej bramy i wkracza w nową przestrzeń, najbardziej wstrząsający jest kontrast. Przecież przed chwilą była bujna roślinność, intensywne zapachy, kolory. Nagle pojawia się to, co było widać przez okna: czerń, szarość, na sporej przestrzeni same kamienie. Nie rozpoznajesz tego świata, nie wiesz, gdzie jesteś. Żałoba jest jak obcy kraj. Nie masz mapy, nie wiesz, dokąd pójść.

Pani też wtedy nie wiedziała.

Więcej: nie miałam dostępu do swoich emocji. Czułam się strasznie, ale więcej w tym było pustki, odrętwienia i fizycznego bólu niż świadomego poczucia straty, do którego nie dałam sobie prawa. W tym sensie weszłam w jakiś rodzaj między-przestrzeni, której w ogóle w tej instalacji w Karlsruhe nie ma.

Ta przestrzeń to narracja: „Nic się nie stało”. Nieraz słyszałam takie zdania jak: „Wkrótce będziesz miała kolejne dziecko” albo „Przynajmniej teraz wiesz, że możesz zajść w ciążę”. Ludzie nie zdają sobie z tego sprawy, ale takie przekazy w pewnym sensie bagatelizują to, co się stało.

Dopiero później uzmysłowiłam sobie pewien kulturowy paradoks: w Polsce bardzo dużo się mówi o złu aborcji, są głośne ruchy pro-life, które podkreślają, że życie jest ważne od poczęcia. A równocześnie gdy kobieta poroni, nie traktuje się tego jak śmierci. Nikt już nie mówi: „Tak, to był twój syn albo twoja córka, masz prawo do rozpaczy”.

Ten stan pustki u mnie trwał kilka tygodni. A potem się kompletnie załamałam. Odezwała się nie tylko moja psychika, ale też ciało. Problemy zdrowotne, które miałam, coraz bardziej się nasilały. Np. moja alergia wybuchła z taką mocą, że nie dało się jej kontrolować.

Pracowała Pani?

Tak, ale zdarzało mi się, będąc w biurze, zamykać się na pół godziny w toalecie, by płakać. Potem wracałam i udawałam, że wszystko jest w porządku. To musiało pęknąć.

Co się wydarzyło?

Zaprosiła mnie sąsiadka, która dopiero co urodziła. Poszłam. Patrzyłam na nich, wmawiając sobie, że ten widok nie ma nic wspólnego ze mną. Stałyśmy w łazience, ona myła dziecko. Podała mi w którymś momencie do potrzymania sweterek. Pamiętam smak tej sceny, dotyk tego ubranka. Wtedy coś we mnie pękło. Poczułam, że muszę wyjść.

W domu zaczęłam płakać i nie mogłam przestać. Nie wiem, jak długo to trwało, na pewno kilka godzin. A potem – z przerwami – kilka kolejnych dni. Być może dopiero w tym momencie wkroczyłam do wspomnianej przestrzeni z kamieniami w Karlsruhe, dopiero od tego momentu rozpoczęła się moja żałoba.

Ta rozpacz, ale też towarzyszące jej choroby, dolegliwości, przerwy w pracy – to wszystko trwało prawie rok. W tym czasie byłam raz w szpitalu w Niemczech, który leczy choroby skóry w sposób holistyczny, bez użycia sterydów. Po raz pierwszy rozmawiałam tam z psycholożką o mojej stracie. Zyskałam dostęp do własnych emocji. I świadomie przeżyłam ten najcięższy etap: mrok, szarość, samotność.

W „Ogrodzie życia” z tej otoczonej płotem przestrzeni przechodzi się do kolejnej.

Ale – co ważne – to nie jest wędrówka „linearna”. Bo też żałoba, wbrew wielu mitom i stereotypom, nie ma takiego charakteru. Model sukcesywnych faz żałoby już od dłuższego czasu uważany jest za przestarzały. Za mało ma wspólnego z rzeczywistością.

Wraca życie: znowu drzewa, trawa, kwiaty. Są ścieżki, a przy nich kolejne elementy instalacji. Zwykle odnoszące się do emocji.

Zaraz po wyjściu ze strefy kamienistej natrafiamy na drewnianą rzeźbę wyglądającą jak ściana. W ścianie jest dziura w kształcie ludzkiego ciała. Chodzi moim zdaniem o bycie i niebycie – ktoś w tym obrazie jest obecny poprzez brak. Szczególnie na początku żałoby wszystko przypomina kochaną, utraconą osobę. Dosłownie wszystko może wyzwalać emocje, nie tylko biegające w parku dzieci albo kobiety w ciąży. To może być piękna przestrzeń ze wspaniałą pogodą – widzisz ten krajobraz i myślisz, że twoje dziecko tego nigdy z tobą nie zobaczy.

W „Ogrodzie życia” leżą głazy. Do czego się odnoszą?

Można ich obecność interpretować dowolnie, ale na tablicach jest napisane, że odsyłają do poczucia winy. „Zrobiłem coś nie tak”, „za mało”...

Pani też tak myślała?

Może to ta gorąca kąpiel? Ten jeden papieros zapalony, gdy jeszcze nie wiedziałam, że jestem w ciąży? Leki? Przez jakiś czas byłam wręcz przekonana, że zabiłam swoje dziecko. A gdy dzieliłam się tą myślą z innymi, natrafiałam na ostre reakcje. „Bullshit”, „głupota”, „chore” – słyszałam. Nie da się powiedzieć osobie po stracie gorszej rzeczy: do poczucia winy dodajemy w ten sposób informację: „Coś jest z tobą nie tak”.

Doznałam ogromnej ulgi, dowiadując się później, że poczucie winy to wszechobecna emocja przy stracie. I że ona coś nam daje. W konfrontacji ze śmiercią doświadczamy bezradności, całkowitej utraty kontroli. Paradoksalnie łatwiej konfrontować się z wyimaginowaną winą niż z bezradnością. Dlatego trzeba po prostu uznać, że to poczucie winy jest. A potem przyglądać się temu, co jest jego treścią, i rozbrajać na poziomie racjonalnych argumentów.

Rozmawiałam z wieloma ludźmi po stracie. Może to pana zdziwi, ale pytanie, które słyszę najczęściej, brzmi: „Czy to jest normalne?”. „Czy to normalne, że codziennie chodzę na cmentarz?” – zapytał ktoś, prawdopodobnie dlatego, że tę „nienormalność” zasugerował jego bliski. „Czy to normalne, że minęło pół roku, a ja nie ruszyłam jego pokoju?”.

Tak, to normalne!

Kolejna stacja „Ogrodu życia”: ogromne drzewo z opadającymi niemal do ziemi liśćmi. Pod nim duży kawał drewna z wyciętym napisem: „wut” („złość”).

Przed nim sterczą z ziemi trzy grube rury, przypominające kawałki rynien. W te „rynny” każdy przechodzący może wrzasnąć, co chce. One nie tłumią krzyku, tylko go przejmują.

Co ma złość do żałoby?

To może być złość z powodu straty, złość na Boga albo na ludzi, którzy nie dostrzegają mojego cierpienia.

We mnie też była złość. Znalazłam do niej dostęp po spotkaniu ze znajomą z czasów studenckich w Niemczech. Opowiedziała mi o swojej stracie dziecka. Tylko że jej historia różniła się od mojej: ona została przez ludzi będących częścią całego systemu ochrony zdrowia poprowadzona za rękę. Od początku ją o wszystkim informowano, wspierano, także psychologicznie. Opowiedziała mi też, że została jej przydzielona „towarzyszka w żałobie”: osoba również doświadczona stratą, która pomagała jej w organizacji pogrzebu, wspierała psychologicznie, uczyła rozmawiać, także z kilkuletnim synkiem – o stracie. Gdy mi to opowiadała, pojawiła się złość – na to, jak ja zostałam potraktowana przez tych, którzy kazali mi „iść do przodu”.


Czytaj także: Piękna jak życie - rozmowa ze Stephenem Jenkinsonem


W Karlsruhe jest jeszcze inna drewniana rzeźba. Tłum gdzieś biegnących osób – widzimy tylko ich nogi. Pod spodem napis: „Zatrzymaj się”. To nie jest łatwe: bliscy i przyjaciele kogoś, kto doświadczył straty, często nie wiedzą, jak zareagować. Więc często się wycofują. Od pewnej wdowy usłyszałam, że jak szła po śmierci męża ulicą, to niektórzy przechodzili na drugą stronę.

Najlepszym sposobem na ten lęk jest najprostsze zdanie pod słońcem: „Nie wiem, co powiedzieć”. Można wyrazić swoją niepewność. Wtedy zbliżamy się do drugiego człowieka.

Pani udało się zaprosić wielu bliskich do swojego świata żałoby.

Od kiedy zaczęłam świadomie przepracowywać swoją stratę, jestem w stanie wyrazić lepiej to, czego potrzebuję. Więc zaprosiłam też swoich najbliższych do uczestnictwa w zadaniach – bo w żałobie musimy zmierzyć się z różnymi zadaniami. Jednym z nich jest ustalenie, kim zmarła osoba była dla nas i kim była w systemie rodzinnym. Dzisiaj jestem w nowym związku, w którym historia mojego dziecka też ma swoje miejsce. Pewnego dnia spytałam męża, czy nie chciałby mojego dziecka „zaadoptować”. Przecież gdyby nie zmarło, pewnie dzisiaj żyłoby razem z nami. Zgodził się, był wzruszony.

To ustalenie miejsca w rodzinie jest szczególnie trudne w przypadku nienarodzonych dzieci. One przecież jeszcze tego miejsca nie miały. Trzeba je im nadać.

Kolejne zadanie: rytuał pożegnania.

W moim przypadku to kolejna opowieść o walce, także z systemem. Ta historia zaczyna się już w szpitalu. Po poronieniu podsunięto mi formularz. Wśród medycznych pytań pojawiło się takie, które mnie zaskoczyło: czy chcę pochować swoje dziecko?

W ogóle o tym wcześniej nie myślałam. Byłam w szoku.

To pytanie w zasadzie przeczytała mi pielęgniarka, odhaczając kolejne odpowiedzi. Kiedy pytałam, z czym to się wiąże, usłyszałam: „Oj, to będzie bardzo skomplikowane. Musiałaby się pani ubiegać o kolejne dokumenty”. Dodała, że nie mogę „tego” – bo nie padło, o ile pamiętam, słowo „dziecko” – sama transportować. Muszę zamówić karetkę albo karawan.

Obrazy, które uruchomiła w mojej głowie, były przerażające: duża trumna dla kilkugramowego stworzenia. A nie miałam świadomości, jakie to ważne, i nikt wokół mnie jej nie miał. Nie dałam sobie prawa do posłuchania samej siebie.

A potem to do Pani wróciło.

Dopiero w tym roku. Poszłam do szpitala i spytałam, co robią z dziećmi takimi jak moje. Okazało się, że zbierają płody w chłodni, a dwa razy w roku są one odbierane przez zakład pogrzebowy i zbiorczo chowane. Po wielu próbach uzyskania jakichkolwiek informacji na temat miejsca pochówku, w końcu dowiedziałam się czegoś od proboszcza parafii. Udało mi się dotrzeć w to miejsce. Znalazłam zbiorczy grób dzieci nienarodzonych na cmentarzu.

Jak Pani zareagowała?

Niewiele mi to dało. Widać było, że może od czasu do czasu ktoś tu bywa, ale ogólnie jest to miejsce niezadbane. Wokół dużo śmieci, plastikowych butelek, opuszczonych grobów. Z jednej strony czułam ulgę, że tu dotarłam, a z drugiej myślałam: „To tutaj leży moje dziecko?”. Byłam smutna. Powiedziałam: „Przykro mi, że tutaj jesteś”. Była też jakaś część mnie, ta podejrzliwa, która myślała: skoro cała ta procedura pochówku jest taka skomplikowana i w dodatku tajna – bo o terminie nie informuje się rodziców – to kto da mi gwarancję, że moje dziecko naprawdę tu jest?


Czytaj także: Marek Rabij: Gdy ciało staje się słowem


Miałam ze sobą słoik, wypełniłam go ziemią. Potem poszliśmy razem z mężem na spacer nad Wisłę. Znaleźliśmy kamień, zaniosłam do kamieniarza, który wygrawerował na nim imię: Alma.

Brzmi jak imię dziewczynki.

Moje dziecko umarło, zanim ktokolwiek był w stanie ustalić jego płeć. Po tej śmierci zdarzało mi się mówić albo myśleć, że to „mała dusza”, która mnie tu – na świecie – na chwilę odwiedziła. Odkryłam, że w hiszpańskim dusza to właśnie „alma”. W kilku krajach jest to imię żeńskie, a z kolei w Bośni – męskie. „Alma – 2015” – taki napis został wygrawerowany na kamieniu.

Wzięliśmy tę ziemię, ten kamień, i pojechaliśmy do mojej rodzinnej miejscowości w Niemczech. Razem z moimi rodzicami pojechaliśmy na cmentarz. Tata wykopał niewielki dołek, wsypałam do niego ziemię ze słoika. Wszystko odbyło się – choć nie było tak planowane – w Wielkanoc. Miałam w oczach łzy: to było piękne domknięcie.

Choć nie koniec wędrówki przez żałobę.

To tak jak w „Ogrodzie życia”, gdzie droga nie wiedzie z punktu A do B. Spacerujemy, zatrzymujemy się, idziemy dalej, czasem wracamy.

Jest tam most, który po wejściu nań okazuje się wyjątkowo niestabilny, chwiejny. Żałoba to stan, w którym musimy się na nowo uczyć życia, emocji, rozmawiania z ludźmi.

W ogrodzie jest mała górka, na której można usiąść i odpocząć od żałoby. Spojrzeć na drogę, którą się już pokonało. Zobaczyć, ile udało się przetrwać.

Nieopodal cmentarza jest Centrum Żałoby.

Stworzone także przez Barbarę Kieferle-Stotz. Lokalizacja Centrum jest nietypowa: zwykle tego rodzaju placówki są oddalone od miejsca, z którym kojarzy się cierpienie. Ta instytucja oferuje różne rodzaje wsparcia. Są grupy podzielone na kategorie: starsi, którzy stracili partnerów bądź współmałżonków; młodzi wdowcy i wdowy; rodzice po stracie dzieci. Centrum oferuje oprowadzanie po „Ogrodzie życia” również ludziom, którzy jeszcze nie doświadczyli straty. Oferuje im obraz, symbol, by lepiej sobie wyobrazili, jak się czuje osoba w żałobie.

Centrum w Karlsruhe zyskało z czasem takie uznanie, że miasto stworzyło specjalne stanowisko pracy: towarzysza w żałobie.

Którym i Pani postanowiła zostać.

Najpierw dużo czytałam. Później zgłosiłam się do instytutu w Heidelbergu, który prowadzi podwójny kurs: na duszpasterza i na towarzysza w żałobie. Postanowiłam się zapisać. Kurs trwa rok, jeżdżę tam z Warszawy raz na sześć tygodni.

Ale gdy się tam zgłosiłam, nie wiedziałam jeszcze, że zajmę się tym zawodowo. Chodziłam w Polsce jako wolontariuszka do hospicjum, i na podstawie spotkań z pacjentami doszłam do wniosku, że nie jestem do podobnych rozmów przygotowana.

Rozpoczęłam kurs, a równocześnie otworzyłam bloga „Sprawy ostateczne”. Zaczęli do mnie pisać ludzie z całej Polski. Coraz częściej rozmawiałam z ludźmi po stracie.

W Niemczech towarzysz w żałobie to już część systemu wsparcia.

Zatrudniają go nawet zakłady pogrzebowe. Ale też hospicja. Bywa finansowany – jak w Karlsruhe – z lokalnych budżetów.

W Polsce to instytucja nieznana.

W ogóle brakuje miejsc, do których ludzie po stracie mogliby się zwracać. W Warszawie istnieje wspaniała fundacja, „Nagle sami”. Ale na miasto, w którym mieszkają dwa miliony ludzi, mogłoby istnieć dwadzieścia takich miejsc.

Są terapeuci, działają – np. przy hospicjach – grupy wsparcia. Czym na ich tle jest towarzysz żałoby?

Po angielsku brzmi to nie do końca ciekawie: grief counselor, czyli „doradca”. Wolę niemieckie Begleiter, a więc właśnie „towarzysz”.

Towarzysz to ktoś, kto nie pokazuje drogi – on idzie obok ciebie na twojej drodze. Jako towarzyszka dysponuję wiedzą, ale kiedy wchodzę w relację z drugą osobą, staram się zapomnieć o tej wiedzy. Nie myślę o teoriach, modelach i etapach żałoby, bo mogą nie pasować do emocji człowieka, który siada naprzeciwko.

Poza tym towarzyszenie w żałobie to jednak ścisła specjalizacja – terapeuta zwykle zajmuje się szerszym wachlarzem ludzkich problemów. Idąc dalej: terapia ma sformułowany na początku cel – co chce osiągnąć. Ja nic nie chcę osiągnąć: stwarzam przestrzeń do tego, by ta osoba mogła być taka, jaka w danej chwili jest. Wszystkie myśli i emocje mogą być wyrażone. Nie oceniam.

Pani na to nie pozwolono.

Nie tylko mnie. Jesteśmy jako społeczeństwo bardzo niecierpliwi. Istnieje presja, by jak najszybciej wrócić: do zdrowia, do radości, do „normalnego” stanu. Irytują mnie oczekiwania, jakie do osób w żałobie miewają ich bliscy. „Ludzie, wy na serio uważacie – myślę sobie wtedy – że jak ktoś po trzech miesiącach nie posprzątał szafy po żonie, to jest z nim coś nie tak?!”.

I tu wracamy do roli towarzysza: przy nim smutek może sobie trwać tyle, ile po prostu trwa. A człowiek może odnajdywać we własnym tempie źródła swojej siły. Tych momentów – czasem w codzienności, czasem w pamięci – dzięki którym może być z dnia na dzień trochę lepiej, mimo że generalnie, przynajmniej na razie, jest strasznie.

Wróćmy na moment do „Ogrodu życia”. Jest tam jeszcze inny przystanek. Z trzykrotnie powtórzonym napisem: „liebe” – „miłość”.

Wiąże się to z osobą Rolanda Kachlera, psychologa, który prowadził zajęcia na moim kursie. Instruował, by wyobrazić sobie, że niesiemy swoją żałobę na dwóch dłoniach. Na jednej jest rozpacz, ból – na drugiej miłość i poczucie więzi. Żałoba to splot obu dłoni.

Kachler jest w Niemczech znaną postacią, wydał kilka książek o stracie. To pionier nowego myślenia o niej. Jeszcze w latach 80. głównym założeniem było uznanie żałoby za coś, co kończy się swoistym oddzieleniem od osoby, którą straciliśmy, „pójściem dalej”. Kachler sam tak uważał, dopóki nie stracił w wypadku 16-letniego syna. Trafił na nurt badań żałoby w Stanach Zjednoczonych, którym zajmował się Dennis Klass, autor książki „Continuing bonds”, co można przełożyć jako „Nieprzerwane więzi”.

To się wiąże z napisem „miłość”, o którym pan wspomniał. Przychodzą w żałobie momenty, w których ból przestaje być doznaniem nie do zniesienia, i wtedy możesz znowu poczuć miłość do tego, kogo straciłeś.

Pani nadal jest w żałobie?

Jeśli definiujemy ją tylko jako okres bólu i rozpaczy – to już nie. Pozbyłam się też poczucia winy i poczucia bycia ofiarą. Pewnie, że pojawia się smutek. Ale to już nie jest ten smutek jak z koszmarów. Raczej znany mi i oswojony gość, którego – może bez większego entuzjazmu, ale też bez wielkiego lęku – wpuszcza się do domu. Bo wiem, że on nie zostanie.

Ale żałoba to nie tylko ból. Po czterech latach doszłam do punktu, w którym więcej we mnie miłości niż rozpaczy. Zbudowałam ze swoim dzieckiem bardzo silną więź. Nadal rozmawiamy. To w mojej wyobraźni bardzo mądra, kochająca istota. Często proszę ją nawet o poradę. Ona jest częścią mojej historii. I pozostanie nią do końca mojego życia. ©℗

 

Ogród życia to znajdująca się na terenie cmentarza komunalnego w niemieckim Karlsruhe instalacja symbolicznie odwzorowująca proces żałoby. Zbudowany został według przygotowanego w 2007 r. projektu pedagożki specjalnej, psychiatry i towarzyszki w żałobie – Barbary Kieferle-Stotz. Poszczególne części Ogrodu odsyłają do różnych faz życia osób, które tracą kogoś bliskiego: mierzenia się z odchodzeniem, szoku straty, a następnie żałoby. Kilkanaście stacji Ogrodu obrazuje różne stany i emocje, jakie towarzyszą stracie.

Galeria zdjęć

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Przemysław Wilczyński / Fot. Grażyna Makara
Dziennikarz działu krajowego „Tygodnika Powszechnego”, specjalizuje się w tematyce społecznej i edukacyjnej. Jest laureatem Nagrody im. Barbary N. Łopieńskiej i – wraz z Bartkiem Dobrochem...

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

ale też, młoda niezamężna kobieta, taka np. jak Maria. Ta sama, o której pisał Izajasza, a tłumacze Septuaginty przetłumaczyli jako dziewica.
Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]