Marek Rabij: Christopher Nolan kręci „Odyseję”, Pan wydaje książkę o Homerze. Dlaczego właśnie teraz tak chętnie wracamy do tekstów sprzed blisko trzech tysięcy lat?
Marek Węcowski: Dodam, że to nie tylko moja książka i film Nolana. Gdy zaczynałem ją pisać, jeszcze nie wiedziałem, że powstaje ta ekranizacja. Mniej więcej w tym samym czasie pojawiły się inne produkcje filmowe i serialowe, odwołujące się do starożytności. Mam wrażenie, że klasyka w ogóle, a klasyka starożytna szczególnie, przeżywa dziś renesans.
Zarazem, co bardzo ciekawe, dzieje się to równolegle z osłabieniem znaczenia klasyki w świecie akademickim. Przez Wielką Brytanię przechodzi fala zamykania wydziałów filologii klasycznej i archeologii na uniwersytetach publicznych. W Stanach Zjednoczonych również bardzo wyraźnie zmniejsza się liczba studentów zainteresowanych takimi kierunkami.
Do tego dochodzą decyzje, które jeszcze niedawno byłyby w środowisku klasyków nie do pomyślenia: na przykład przyjmowanie na wydziały klasyczne studentów, którzy nie będą musieli porządnie opanować greki i łaciny, więc będą obcować z kulturą grecko-rzymską w inny sposób niż przez oryginalne języki.
Ów renesans w popkulturze zaczął się zresztą dużo wcześniej. Pierwszym dużym zjawiskiem był „Gladiator” Ridleya Scotta, po którym zaczęły powstawać kolejne filmy i seriale osadzone w świecie starożytnym. Wielkie historyzujące produkcje wróciły do kina już kilkanaście lat temu i nadal mają się dobrze.
Czyli nie przypisywałby Pan tego homeryckiego renesansu do konkretnego ducha epoki?
Najłatwiej byłoby powiedzieć – i pewnie byłaby w tym jakaś część prawdy – że czasy zamętu skłaniają nas do powrotu do klasyki, do poszukiwania spraw i idei w pewnym sensie niezmiennych. Myślę jednak, że w kulturze działa też fluktuacja, powtarzalność zjawisk. Być może jesteśmy właśnie w takim sinusoidalnym momencie powrotu antyku, który z naszego mainstreamu wypchnęliśmy skutecznie, jak się nam zdawało, na dno szuflad badaczy.
W przypadku starożytności grecko-rzymskiej widać to było już wcześniej choćby po ogromnej popularności książek Mary Beard, z wykształcenia historyczki Rzymu i religii rzymskiej. Jej sukces zaczął się kilkanaście lat temu. To zjawisko dojrzewało w kulturze anglosaskiej, a ponieważ ma ona na nas ogromny wpływ, w końcu trafiło i nas.
Zmienił się też polski rynek książki. Okrzepł, ustabilizował się, mimo wszystkich słusznych narzekań na jego problemy. Od kilku lat widzę, że wydawnictwa, które dawniej nie były szczególnie znane z jakościowych publikacji popularnonaukowych, zaczynają wydawać bardzo dobre książki o starożytności, często z porządną konsultacją naukową. To też jest decyzja i inwestycja.
Jeszcze dziesięć czy piętnaście lat temu wydawało się to odległe od naszych realiów. Krzepnięcie Polski ekonomicznej i kulturalnej daje więc efekt skumulowany z innymi zjawiskami. Potrzeby kulturalne, które wcześniej może też istniały, mogą dziś znaleźć ofertę.
Zgoda. Tylko dlaczego akurat Homer? Klasyczna starożytność oferuje przecież paletę postaci i tekstów kultury, które na pierwszy rzut oka zdają się lepiej pasować do gustu i wrażliwości współczesnych odbiorców.
We współczesnym Hollywood nic się nie dzieje bez algorytmów. Ale akurat Nolan jest być może jednym z niewielu amerykańskich reżyserów, którzy mają prawo zrobić coś egzotycznego. Jego droga artystyczna prowadziła dotąd przez eksperymenty, które się udawały, a dzięki temu zapewniały mu też finansowanie kolejnych dziwnych projektów. Jest w takim momencie kariery, że może dyktować warunki studiom i organizmom finansującym jego produkcje.
Jestem przekonany, że decyzja, by zająć się „Odyseją”, nie wynika wyłącznie z tego, że ktoś niedawno zajmował się wojną trojańską. Kilkanaście lat temu ukazała się przecież monumentalna „Troja” z Bradem Pittem, która skądinąd z „Iliadą” wiele wspólnego nie miała. Ten pomysł trudno byłoby po prostu powtórzyć. „Odyseja” została natomiast jako obszar mniej wyesksploatowany, choć i tu powstawały już także seriale na niej bazujące, a ostatnio także dobry film „Powrót” Uberto Pasoliniego.
Jeżeli szukać głębiej, to wydaje mi się, że Nolan i my, jego widzowie, możemy odbierać „Odyseję” na dwóch bardzo różnych poziomach. Pierwszy ma wymiar indywidualny. Doświadczenie młodzieńczego Achillesa albo starzejącego się Odysa, ich przemiany w trakcie akcji utworów, bardzo silnie rezonują z doświadczeniem dzisiejszego czytelnika na różnych etapach życia, kariery. Tak było w kulturze europejskiej zawsze. Ten indywidualny wymiar „Iliady” i „Odysei” kieruje nami szczególnie wtedy, gdy czytamy je już świadomie, a nie jako szkolną lekturę.
Drugi wymiar, zbiorowy, jest może nawet ważniejszy dla kultury. Czytamy, słuchamy i oglądamy „Iliadę” oraz „Odyseję” jako opowieści o jakimś czasie i wspólnocie, z którą Homer mógłby poczuć związek. Nie wiem jeszcze, jakiego czasu i jakiej wspólnoty ma dotyczyć film Nolana, jestem tego bardzo ciekaw. Z trailerów i przecieków domyślam się, co film może pokazać na poziomie indywidualnym: Odysa rozgoryczonego, zagubionego. Ale co to będzie znaczyło w wymiarze szerszym, wspólnotowym, historycznym?
„Iliadę” i „Odyseję” można czytać jako opowieść o sporze między jednostką a władzą. W kontekście sytuacji dzisiejszych Stanów Zjednoczonych brzmi to ciekawie.
Może jeszcze bardziej – jako studium konfliktu jednostki ze wspólnotą. Konfrontacja jednostki, czyli Achillesa, z władzą Agamemnona wydaje się wyraźniejsza w „Iliadzie”, ale zobaczymy, co zrobi Nolan.
Chciałbym, żebyśmy w tym momencie zobaczyli coś innego. Spróbujmy zakreślić mapę świata znanego Homerowi i jego bohaterom.
Dobrze, ale dodajmy do mapy geograficznej także historyczną. Bo główny problem tych, którzy dziś dyskutują o filmie Nolana, choć jeszcze go nie widzieli, polega na tym, że mówią: „nie powinno być tak a tak”, na przykład: „nie takie były wtedy tarcze wojowników”. Moim zdaniem to nieporozumienie. Współczesny artysta może zrobić z realiami materialnymi i niematerialnymi świata Homera, co tylko zechce.
Bo?
Bo Homer nie pokazywał świata historycznego, a tym bardziej nie ilustrował swojej epoki. Opisywał świat znany mu z przekazów, o którym wiedział jedno: to świat dawnych, wielkich herosów. Miał o nim pewne wyobrażenia. Wiedział, że był to świat rydwanów, o wiele bogatszy od tego, w którym żył, świat rządzony w inny sposób, zdominowany przez potężne jednostki, królewskich władców.
W ramach tej narracji mieszał jednak ze sobą rozmaite elementy, by oddać własne wyobrażenie o epickiej epoce, którą my obecnie zwiemy mykeńską – choć poeta oczywiście nie znał tego pojęcia. W jakie tarcze i hełmy wyposażył przy tym swoich bohaterów, z czego wykuwał ich codzienność, to wszystko było już sferą jego licentia poetica, jakby powiedzieli Rzymianie.
Podobnie i my, jeżeli nie chcemy portretować świata, w którym Homer-poeta żył historycznie – a nie chcemy, bo nie o tym są „Iliada” i „Odyseja” – to musimy zaakceptować fakt, że mamy do czynienia z mieszaniną spraw i rzeczy, z wytworem poetyckiej wyobraźni. A jeśli filmowiec przetworzy ten twór raz jeszcze, już po swojemu, to czemu nie? Homer zapewne nie miałby nic przeciwko temu.
Myślę, że te zarzuty anachroniczności wielkich ekranizacji klasycznych dzieł kultury antycznej biorą się po prostu ze szkolnych nawyków. W szkole uczą, że „Iliada” i „Odyseja” to źródła historyczne. Na studiach historycznych każą się uczyć niemal na pamięć tzw. Katalogu Okrętów z księgi drugiej „Iliady”. To jak sianie wiatru, który potem wraca jako burza.
Tylko że to nadal jest poziom dyskusji hobbystycznej, którą skądinąd bardzo szanuję, zwłaszcza w sprawach militarnych. W przypadku Homera ta postawa jest bezużyteczna, bo on nam zostawił nie fotografię, lecz kolaż stworzony ze wszystkiego, co miał pod ręką.
Ale wróćmy do mapy, którą pan tu zaproponował. Jeśli przejdziemy do wymiaru geograficznego, sprawy robią się jeszcze ciekawsze. Widzimy u Homera wysiłek, który można nazwać archaizacją. Poeta chce pokazać, że świat, który opisuje, jest zamierzchły, inny od jego własnego. W momencie, kiedy świat grecki jest podzielony na wiele setek małych poleis, małych organizmów politycznych, Homer pokazuje gigantyczną wspólną wyprawę Hellenów.
Pierwszym historycznym zjawiskiem podobnym do ekspedycji trojańskiej będą dopiero wojny perskie w 480 r. p.n.e., gdy Grecy stworzą koalicję przeciw Persom. Wcześniej niczego podobnego w Grecji nie było. Homer, można rzec żartobliwie, to przewidział.
Geograficznie ten świat jest więc inny niż doświadczenie publiczności poety i jego samego. Jeśli datujemy „Iliadę” i „Odyseję” gdzieś na drugą połowę VII w. przed naszą erą, to wiemy, że Grecy od paru stuleci zasiedlają już wyspy i wybrzeża Azji Mniejszej. Są obecni na archipelagach Morza Egejskiego, zaczynają penetrować południową Trację i cieśniny tureckie. Ich znajomość tych regionów jest bardzo dobra. Ślady tej znajomości znajdujemy nawet w porównaniach i obrazach poetyckich Homera.
A tymczasem w „Iliadzie” ten świat wygląda inaczej. Grecy właściwie nie mieszkają nigdzie dalej na wschód niż Rodos. Ta wyspa też jest zresztą wyjątkiem, miejscem, gdzie mieszka syn Heraklesa, który uciekł bardzo daleko od domu ojca. Wygląda więc tak, jakby Homer tworzył z premedytacją rzeczywistość wyobrażoną, w której Greków na wschód od Delos, mniej więcej w środku Morza Egejskiego, po prostu nie ma. Są inne ludy, które późniejsi Grecy nazwą barbarzyńcami.
Jeszcze bardziej radykalny jest pomysł „Odysei”. Kiedy powstaje ten poemat, Grecy od dwóch, może trzech pokoleń osiedlają się w południowej Italii, a od przynajmniej jednego pokolenia – dość masowo na Sycylii. Późniejsze pokolenia będą z zapałem szukać miejsc, w których można umieścić cyklopów, Kirke, Lajstrygonów i inne ludy znane z „Odysei”. Ale Homer robi coś radykalnego: wszystko na zachód od Itaki zamienia w świat baśni.
W rzeczywistości Itaka w jego czasach jest właściwie przystankiem tramwajowym na bardzo już uczęszczanym szlaku do greckich osad na Zachodzie, głównie na Sycylii. A Homer bierze cały ten świat w nawias i czyni go całkowicie fikcyjnym. To radykalny zamysł artystyczny. Już w jego czasach istniały utwory, które lokowały różne miejsca mityczne w konkretnych punktach geografii Zachodu.
Wyprawa Heraklesa po woły Geriona była znana Hezjodowi, współczesnemu twórcy „Odysei”, i sytuowana na konkretnej wyspie gdzieś na Atlantyku, wedle naszych kryteriów geograficznych zapewne na Maderze. Homer tymczasem wszystko to wyrzuca i buduje świat w pełni baśniowy.
Kolejne pokolenia Greków będą próbowały ten świat „odbaśniowić”, urealnić geograficznie. Wyspy Liparyjskie staną się siedzibą Eola. Przewodniki po Włoszech, a nawet północnej Afryce, do dziś próbują złapać Homera za rękę i powiedzieć: to było tutaj.
To działo się już w starożytności, choćby u Pauzaniasza.
Oczywiście, choć prędzej przywołałbym tutaj Strabona, który nieustannie szuka homeryckich śladów w swojej „Geografii”, lokalizuje, jak byśmy dziś powiedzieli, jego świat i podróże Odysa. To pokazuje, jak wyjątkowa, nowoczesna jest poezja Homera. To dzieła, które próbują oderwać się od świata, w którym powstają – zarówno historycznie, jak i geograficznie. Ale nie przez proste zwrócenie się ku przeszłości, opowiadanie ku pokrzepieniu serc o dawnych triumfach oręża. Przeciwnie: przez świadome budowanie fikcji.
Ale wciąż w oparciu o realia historyczne.
Jeżeli ta fikcja ma jakieś historyczne antecedencje – na przykład wojna trojańska zapewne wydawała się Homerowi wydarzeniem historycznym – to przecież można było stworzyć utwór ku pokrzepieniu serc: opowieść o tym, jak Grecy wspólnymi siłami pokonali potężnego przeciwnika. Tymczasem „Iliada” pokazuje wojnę trojańską jako serię nieszczęść Achajów, właściwie ich klęsk. Dopiero śmierć Hektora z rąk gniewnego Achillesa pozwala nam przewidzieć, że Troja upadnie. A i tak poeta bardzo wiele energii poświęca na zapowiedzenie nie tyle upadku Troi, ile śmierci Achillesa – który zresztą w akcji poematu jeszcze nie ginie.
Podobnie w „Odysei”. Dostajemy świat całkowicie fikcyjny, który mógłby być światem kolonialnym albo przedkolonialnym. Tak często interpretowano podróż Odysa. Na pewno jeszcze przed Homerem był on patronem ludzi, którzy płyną na Zachód, by odnieść sukces, założyć miasta, osiedlić się. A co robi Homer?
Jego Odys wraca do domu. Wypalony, sterany wyprawą, która nie przynosi mu chwały. Na ostatnim etapie dostaje wprawdzie wiele darów od Feaków, więc nie wraca z pustymi rękami, ale nie jest bohaterem opowieści o Eldorado ani sukcesach w walkach z tubylcami. Homer przekręca możliwe i zapewne już wtedy używane role swoich bohaterów, by pokazać coś innego.
To nie są opowieści ku pokrzepieniu. Nie są optymistyczne. Nie przynoszą jasnego moralnego przesłania. To cecha wielkiej literatury wszystkich czasów, ale może szczególnie wielkiej literatury czasów, które stają się skomplikowane i dramatyczne, w których świat gwałtownie się zmienia.
Wyobraźmy sobie poetę połowy VII w., żyjącego w świecie, który jeszcze niedawno był ograniczony właściwie do Morza Egejskiego, choć już po obu jego stronach. Nagle Sycylia, południowa Italia, wybrzeże Kampanii stają się także elementami greckiej oikoumene, świata zamieszkałego przez Hellenów. Przybywają stamtąd nowe rzeczy, myśli, zapachy, przedmioty. Podobnie jak ze Wschodu. To świat w nieustannej zmianie, w eksplozji geograficznej i kulturowej.
Grecy będą mieć niejeden taki moment dziejowy.
Ale na podobną skalę zdarzy się w dziejach Grecji jeszcze raz – w czasie wyprawy Aleksandra Wielkiego i po niej, kiedy świat Greków ponownie geograficznie eksploduje, sięgając aż po Sudan, Afganistan i Indie. Intelektualne, duchowe i religijne rezultaty tej eksplozji widzimy już dzięki źródłom historycznym, w tym literackim. W epoce Homera widać je słabiej, bo źródeł właściwie poza nim samym nie mamy. Możemy się jednak domyślać, jak wiele się wtedy działo w głowach ludzi. I z tego wynikają poematy niejednoznaczne, prowokacyjne, trudne, stawiające wyzwania, a nie dające odpowiedzi.
Jeśli Nolan potrafi zrobić coś podobnego na swoim filmowym poletku, okaże się nie tylko dziedzicem artystycznym Homera, lecz może także nawiąże kontakt z czasami, które wydają mi się do homerowych dość podobne: naszymi czasami.
Pierwszy wers „Iliady” mówi o gniewie Achillesa, „co krocie klęsk na Achajów sprowadził”. Od razu wiemy, że to nie będzie ani opowieść o dobrym człowieku, ani success story. Podobnie „Odyseja”. Homer dodaje jej coś na kształt happy endu, ale na siłę. Czy to opowieści przestrzegające przed przekraczaniem granic?
I tak, i nie. Oczywiście każde wielkie dzieło literackie można tak charakteryzować. Dzieła pokazujące success story, z happy endem albo prowadzące narrację tam, gdzie życzylibyśmy zobaczyć ją na koniec, rzadko wchodzą do wielkiego kanonu. Mogą mieć znakomite realizacje, ale to raczej literatura klasy B.
Ale trzeba oddać Homerowi sprawiedliwość, bo robi coś wyjątkowego nawet na tym tle. To nie tylko seria prowokacji i nie tylko opowieści o bohaterach, którzy ponoszą klęskę – albo może jej nie ponoszą. Na końcu obu poematów nie wiemy przecież wszystkiego.
Achilles pokonał Hektora, ale nie wiemy, czy pogodził się z samym sobą, ani czy będzie naprawdę konsekwentnie działał na korzyść wspólnoty achajskiej. Nie wiemy, jak szybko zginie i przestanie być dla Achajów problemem. Nie wiemy też, jak – poza interwencją bogów – skończy się historia na Itace. To dzieła, które prowokują, których dalszy ciąg musimy dopowiedzieć sami.
Na tym polega ich radykalizm. Całkowicie zarchaizowany świat „Iliady” i całkowicie odrealniony, baśniowy świat „Odysei” oddaje w pewnym stopniu realia epoki poety. To poziom polityczny. Spór albo konflikt, który wszyscy wielcy myśliciele zajmujący się polityką Grecji – potem nie tylko Grecji – widzieli bardzo wyraźnie. Platon i Arystoteles rozumieli, że chodzi o wielki problem roli wybitnej jednostki. Nie tyle w historii, jak powiedzieliby filozofowie XIX i XX w., ile we własnej wspólnocie.
Żeby zwyciężyć pod Troją, Achajowie muszą mieć Achillesa. Muszą też mieć Odysa, który zbuduje konia trojańskiego. Żeby Itaka wróciła do stabilności, musi mieć króla, musi mieć Odysa. Ale z obu poematów dowiadujemy się zarazem, jakie niebezpieczeństwa i nieszczęścia wybitna, niezbędna jednostka przynosi wspólnocie. Gniew Achillesa, zapowiedziany na początku „Iliady”, jest przecież gniewem na Achajów, na własnych ludzi. Dopiero później, mniej więcej od osiemnastej pieśni, zaczyna się kierować przeciw Trojanom, przede wszystkim przeciw Hektorowi.
Ale to nadal gniew indywidualny. Zmianę postawy wymusza osobista strata.
Oczywiście. Poeta „Odysei” jest może bardziej prostolinijny. Przedstawia Odysa jako potencjalnego zbawcę Itaki, za którym tęsknią wszyscy tęskniący za porządkiem, „wszyscy dobrzy” – mówiąc trochę z łaciny. Ale równocześnie mówi nam, że Odys wygubił wszystkich swoich towarzyszy. I już na początku poematu dodaje: chociaż starał się ich ocalić. A potem wymordował młodszych braci swoich wojowników, czyli zalotników Penelopy. Miał do tego prawo, to prawda. Ale chciał też zgładzić ich rodziny. To wszystko pokazuje napięcie pomiędzy jednostką a wspólnotą.
To właśnie jest wielki problem greckiej polis – wyjątkowej w dziejach ludzkości koncepcji, która zakłada, że wspólnota rządzi się sama. Bez króla, bez władcy, bez boga nad sobą. W takiej wspólnocie potrzebujemy ludzi wybitnych, ale musimy ich wybierać, a potem oni muszą zdać sprawę z tego, co zrobili.
Oczywiście to idealny model, bo zawsze zdarzają się wynaturzenia i tyranie. Ale generalnie jednostka ma w Grecji z jednej strony pozycję o wiele słabszą niż kiedykolwiek wcześniej w dziejach, bo nie jest dziedzicznym władcą. Z drugiej – jest potrzebna bardziej niż kiedykolwiek, bo skoro nie ma danych przez bogów czy Boga królów, trzeba skądś wziąć wodza, który będzie przewodził.
Grecy zdają sobie sprawę, że podstawowym problemem polityki jest jednostka utalentowana i pełna ambicji, zestawiona ze wspólnotą, jej interesami, wartościami i z faktem, że wszyscy jesteśmy równi. Czy Achajowie mogą czuć się równi Achillesowi albo Odysowi? U Homera mogą i tak się czują. Doskonale pokazuje to w „Iliadzie” scena z Tersytesem – najbardziej tchórzliwym i paskudnym z ludzi, którzy ruszyli pod Troję. Nie ma on żadnego problemu, by pyskować królom, w tym Achillesowi, i najwyraźniej ma do tego prawo na zgromadzeniu ludowym wspólnoty Achajów.
To świat, w którym Homer, a potem Platon choćby w „Gorgiaszu”, zawiera podstawowy problem miejsca jednostki w świecie, który nie jest rządzony przez jednostkę. Cała akcja „Iliady” i „Odysei”, wszystkie ich problemy moralne wyrastają z tego politycznego problemu.
Dlatego Homer wraca dziś w kulturze Zachodu? Bo znów mamy problem z jednostką, którą rozmaite wspólnoty usiłują zamknąć w kajdanach różnych reguł?
Wracamy do czasów, w których normalne ramy demokratycznej, liberalnej polityki – kształtowane od I wojny światowej, przez konwulsję II wojny, potem rozszerzone także na nasz region – zaczynają pękać. Przez długi czas wydawało się, że potrafimy ustawić problem jednostki wobec wspólnoty, radząc sobie z niebezpieczeństwem populizmu, widząc jego katastrofalne skutki w wielkich autorytarnych reżimach XX w.
Nagle jednak wraca klasyczny problem ludzi, którzy nie uznają reguł gry. Biorą z tych reguł to, co im służy – na przykład większościowe wybory dające władzę – a potem mówią: rządzimy w imieniu tych, którzy zasługują na bycie pełnoprawnymi członkami wspólnoty, a pozostałych członków tej wspólnoty uczynimy sobie poddanymi.
Myśląc o tym, prędzej czy później powrócimy do wszystkich ważnych greckich rozważań o jednostce i wspólnocie: do zagadnienia tyranii i niekompetencji władzy, które jest istotą akcji „Iliady”, a także do zagadnienia nadmiernej pychy, żądzy władzy – w dużej mierze problemu „Odysei”.
Homer jest więc doskonały na dzisiejsze czasy. Tak jak był doskonały dla innych epok, kiedy inne aspekty jego poematów wydawały się szczególnie ważne. W czasie II wojny światowej czytelnicy Homera, tacy jak Simone Weil, skupiali się na cierpieniu wojny, urzeczowieniu mordowanego jeńca. Teraz wracamy do innego aspektu – politycznego.
Nie wydaje się Panu, że „Iliadę” i „Odyseję” trzeba jednak czytać razem? Jako ostrzeżenie przed tym, że łatwo pójść na wojnę, można nawet ją wygrać, ale potem bardzo trudno z niej wrócić i pozostać sobą.
Na pewno. „Iliada” i „Odyseja” są poematami, które rozważają problem reintegracji, tego, co dzieje się z bohaterem wojennym. Tego, co może się dziać z tułaczem. Czy w ogóle da się wrócić?
Piszę o tym w książce: psychiatrzy kliniczni pracujący z weteranami wykorzystywali poematy homerowe jako teksty współgrające z doświadczeniem wojny i trudnego powrotu do domu. Po wojnie w Wietnamie w Ameryce promowano programy z udziałem „Iliady” i „Odysei”. Książki bostońskiego psychiatry Jonathana Shaya, „Achilles in Vietnam” i „Odysseus in America”, zostały niedawno przetłumaczone na ukraiński i służą już tam do pracy z weteranami.
Homer nie jest tu oryginalny. Do pewnego stopnia podobne motywy można znaleźć w literaturze różnych kultur – od „Gilgamesza”, przez „Beowulfa”. Ale w przypadku Homera, zwłaszcza „Odysei”, ważne jest strukturalne podobieństwo jego świata społecznego do naszego, nowoczesnego. Nie żyjemy w świecie wielkich królów, smoków i innych istot, tylko w świecie, w którym jednostka nadal ma pewien wpływ na rzeczywistość, ale to wspólnota jest źródłem władzy. Dlatego łatwiej nam nawiązać kontakt z tymi poematami.
Marek Węcowski jest historykiem starożytności. Wykłada na Uniwersytecie Warszawskim. Specjalizuje się w badaniach dziejów Grecji. Właśnie ukazała się jego najnowsza książka „Homer na nasze czasy” (Znak Literanova).
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.









