Józef Czapski, Wojciech Karpiński, Korespondencja: Jesień 1965 r., paryska restauracja koło dworca Saint-Lazaire. Zygmunt Hertz, jeden z filarów „Kultury”, przyprowadza młodego przybysza z Warszawy – Wojciech Karpiński ma 22 lata, ale wygląda jak nastolatek. Przy stoliku czeka już 69-letni Józef Czapski.
Tak się zaczęła wieloletnia znajomość, a potem przyjaźń. Młody Karpiński był do tego spotkania dobrze przygotowany. Dzięki ciotce pracującej w warszawskim Muzeum Narodowym obejrzał przechowywane tam obrazy Czapskiego. Wiedział, czym jest „Kultura”, dokładnie też przeczytał „Oko” – wydany przez Giedroycia tom szkiców Czapskiego.
Nic dziwnego, że malarz polecając go później Maciejowi Morawskiemu, dziennikarzowi i działaczowi emigracyjnemu, nazwie go wunderkindem, cudownym dzieckiem: „Zupełny fenomen, jeżeli chodzi o oczytanie, o poziom myślenia i chyba także o gatunek człowieka”.
Czytaj całą recenzję

● Jennifer Croft, „Wymieranie Ireny Rey”: Wydane właśnie w Polsce „Wymieranie Ireny Rey” to ironiczna, zabawna, a przy tym nienachalnie paraboliczna opowieść o kondycji współczesnych tłumaczy. Jeśli chodzi o formę, mamy tu do czynienia z prawdziwą wieżą Babel – w pierwszych zdaniach powieści dowiadujemy się, że czytany przez nas tekst jest tłumaczeniem na angielski zaginionego oryginału, który został napisany po polsku przez Argentynkę.
Jakby tego było mało, powieściowa „tłumaczka” jest jednocześnie bohaterką opowieści i co jakiś czas daje znać, jak bardzo nie podoba jej się sposób, w jaki została przedstawiona. A przecież potem już najzupełniej realna Kaja Gucio musiała jeszcze przełożyć to wszystko na polski! Całe szczęście zawartość tej literackiej „szkatułki”, a co za tym idzie: fabuła „Wymierania...”, jest zupełnie przejrzysta.
Ośmioro tłumaczy i tłumaczek z całego świata przyjeżdża do Puszczy Białowieskiej, by w towarzystwie wybitnej polskiej pisarki, Ireny Rey, przełożyć jej owiane tajemnicą opus magnum. Atmosfera tego plenum jest skrajnie sekciarska – zgromadzeni nie znają swoich imion, istnieją zakazane tematy, a autorka traktowana jest jak półbogini („Matka boska literacka”).
Czytaj całą recenzję

● Qiu Miaojin, „Zapiski krokodyla”: 4 maja 2019 r. ostatecznie zalegalizowano na Tajwanie małżeństwa osób tej samej płci. Qiu Miaojin, autorka „Zapisków krokodyla”, nie doczekała tej chwili, popełniła samobójstwo.
To istotny kontekst dla powstałej ponad dwie dekady temu powieści. Otóż „Zapiski krokodyla” to dziennik młodej lesbijki, mieszkającej na przełomie lat 80. i 90 w Tajpej. Dziewczyna pisze o swoich studiach, związkach, tożsamości. I chociaż każda zajawka powieści mówi o niej w kontekście LGBT, książka właściwie omija kontekst walki o prawa osób nieheteronormatywnych.
Na Tajwanie ten temat niemal nie istniał, a queerowość bohaterki, Laćki, realizuje się w codziennych negocjacjach ze sobą i dziewczynami, na punkcie których ma obsesję. Z drugiej strony Laćka nie przeprasza nikogo za swoją orientację i nie ukrywa jej. To może być jeden z powodów, dla których powieść zyskała tak dużą popularność w Tajwanie i na świecie.
Relacja głównej bohaterki ze światem przebija się w krótkich fragmentach napisanych z perspektywy ambiwalentnego płciowo Krokodylo.
Czytaj całą recenzję

● Rafał Skalski, „Morderca szyty na miarę”: To miał być spektakularny tryumf organów ścigania. I opowieść niczym z kryminału: o bezkompromisowym i nieszablonowym śledczym, dzięki któremu sprawiedliwości po latach staje się zadość. Bo sprawa też wyglądała jak z kryminału. Ściślej – z „Milczenia owiec”.
W 1998 r. w Krakowie zaginęła studentka Katarzyna Zowada. Niebawem na Wiśle w mechanizm pchacza barek zaplątała się jej skóra: precyzyjnie odpreparowana i skrojona jak gorset. 19 lat później po wymyślnym śledztwie angażującym ogromne środki i koszty, które zdążyło już obrosnąć legendą, o zbrodnię oskarżono chorego na schizofrenię Roberta Janczewskiego.
Z końcem 2024 r. sąd II instancji całą tę legendę obrócił w perzynę. Tysiące stron akt okazały się nie zawierać żadnego dowodu winy oskarżonego, którego uniewinniono.
Trzyodcinkowy serial dokumentalny HBO Max opowiada nie tylko o bezmiernej kompromitacji prokuratora, policji i sądu I instancji, który skazał Janczewskiego na dożywocie na podstawie niewłaściwych badań rzekomego włosa ofiary. Jest gorzej: wynika zeń, że człowiek, którego ponad dwie dekady życia zostały przeorane przez śledczą machinę, był wrabiany.
Czytaj całą recenzję

● Karolina Wójcicka, „Z nakazu Boga. Izraelczycy i wojna w Strefie Gazy”: Choć to debiut, mamy do czynienia z niezwykle staromodną – w najlepszym tego słowa znaczeniu – pracą dziennikarską. Autorka „Dziennika Gazety Prawnej” podjęła się próby wyjaśnienia, co o trwającej ponad dwa lata wojnie sądzą Izraelczycy.
Na kartach książki poznajemy słowa przedstawicieli różnych tamtejszych warstw społecznych. Wójcicka rozmawia z fanatykami – co już widzieliśmy. Ale także z będącymi w mniejszości działaczami pokojowymi. „Moim zadaniem jest przekonać Izraelczyków, że po drugiej stronie granicy rozgrywa się tragedia” – mówi jej aktywista Alon-Lee Green.
Czytaj całą recenzję

● Serial „The Pitt”: Określany przez branżę medyczną jako jeden z najbardziej realistycznych seriali medycznych w historii, korzysta z kilku interesujących zabiegów formalnych, które składają się na telewizję, trzymającą nas na krawędzi fotela – nawet bez uciekania się do tanich sztuczek scenopisarskich.
Po pierwsze, produkcja podąża rzadko spotykanym schematem, w którym czas ekranowy niemal jeden do jednego odpowiada czasowi rzeczywistemu. Piętnaście odcinków to piętnaście godzin nieprzerwanej pracy oddziału ratunkowego.
Akcję śledzimy więc z okazjonalnymi cięciami, niemal zawsze w środku wydarzeń. Druga rzecz, brak muzyki – nic ani nikt nie mówi nam, jak się mamy czuć. Kiedy ktoś umiera, nie ma smutnej piosenki w tle, są dźwięki sprzętu, hałas z sąsiednich sal, szuranie butów, klekot wózka i szloch bliskich. Wszelkie konfrontacje pomiędzy postaciami rozgrywają się w spojrzeniach, gestach i zdawkowych słowach – w trakcie dyżuru nie ma czasu na wielominutowe monologi – co wymaga zaangażowania i uwagi oglądających.
Po trzecie, zachowano bardzo dużą wierność wobec prawdziwych procedur medycznych. „The Pitt” jest powszechnie chwalone przez profesjonalistów za trafność w przedstawieniu chorób i urazów, a także metod ich diagnozowania i leczenia. Nie mamy tutaj skomplikowanych zagadek do rozwiązania. Są raczej „żywi” ludzie i często bardzo krwawe zabiegi.
Czytaj całą recenzję

● Michał Kuźmiński, „Z domu Israela. Śladami zapomnianej żydowskiej rodziny”: Prywatna historia rodziny Isacsohnów splata się nie tylko z losami przodków autora, ale też z Historią: zakup, a potem sprzedaż kamienicy na rynku w Golubiu, zmiany granic państw, śluby, narodziny i śmierci kolejnych członków rodziny, polityka kolejnych rządów, wyjazdy do szkół, pracy, na emigrację, przeprowadzka do Berlina, wojna, przetrwanie, Zagłada, ocalenie. Widzimy również, jak rośnie znajomość dziejów, w miarę jak jest zgłębiana.
Narrator nieustannie krąży wokół okładkowego zdjęcia, szuka informacji o zgromadzeniu na golubskim rynku, o samym budynku, wreszcie – o ludziach stojących na schodach. Ten głos nie dominuje jednak nad głosami dokumentów. To taniec z archiwami, którego kroków Kuźmiński uczy czytelnika z uprzejmą stanowczością, i w którym prowadzi, nie udając omniscjencji.
Czytaj całą recenzję

● Anders Thomas Jensen, „Ostatni wiking”: Świat skandynawskich wojowników w rogatych hełmach był brutalny. Reżyser Anders Thomas Jensen przypomina jednego z nich, kiedy uzbrojony w topór wyrusza na tereny „wrażliwe”, zamieszkałe przez uciekinierów, którzy na różne sposoby doświadczyli brutalności życia.
I cierpią, przykładowo, na rozszczepienie osobowości. Jak Manfred, któremu w dzieciństwie wydawało się, że jest wikingiem, dzisiaj zaś, w dojrzałym wieku, „przełączył się” na założyciela Beatlesów (Mads Mikkelsen w niejako podwójnej roli i z aluzją do wcześniejszej, w „Valhalla: Mroczny wojownik”).
Grubiańska komedia „Ostatni wiking” nie spisuje takich bohaterów na straty. Wręcz przeciwnie, pozwala im być, kim się czują, i wymachując toporem, karczuje dla nich równoprawne miejsce we wspólnocie. Z ironicznym mrugnięciem.
A jest to, trzeba przyznać, dość osobliwa kompania i z bardzo odległych parafii. Choćby taki Aker, brat Manfreda, czyli gangus po piętnastoletniej odsiadce (gra go Nikolaj Lie Kaas), ścigany przez byłych wspólników domagających się części łupu.
Czytaj całą recenzję

● Zofia Król, „Droga przez łąkę”: Jakie dziś słońce wpada, aż chciałoby się umyć szyby i wyjść przez nie na miasto” – pisał w wierszu „Poranek, dzień drugi” Adam Wiedemann, wyrażając chęć błyskawicznego przelania się w widzialność. Nic dziwnego: istnieć to znaczy przecież zarówno zajmować jakąś przestrzeń, jak i postrzegać ją. Pełne doświadczanie świata ma charakter dobitnie przestrzenny.
Niuanse tej problematyki porusza Zofia Król w eseistycznej „Drodze przez łąkę”. Punktem wyjścia jest rozpoznanie braku: w dobie kryzysu klimatycznego, alienującej techniki oraz polityki grodzenia utraciliśmy pierwotną więź z przyrodą, która operuje szerokimi planami. Dlatego buzować ma w nas – przekonuje autorka – dotkliwa tęsknota za krajobrazami. Kwestia ta jest również metafizyczna, bo zapośredniczony przez percepcję kontakt z otoczeniem może być rozumiany jako warunek wszelkich aktów świadomości.
Czytaj całą recenzję

● Albert Camus, „Notatniki”: Ponad osiemset stron – i co tu wybrać w krótkiej nocie? Bo to nie jest dziennik, czego autor, jak zauważa Tomasz Swoboda, był świadomy. Ani nieskrępowane wyznanie. Jak pisze Swoboda, „jest w Camusie jakaś fundamentalna wstydliwość, czy może raczej poczucie przyzwoitości, coś na kształt klasycystycznej zasady bienséance, zakazującej pokazywania rzeczy niestosownych, a w tym wypadku – publicznego obnażania się, także w tekście, nawet tak intymnym jak quasi-dziennik”. W dobie publikowania nieokiełznanych, czasem budzących zażenowanie wynurzeń to raczej rzadkość.
Kto jednak Camusa ceni, będzie miał co czytać. Choćby dlatego, że wejrzy – kolejnymi fleszami – w jego pisarski warsztat, w pracę nad powieściami, dramatami i esejami. Albo nad teatralną adaptacją „Biesów”; uwagi o postaci i dziele Dostojewskiego bardzo są godne uwagi! Albo znajdzie zwięźle sformułowane powody rozejścia się pisarza z przyjaciółmi z lewicy i jednoznaczny osąd stalinizmu, co w tużpowojennej Francji było grzechem niemal śmiertelnym... Albo świetne wypisy z lektur; polecam zwłaszcza uwagi na temat Hermana Melville’a, do którego prozy autor „Dżumy” często wracał.
Czytaj całą recenzję

● Dag Johan Haugerud, „Sny o miłości”: Matka i babcia spacerują po lesie i chociaż zapada zmrok, spierają się namiętnie o ejtisowy film „Flashdance”. Pierwsza czerpała z niego kiedyś wstydliwą przyjemność, druga uważa go za przykład nagannego uprzedmiotowienia kobiety. Tak oto konfrontują się ze sobą dwa feminizmy, lecz nie tylko o tym są „Sny o miłości”.
Główną bohaterką jest bowiem licealistka Johanne (świetna Ella Øverbye), która zakochuje się w nowej nauczycielce i prawie imienniczce Johannie, po czym w tajemnicy przed wszystkimi przelewa swoje odczucia na papier.
Ten zapis pierwszych uniesień nieźle namiesza w życiu trzech pokoleń kobiet. U starszych wywoła stłumione pragnienia i tęsknoty, przy okazji wystawiając na próbę ich postępowe poglądy czy własne ambicje. Dla najmłodszej z bohaterek literackie przetworzenie własnych emocji będzie początkiem fascynującej podróży inicjacyjnej.
Czytaj całą recenzję

● Maryla Szymiczkowa, „Szaleństwo i śmierć spłyną z gór”: Zofia z Glodtów Szczupaczyńska urodziła się wprawdzie w Przemyślu, do czego niechętnie się przyznaje, ale od dawna mieszka w Krakowie. Tu ją poznaliśmy 11 lat temu przy okazji pierwszego ze śledztw prowadzonych przez tę utalentowaną detektywkę amatorkę, żonę świeżo mianowanego profesora Uniwersytetu Jagiellońskiego. Pani Zofia rzadko opuszcza miasto, nawet jeśli chodzi tylko o Dębniki, a już podróż do Bochni okazała się niemal traumą.
W szóstym tomie cyklu autorstwa Maryli Szymiczkowej, której plenipotentami są małżeński duet Jacek Dehnel i Piotr Tarczyński, profesorowa zdecydowała się jednak na wyprawę do Zakopanego. Zagadki przez nią rozwiązywane dają okazję do malowania panoramy galicyjskiego świata przełomu XIX i XX w. Mamy właśnie rok 1905, a bez Zakopanego i Tatr – zmitologizowanych przez Przerwę-Tetmajera, Kasprowicza, Micińskiego i legion innych – Młodej Polski by nie było.
Czytaj całą recenzję

● Hans Henny Jahnn, „Noc z ołowiu”: Bywają autorzy wybitni, pozostający jednak na uboczu z powodu hermetyczności ich dzieła i niesztampowości ich poglądów. Jak Hans Henny Jahnn (1894-1959) – pochodzący z Hamburga prozaik, dramatopisarz, budowniczy organów, edytor dzieł kompozytorów epoki baroku.
Niechętny zarówno tradycji helleńskiej, jak i chrześcijańskiej, twórca sakralno-wyznaniowej wspólnoty Ugrino. Pacyfista, który po wybuchu I wojny światowej po raz pierwszy wyemigrował (do Norwegii), a lata hitleryzmu spędził na duńskiej wyspie Bornholm.
Jego otwarty stosunek do cielesności i biseksualizm (rozrysowanie jego relacji z przyjaciółmi, żoną i siostrą żony byłoby dosyć skomplikowane) ściągnęły nań opinię skandalisty. Zaprzyjaźniony z nim szwajcarski literaturoznawca Walter Muschg, autor „Tragicznych dziejów literatury”, uważał go za jednego z największych pisarzy XX stulecia.
Czytaj całą recenzję

● „Kowbojskie tango” Maggie Shipstead to zbiór opowiadań, które powstawały przez blisko dekadę. Rozbudowane historie, niemal miniaturowe powieści, łączy wrażliwość bohaterów: emocjonalna intensywność, skłonność do rozpamiętywania przeszłości oraz poczucie tragizmu, z którym zmierza się tu ku zakończeniom pozbawionym happy endu.
To opowieści osadzone poza centrami, na marginesach, gdzie intensywność życia zdaje się zanikać. W takim też pejzażu toczy się tytułowa opowieść: historia młodej dziewczyny uwikłanej w miłosny trójkąt, pełna napięć i zależności podszytych nieopowiedzianą przemocą, władzą i poczuciem braku przynależności. To narracja władzy i pożądania opowiedziana bez romantycznych złudzeń.
Czytaj całą recenzję

● Richard Linklater, „Blue Moon”: Jeśli kogoś można nazwać mistrzem ekranowego gawędziarstwa, to jest nim Richard Linklater. Twórca trylogii zapoczątkowanej „Przed wschodem słońca” potrafi tworzyć żywe kino z bardzo wielu słów i nie przeszkadzają mu w tym nawet najbardziej kameralne ramy.
Tak jak w filmie najnowszym, gdzie jeden marcowy wieczór z 1943 roku, zamknięty w nowojorskiej restauracji, skupia w sobie całą historię pewnego człowieka. Jego piosenki – „Manhattan”, „My Blue Valentine” czy tę z tytułu filmu – nucił cały świat. Dlaczego więc największy poeta amerykańskiego teatru muzycznego swoich czasów, uchodzący za duszę towarzystwa, był jednocześnie najsmutniejszą osobą na sali?
Czytaj całą recenzję

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.



















