Bunt młodych przeciwko sztucznej inteligencji. Świat coraz bardziej krytyczny wobec AI.

Sztuczna inteligencja najskuteczniej wygenerowała rozczarowanie i bunt wobec technologii. Przoduje w tym zwłaszcza pokolenie Zet.
Czyta się kilka minut
// ilustracja Nikodem Pręgowski dla „TP”
// ilustracja Nikodem Pręgowski dla „TP”

Kiedy były dyrektor generalny Google Eric Schmidt pojawił się na uroczystości wręczenia dyplomów na Uniwersytecie Arizony, oczywiste było, że wygłosi – jak i inni biznesmeni czy politycy w podobnych przypadkach – gładkie przemówienie o przyszłości i szansach. Jednak przy słowach, że „transformacja technologiczna” wywołana przez sztuczną inteligencję będzie „większa, szybsza i bardziej doniosła niż to, co było wcześniej”, zamiast oklasków usłyszał buczenie i zobaczył studentów ostentacyjnie wychodzących z sali.

Gdy kilka tygodni temu okazało się, że AI wykorzystano do wygenerowania efektów specjalnych, scen i obrazów w nowym teledysku Dawida Podsiadły, spotkało się to z gwałtowną reakcją fanów, grafików i ilustratorów. Artystę gremialnie zbesztano za AI slop, który odbiera ludziom pracę.

A przecież jeszcze w listopadzie 2024 r., gdy prof. Andrzej Dragan zrobił dla Quebonafide teledysk do utworu „Futurama 3”, w dużych dawkach używając generatywnego AI do stworzenia i elementów scenograficznych, i surrealistycznych, glitchowych wizuali, zachwyty sypały się gęsto. W kwietniu 2025 r. klip zdobył Fryderyka za teledysk roku.

Uruchamianie odtwarzacza...

We Francji, po tym jak Orange wdrożył narzędzia AI do geolokalizacji i automatycznego organizowania harmonogramów oraz interwencji serwisowych, zamiast zachwytów, jak bardzo jest nowoczesną firmą, oberwał strajkiem. Telekomunikacyjnemu gigantowi zarzucono m.in., że nowe systemy będą prowadzić do stałego monitorowania pracowników i rozwoju kultury „zarządzania przez algorytm”.

Jeszcze na dobre nie zadomowiła się generatywna AI, jeszcze nie doszło do naprawdę masowych wdrożeń automatyzacji w usługach, jeszcze nie widać powszechnego zastępowania ludzkiej pracy przez AI… a już zaczęła wzbierać fala sprzeciwu.

Dyskomfort, obrzydzenie, koktajl Mołotowa: reakcje na AI

Nie ma dobrego tłumaczenia angielskiego słowa „backlash”. A szkoda, bo właśnie taki „backlash”, czyli opór, niechęć i bunt wobec AI, big techów i nieposkromionego rozwoju technologii rozlewa się przez świat i dochodzi też do Polski.

Odpowiedzialne za to zjawisko są zaś giganty technologii i ich szefowie, którzy tak mocno pompowali balonik wokół sztucznej inteligencji – i tak gorliwie zapowiadali przejmowanie przez nią ludzkiej pracy – że w miejsce zachwytów zgotowali sobie niechęć i protesty.

Dowody, że ludzie mają dość, się mnożą: koktajl Mołotowa rzucony w dom założyciela OpenAI Sama Altmana, strzały oddane w kierunku domu radnego z Indianapolis, który poparł budowę centrum danych – i w ogóle fala protestów przeciwko tworzeniu kolejnych centrów danych, sprawiająca, że straty są liczone w dziesiątkach miliardów dolarów. „Wall Street Journal” pisze, że w momencie, gdy czołowe firmy sektora – OpenAI i Anthropic – przygotowują się do debiutów giełdowych, „jedyną rzeczą, która rośnie szybciej niż branża sztucznej inteligencji, są negatywne uczucia Amerykanów wobec niej”.

Ale nie tylko Amerykanie zaczynają czuć znużenie technologią, która na razie więcej kosztuje, niż przynosi korzyści. U nas odbiciem tego zjawiska było oburzenie wobec wiadomości, że Olga Tokarczuk „rozmawia” z Chatem GPT podczas pisania książek, a Filip Springer generuje ilustracje w prowadzonym przez siebie serwisie, bo nie stać go na pracę ludzkich grafików.

Na początku roku ponad tysiąc brytyjskich muzyków, w tym Annie Lennox i Kate Bush, wydało „cichy album” w proteście przeciwko planowanym przez rząd Wielkiej Brytanii zmianom legislacyjnym. Nowe przepisy mogłyby ułatwić firmom technologicznym trenowanie modeli na utworach chronionych prawem autorskim bez uzyskania licencji, bo deweloperzy mogliby automatycznie wykorzystywać twórców tak długo, aż posiadacze praw autorskich zażądaliby ich wyłączenia.

Ale nie jest tak, że oburzają się tylko twórcy. Chodzi też o zjawisko naturalne, związane z dawno opisanym fenomenem „doliny niesamowitości”, czyli obrzydzenia i dyskomfortu, jakie budzą w człowieku obiekty, które wyglądają niemal jak ludzkie, ale jednak ludzkie nie są. 

Dyskomfort coraz powszechniej budzi wszystko, co nazywa się AI i z rozwojem AI jest związane. 

Nowinki ekscytują – dlaczego z AI to nie działa?

Niedawny sondaż amerykańskiej stacji NBC ujawnił interesującą tendencję: aż 46 proc. Amerykanów ma negatywny stosunek do sztucznej inteligencji (pozytywny wyraziło jedynie 26 proc.). Co więcej: 57 proc. respondentów uważa, że ryzyko związane z AI przewyższa ewentualne korzyści. 

To wyraźny odwrót od historycznego optymizmu tego społeczeństwa wobec nowych technologii. Jeszcze w 1999 r., gdy internet był nowością, badania pokazywały ekstremalnie pozytywne nastawienie do komputerów, zwłaszcza wśród tych, którzy już z nich korzystali. W 2015 r., gdy media społecznościowe były u szczytu popularności, aż 71 proc. Amerykanów uważało, że firmy technologiczne mają pozytywny wpływ na kraj.

Dziś Amerykanie z entuzjastów technologii stali się jednymi z największych sceptyków. Międzynarodowe badanie przeprowadzone przez Pew Research na grupie 24 tys. dorosłych w 30 krajach pokazało, że obywatele niemal każdego innego kraju postrzegają AI bardziej pozytywnie niż mieszkańcy USA.

Niepokój rozlewa się jednak po całym Zachodzie. W Polsce odsetek zaniepokojonych rozwojem AI (37 proc.) jest ponad dwa razy większy niż tych nastawionych optymistycznie (15 proc.). I widać to nie tylko w badaniu Pew Research: ze świeżutkiego Bosch Tech Compass wynika, że blisko połowa polskiego społeczeństwa widzi w AI zagrożenie, a jedynie 42 proc. czuje się przygotowanych do funkcjonowania w nowej erze.

To zaskakujące zjawisko. Przecież AI, nawet ta generatywna, wciąż jest rozwijana, wciąż dużo ciekawego wokół niej się dzieje. „Ludzie zwykle uważają nową technologię za ekscytującą. Tak było z elektrycznością, rowerami, samochodami. Były obawy, ale i nadzieje. AI wyróżnia się brakiem entuzjazmu i jest w tym coś unikalnego” – mówił w „New York Timesie” William Quinn, współautor książki „Boom and Bust: A Global History of Financial Bubbles”. 

– Jest kilka powodów tej narastającej niechęci, ale wszystkie są efektem tego, jakie narracje marketingowe rozkręcały wokół AI korporacje, niektórzy naukowcy i tzw. liderzy opinii – mówi Iwo Zmyślony, doktor filozofii, wykładowca studiów MBA Uczelni Łazarskiego i autor podkastu Limity AI. 

– Najbardziej negatywnie zadziałały opowieści o tym, jak to AI lada moment zrówna się z człowiekiem i zacznie go zastępować. Przecież tak mówili poważni profesorowie, przestrzegał przed tym zakładany onegdaj m.in. przez Elona Muska Future of Life Institute, głosili to szefowie big techów, więc ludzie naprawdę zaczęli w to wierzyć. 

Noblista Paul Krugman w substackowym wpisie zatytułowanym po prostu „Dlaczego wszyscy nienawidzą AI” pisze bez ogródek, że ten „anty-AI backlash” nie jest „normalnym sceptycyzmem wobec zmian”. A najważniejsze jest zrozumienie, że w dużej mierze wytworzyła go sama podkręcająca nastroje branża.

Arvind Narayanan i Sayash Kapoor, naukowcy z Princeton i autorzy książki „Sztuczna inteligencja. Złudne obietnice, realne możliwości”, o tym zjawisku piszą „szum” i ostrzegają, że jest niebezpieczne i niepotrzebne. 

Niebezpieczne, bo odwraca uwagę od ewentualnych ryzyk we wdrażaniu usług i rozwiązań opartych na AI, które w najlepszym przypadku będą po prostu rozczarowaniem, a w najgorszym mogą kosztować życie, np. gdy dotykają kwestii medycznych. A niepotrzebne, bo technologie wokół sztucznej inteligencji naprawdę mogą rozwijać się w sposób zarówno ciekawy naukowo, jak służebny dla ludzkości.

Od premiery Chata GPT pod koniec 2022 r. trwa jednak festiwal obietnic, czego to AI nie zdziała, a równocześnie ostrzeżeń, jak jest ryzykowna. Przykłady? Prezes Anthropic Dario Amodei oświadczył, że AI może wyeliminować połowę miejsc początkujących pracowników biurowych i umysłowych, a w związku z tym podnieść bezrobocie do 20 proc. w ciągu pięciu lat. 

Takie opowieści to – argumentował Krugman – konkretna finansowa strategia: olśnić inwestorów, przestraszyć firmy, by szybko adoptowały technologię, i zapewnić finansowanie. Plan zadziałał aż za dobrze. Pieniądze płyną, rząd USA chroni swoje big techy, kolejne firmy inwestują ogromne środki we wdrażanie AI. Tylko ludzie jakoś się nie cieszą.

Kto nas zmusza do korzystania z AI

– Usłyszeli te wszystkie alarmistyczne głosy o przyszłości ludzkości i tak się przestraszyli, że zaczęli negatywnie reagować na technologię. Za czym oczywiście stoi też to, jak bardzo jest nietransparentna i w jak skomplikowany, zaciemniający sposób jest przedstawiana – tłumaczy dr Zmyślony.

Biznes technologiczny dopiero teraz zauważa, co sam ugotował. „Dziś AI nie jest już postrzegane jako droga do zwiększania produktywności czy platforma nowych narzędzi wspierających ludzi. To coś, co jest »robione tobie – twojej pracy, twojej twórczości, twojemu zawodowi, twojej przyszłości« – przez kogoś, kto zapowiedział, że po to przychodzi” – pisze Krugman.

Ludzie więc są zmuszani do używania sztucznej inteligencji i przez pracodawców, i przez platformy, które zastępują istniejące wcześniej produkty produktami z AI. W miejsce wolności od żmudnych obowiązków pojawiają się nowe zadania.

W dodatku po miesiącach rozbudzonych nadziei zaczyna się powoli rozliczanie z efektów. W końcu technologiczni giganci i inwestorzy venture capital wpompowali w firmy AI setki miliardów dolarów. A wyniki nie oszałamiają. 

Z analizy opublikowanej przez amerykańskie National Bureau of Economic Research wynika, że 90 proc. z prawie 6 tys. przebadanych dyrektorów generalnych, dyrektorów finansowych i innych członków kadry kierowniczej wyższego szczebla w firmach w USA, Wielkiej Brytanii, Niemczech i Australii stwierdziło, że AI nie miało żadnego wpływu na produktywność ani zatrudnienie.

Dla jasności: pytanie dotyczyło ogólnego wpływu AI, a nie tylko wdrożenia go w miejscu pracy. Ale jako że ok. 70 proc. przebadanych firm zapewnia, iż aktywnie korzysta z AI, oznacza to, że zdecydowana większość przyznaje, iż wdrożenie tej technologii właściwie niczym u nich nie zaowocowało. 

Świat biznesu mimo wszystko trzyma się nadziei, że obietnice sztucznej inteligencji w końcu się spełnią. Niedawne badanie firmy doradczej Section, wykonane wśród 5 tys. pracowników umysłowych w USA, Wielkiej Brytanii i Kanadzie, pokazuje wyraźną różnicę między tym, jak korzyści z AI w pracy postrzega kadra zarządzająca, a jak pracownicy. 

Kiedy ponad 40 proc. członków kierownictwa twierdzi, że technologia pozwala im zaoszczędzić ponad osiem godzin tygodniowo, to dwie trzecie pracowników niepełniących funkcji kierowniczych deklaruje, że AI oszczędza im mniej niż dwie godziny tygodniowo lub nie oszczędza wcale. Za to opisuje AI jako źródło stresu i narzędzie trudne do właściwego wykorzystania, bo… no cóż, treści przez nią wygenerowane wymagają sprawdzenia, poprawienia lub całkowitego przerobienia.

Dlaczego tak się dzieje, nie jest tajemnicą. Już w latach 80. noblista Robert Solow przewidział, że nadejście technologii informacyjnej nie doprowadzi do mierzalnego skoku produktywności, lecz raczej do spowolnienia jej wzrostu. Zjawisko to jest dziś znane jako paradoks Solowa: choć komputery były ewidentnie transformacyjne dla całych społeczeństw, nie przełożyły się natychmiast na zyski ekonomiczne.

O tym paradoksie jednak branża technologii nie chce pamiętać i od szacowania na zimno szans – jak w raporcie Goldman Sachs pisze noblista Daron Acemoğlu – woli budowanie narzędzi, które mają zastępować ludzkich pracowników, zamiast uzupełniać i ułatwiać im pracę. „Jeśli rzeczy będą kontynuowane tak jak teraz, spodziewałbym się większych strat miejsc pracy w ciągu najbliższych 10–15 lat. Branża wie, że są inne drogi, ale uparcie wybiera tę samą ścieżkę” – ocenia Acemoğlu. 

Turbokapitalizm i faszyzm: dlaczego Zetki są przeciw AI 

Najwięcej frustracji jest wśród tych, którzy teoretycznie powinni być najbardziej zachwyceni skokiem technologicznym: wśród młodych. I nic dziwnego: to ich przyszłość – szczególnie zawodowa – jest najbardziej zagrożona automatyzacją i zwolnieniami.

Pokolenie Zet jest pierwszym, które w całości dorastało w świecie technologii cyfrowej. Mimo to (a może właśnie dlatego) niektórzy młodzi ludzie stają się coraz bardziej krytyczni wobec wszechobecności tejże technologii. Badanie Pew Research pokazało, że w 2024 r. 48 proc. amerykańskich nastolatków stwierdziło, iż media społecznościowe mają negatywne skutki dla osób w ich wieku. To poważny wzrost: z 32 proc. w 2022 r. 

A we wspomnianym wcześniej badaniu NBC także i sztuczna inteligencja osiągnęła wśród osób w wieku 18–34 lata dramatycznie ujemny bilans: minus 44 punkty. 

Dominika Lasota, działaczka klimatyczna i współzałożycielka Inicjatywy Wschód, w swojej książce „Odwagi! [o zaangażowaniu młodych]” nie dotyka bezpośrednio tematyki technologii, a jednak pisze tak: „Wielowymiarowy chaos, w którym tkwimy, jest efektem systemu polityczno-gospodarczego, który stawia na zyski niewielu kosztem godnego życia większości. Najczęściej w mediach nazywają go kapitalizmem, choć właściwsze byłoby określenie w rodzaju »turbokapitalizm w techno-faszystowskim ubraniu«, jeśli wziąć pod uwagę całą technologiczną i ludobójczą otoczkę, która rozkręciła go do granic naszej zbiorowej wytrzymałości”.

I tym właśnie, czyli wypaczeniem kapitalizmu, w oczach buntujących się Zetek jest wielki przemysł technologiczny. 

– Kiedy pisałam tę książkę na przełomie 2025 i 2026 r., celowo odcinałam się od kwestii związanych z technologiami. Nie chciałam tego dotykać, wydawało mi się to odległe. Teraz jednak coraz wyraźniej widzę, jak bardzo te zagrożenia i wyzwania są nam bliskie – mówi Lasota. I dodaje: – Zagubienie, wręcz przerażenie tą sytuacją dopiero rośnie. Widzę wśród moich znajomych, że teraz do nich dociera, z jak złożonymi technologiami mamy do czynienia i jakie to może nieść konsekwencje choćby dla pracy, a raczej jej braku.

W Polsce trend anty-AI wśród młodych również staje się więc widoczny. Najnowsza edycja badania „AI Barometr 2026”, przygotowanego przez Zymetrię w kooperacji z Onetem, wskazuje, że odsetek osób w wieku 18–31 lat pozytywnie nastawionych do AI spadł w zaledwie kilka miesięcy z 64 proc. do 42 proc.

Jak pokazuje badanie Pollster, AI nie pomaga też w budzeniu nadziei na lepszą przyszłość. 

45 proc. młodych Polaków w wieku 18-29 lat postrzega przyszłość negatywnie, 25 proc. neutralnie, a 30 proc. pozytywnie. Po dodaniu kontekstu AI: 34 proc. negatywnie, 41 proc. neutralnie, 25 proc. pozytywnie. Intuicyjnie mogłoby się wydawać, że AI poprawiła wyniki, bo spada procent z negatywnymi wizjami, ale – jak piszą autorzy badania – duży wzrost ocen neutralnych to nie optymizm, tylko niepewność. 

AI nie skłania młodych do bardziej pozytywnego myślenia o przyszłości, tylko powoduje, że proste podziały na optymizm i pesymizm przestają być wystarczające.

Zetki są więc coraz bardziej zagubione. Obawy o przyszłość w świecie, w którym technologie są reklamowane jako alternatywa dla człowieka, łączy się u nich z niechęcią do miliarderów, którzy, jak mówi Lasota: „stają się nowymi twarzami wielkiego systemu militarno-inwigilacyjnego”, i ze zmęczeniem tym, jak bardzo technologie „nie dowożą” obietnic.

– Nasze pokolenie wrodziło się w internet, w smartfony, w media społecznościowe, a mimo to nostalgicznie wspominamy, jak ten internet kilkanaście lat temu był o wiele bardziej beztroski niż w czasach ultrakapitalistycznych mechanizmów zarabiania i targetowania – opowiada Lasota. I dodaje: – Coraz lepiej wiemy, że technologia jest tak zaprojektowana, by separować nas i osłabiać, zamiast wzmacniać i łączyć. Sami nie wiemy, jak sobie z tym poradzić, jak odbudowywać więzi i kanały komunikacji, więc organizowanie się staje się coraz trudniejsze. Musimy walczyć z algorytmami, które działają przeciwko nam – podkreśla aktywistka. 

„Niszczyciele maszyn” – sprzeciw czy ekstremizm? 

Ta walka, o której mówi Lasota, nie jest już tylko metaforyczna. Pod koniec czerwca grupa studentów i aktywistów zorganizowała w Nowym Jorku wielotygodniową serię wydarzeń pod nazwą Summer of Ludd, czyli Lato Luddystów [patrz ramka – red.]. Do ich propagowania nie używano platform cyfrowych – wszystko niosło się zinami, naklejkami, ulotkami oraz po prostu z ust do ust. 

Organizatorzy koncentrowali się na praktycznych mechanizmach organizowania oporu. Wśród tematów znalazły się m.in.: jak zorganizować protest przeciwko budowie centrum danych, jak naprawiać rzeczy, zamiast kupować nowe, „jak zostawić Spotify” i dlaczego GenAI jest do bani. Wszystko skupione na budowaniu prawdziwej wspólnoty w nawiązaniu do historycznych luddystów.

I nie jest to wcale wyjątkowe nawiązanie. Gdy demokratyczny senator Bernie Sanders zaproponował moratorium na budowę nowych centrów danych AI, „Washington Post” porównał go do luddysty, a konserwatywny publicysta Ben Shapiro nazwał krytykę AI przez Sandersa „luddystycznym, antytechnologicznym nonsensem”. 

Brian Merchant, autor świetnej książki „Krew w maszynie”, w swoim newsletterze pisze wprost: „W miarę jak rośnie fala oporu wobec big techu, centrów danych i AI, trwa reewaluacja luddystów”. Przez „reewaluację” Merchant rozumie nie tylko pierwsze w historii tak masowe i otwarte odwoływanie się do XIX-wiecznego ruchu oporu wobec technologii wykorzystywanej przeciwko ludziom, ale także odkrywanie, kim luddyści tak naprawdę byli. 

Bo najpowszechniej „luddysta” oznacza: antytechnologiczny, naiwny, zacofany i antypostępowy. Dokładnie w taki sposób luddystów postrzegano przez ostatnie 200 lat, nie tylko na Zachodzie. Teraz jednak okazuje się, że ci „niszczyciele maszyn” wcale nie byli wrogami technologii jako takiej. Sprzeciwiali się jedynie wykorzystywaniu technologii przeciwko nim.

A jeśli dziś legenda wraca, to odczytywana tak, jak opisuje ją Merchant, czyli ruch, który walczył z patologiami kumulacji kapitału. I tak jak oryginalni luddyści, neoluddyści nie domagają się całkowitego odrzucenia technologii. Chcą po prostu mieć wpływ na to, jak jest wprowadzana, kto na niej zyskuje, a kto traci. 

A gdyby ktoś chciał potraktować historię jak nauczycielkę, powinien z neoluddystami zacząć negocjować zamiast czekać na wybuch skumulowanego społecznego niezadowolenia. Chyba że wpisanie antytechnologicznych działań przez FBI na listę ruchów ekstremistycznych jest pierwszym krokiem do tego, by z tamtej historii odwołać się tylko do tłumienia społecznego niezadowolenia. 

Czy neoluddyści zostaną ponownie sprowadzeni do zacofanych naiwniaków, a w imię postępu będzie trwało pompowanie technologii w takim kształcie, jaki sobie korporacje wymyślają?

– Najgorszym scenariuszem będzie to, że te wszystkie obietnice, slogany i zapowiedzi mogą się okazać po prostu cyniczną metodą na skorzystanie ze społecznych skutków takiego wdrażania technologii – zamyśla się Iwo Zmyślony i wymienia: – Mam na myśli polaryzację, deskilling pracowników i młodych ludzi, którzy przecież zewsząd słyszą, że studiowanie nie ma sensu, i wreszcie uzależnienie całych gałęzi gospodarki od dostawców rozwiązań AI, którym kolejne firmy przekazują dziś w ramach "optymalizacji" swoje procesy i know how

– Za kilka lat okaże się, że nie da się już robić nauki, edukacji, polityki bez tych narzędzi, bo nawet wpisu na X polityk sam nie potrafi napisać – ponuro przewiduje autor podkastu Limity AI.


Popkultura też nie lubi technologii

Antytechnologiczne nastroje coraz wyraźniej przebijają się do popkultury. Akcja filmu „Eddington” z 2025 r., z Joaquinem Phoenixem, Pedro Pascalem i Emmą Stone w rolach głównych, rozgrywa się w małym, fikcyjnym miasteczku w Nowym Meksyku w czasie pandemii covid-19. Jednym z centralnych wątków jest plan budowy ogromnego centrum danych przez potężną firmę technologiczną. Inwestycja budzi gniew lokalnej społeczności.

W pierwszych odcinkach nowego sezonu hitowego serialu „911” pojawia się z kolei postać Trippa Hausera.

Ten ekscentryczny miliarder i szef firmy technologicznej oferuje m.in. komercyjne loty w kosmos. W jeden z nich wysyła swoją narzeczoną wraz z grupą celebrytów. Przed siedzibą jego firmy protestują demonstranci z transparentami „Eat the rich”, podczas gdy sam Hauser prowadzi wideokonferencję z zarządem surfując na oceanie i w trakcie rozmowy zostaje niespodziewanie… połknięty przez wieloryba. Ani podobieństwa Trippa do Bezosa i Muska, ani metafora „zjedzenia bogacza” nie są przez scenarzystów podawane ze szczególną subtelnością.

Takich wątków w książkach, filmach i serialach jest zatrzęsienie. Technologie, a zwłaszcza AI, oraz samych techoverlordów przedstawia się w coraz bardziej krytycznym, często wrogim świetle. To nie przypadek. Popkultura jest przecież lustrem społecznych lęków, frustracji i buntu.


Kim byli luddyści

Gdy nadeszła rewolucja przemysłowa, przedsiębiorcy zaczęli masowo wprowadzać maszyny – takie jak przędzarki czy mechaniczne krosna – by usprawnić produkcję i przenieść ją do fabryk. Oznaczało to obniżenie kosztów pracy, ponieważ maszyny mogły być obsługiwane przez niewykwalifikowanych pracowników (w tym dzieci).

Ówcześni przemysłowcy, realizując dzisiejsze motto gigantów technologii: „move fast and break things”, ignorowali jednak prawo. Obniżali ceny, opanowywali rynki i wypychali z interesu wykwalifikowanych rzemieślników. Tkacze, których zarobki spadały na łeb na szyję, zorganizowali więc kampanię, by zmusić brytyjski parlament do działania. Domagali się płacy minimalnej, wypłat w gotówce i przestrzegania już istniejących praw. Zostali zignorowani.

Po latach bezskutecznych negocjacji, nie mogąc wyżywić rodzin, w 1811 r. w Nottingham (ewidentnie czerpiąc z legendy Robin Hooda), rozpoczęli więc bunt. Zorganizowali się pod sztandarem fikcyjnego Neda Ludda, czyli czeladnika, który w złości rozbił krosno i uciekł do lasu Sherwood.

„Armia” Ludda atakowała fabryki i rozbijała maszyny, które odbierały jej pracę. Ludzie wiwatowali na jej cześć na ulicach, w pubach śpiewano o niej pieśni, a lord Byron pisał wiersze. Była tak skuteczna, że w Anglii ogłoszono stan wyjątkowy i wysłano przeciwko niej wojsko. W efekcie dziesiątki luddystów zostało powieszonych, a wielu zginęło w zamieszkach. Ruch wygasł, zostawiając po sobie czarną legendę o zacofanych robotnikach walczących z technologią. 

Dziś jednak tę historię można napisać na nowo.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29,90 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz
1.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 1.00 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz
0.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 29.90 zł