Sukces „The Pitt”, czyli za co kochamy medyczne seriale

Żadna produkcja telewizyjna nie zbliżyła się dotąd tak bardzo do szpitalnej codzienności. Pracowników ochrony zdrowia oglądamy bez uproszczeń i mitologizacji.
Czyta się kilka minut
Serial „The Pitt”, sezon 2, HBO Max // materiały prasowe
Serial „The Pitt”, sezon 2, HBO Max // materiały prasowe

Ponad trzydzieści lat temu, dokładnie w roku 1994, do ramówki stacji NBC trafił „Ostry dyżur” (ang. „ER”). Wtedy jeszcze niepozorny, a po kilkunastu latach emisji – absolutnie kultowy. Widzowie na całym świecie śledzili perypetie pracowników medycznych fikcyjnego szpitala County General w Chicago, z George’em Clooneyem w roli doktora Douga Rossa na czele. 

Ponad sto nominacji do nagród Emmy (być może najważniejszych laurów w świecie telewizji), piętnaście sezonów, a na stołku producenckim między innymi Steven Spielberg – to liczby i fakty, które do dziś robią wrażenie. 

„Ostry dyżur” na długie lata wyznaczył kierunek rozwoju produkcji medycznych. Niemal każdy dramat rozgrywający się w szpitalu, czy to „Chirurdzy”, czy „Szpital New Amsterdam”, musiał mierzyć się z porównaniami do dzieła stworzonego przez Michaela Crichtona. 

Jak narodził się serial „The Pitt”

Na pierwszym planie serialu zwykle znajdowały się ludzkie dramaty. Całość miała wyraźnie obyczajowy, ale nie telenowelowy charakter, a jednocześnie starano się zachować przynajmniej pozory realizmu w przedstawieniu procedur na amerykańskim odpowiedniku SOR-u, czyli Szpitalnego Oddziału Ratunkowego.

Po drugie, jedną z głównych ról w „Ostrym dyżurze” zagrał Noah Wyle, wcielający się w doktora Johna Cartera. Początkowo student medycyny, z biegiem lat dojrzewał na ekranie, zawodowo i prywatnie. I to właśnie Wyle, wraz z R. Scottem Gemmillem oraz Johnem Wellsem, producentami wykonawczymi serii NBC, stworzyli „The Pitt”. 

Co ciekawe, pierwotnie trio bardzo poważnie rozważało bezpośrednią kontynuację „ER”. Choć nie planowano powrotu do tamtego świata ani postaci, pandemia covid-19 skłoniła ostatecznie zespół do zmiany zdania. Twórcy zobaczyli, że pracownicy ochrony zdrowia zaczęli zmagać się z zupełnie nowymi problemami, które warto było nazwać i pokazać w serialowej formie. Ostatecznie sequel „Ostrego dyżuru” trafił do kosza. Paradoksalnie okazało się to dla całego przedsięwzięcia błogosławieństwem.

W tym samym czasie HBO Max, czyli serwis streamingowy Warner Bros., szukał nowego, wyróżniającego się formatu. Tak narodził się „The Pitt” – z Wyle’em w jednej z głównych ról, ale z zupełnie innym pomysłem na samego siebie. Aby zrozumieć tę odmienność, trzeba jednak cofnąć się jeszcze o krok. 

Szpital to tylko tło, najważniejsze są relacje

W tym miejscu warto zadać sobie pytanie – za co tak naprawdę lubimy seriale medyczne? Powodów jest kilka. Po pierwsze, w szpitalu ciągle się coś dzieje, łatwo więc o pożywkę dla zwrotów akcji i napędzania historii za pomocą kolejnych pacjentów trafiających na stoły operacyjne czy do gabinetów. Po drugie, świat lekarzy i lekarek kryje w sobie pewną dozę tajemniczości. 

Te wszystkie profesjonalne nazwy i przyrządy, skomplikowane diagnozy, krwawe operacje i silne leki to rzeczy nieobecne w naszej codzienności, fascynujące przez swoją niedostępność. Z tym wiąże się też oswajanie lęków przed chorobami – oglądamy wszystkie przypadki z komfortu domowego zacisza, bezpieczni i zdrowi (czego wszystkim życzę!).

No i wreszcie kochamy te produkcje za „dramę”. Wspomniałem już o tym, że popularne dramaty z gatunku („Ostry dyżur”, „Chirurdzy”, „Szpital New Amsterdam”) stawiały na obyczajową stronę. Najważniejsze miały być ludzkie relacje – miłostki, konflikty, dramaty. Pacjenci, operacje, całe to medyczne tło było właśnie tym – tłem. Jedne produkcje radziły sobie z pokazaniem szpitalnej rzeczywistości lepiej, inne gorzej, bez zażenowania naginając medyczną logikę. 

„The Pitt”: jeden z najbardziej realistycznych seriali medycznych

Na jeszcze więcej pod tym względem pozwalały sobie za to seriale proceduralne, tzn. takie, które w każdym odcinku skupiały się na innej sprawie do rozwiązania. Tutaj oczywiście prym wiodły perypetie dr. House’a – wzorowanego na Sherlocku Holmesie sarkastycznego, uzależnionego od leków geniusza, mającego niemalże sensacyjne przygody.

Tam kluczowe było dopasowanie wszystkich elementów pod detektywistyczny schemat – zagadka, nieudane próby jej rozwiązania, odkrycie sekretu w wyniku śledztwa (koniecznie z zaskakującym twistem!) i w końcu włączenie skutecznego leczenia. Przypadki miały być rzadkie, szalone, emocjonujące, dziwaczne. Żartem widowni szybko stało się rozpoznanie tocznia, które – wydawać by się mogło – padało jako propozycja w co drugim epizodzie.

Ostateczne diagnozy okazywały się jednak dużo bardziej skomplikowane, nawet jeśli wypaczały medyczne realia. Tego typu zabiegi, a więc dopasowywanie rzeczywistości do scenariusza, bardziej niż dbanie o autentyczność, nie jest zresztą niczym niezwykłym w amerykańskiej telewizji czy kinie. Tam, gdzie realizm stoi na drodze ku rozwojowi postaci, czy wprowadzeniu szokującego zwrotu akcji – po prostu się go pomija. 

I właśnie tutaj swoją niszę odnalazł serial „The Pitt”. Określany przez branżę medyczną jako jeden z najbardziej realistycznych seriali medycznych w historii, korzysta z kilku interesujących zabiegów formalnych, które składają się na telewizję trzymającą nas na krawędzi fotela – nawet bez uciekania się do tanich sztuczek scenopisarskich. Co dokładnie mam na myśli?

Wierność wobec procedur, ćwiczenia na manekinach

Po pierwsze, produkcja podąża rzadko spotykanym schematem (wyjątkiem mogą być „24 godziny”), w którym czas ekranowy niemal jeden do jednego odpowiada czasowi rzeczywistemu. Piętnaście odcinków to piętnaście godzin nieprzerwanej pracy oddziału ratunkowego. 

Akcję śledzimy więc z okazjonalnymi cięciami, niemal zawsze w środku wydarzeń. Druga rzecz, brak muzyki – nic ani nikt nie mówi nam, jak się mamy czuć. Kiedy ktoś umiera, nie ma smutnej piosenki w tle, są dźwięki sprzętu, hałas z sąsiednich sal, szuranie butów, klekot wózka i szloch bliskich. Wszelkie konfrontacje pomiędzy postaciami rozgrywają się w spojrzeniach, gestach i zdawkowych słowach – w trakcie dyżuru nie ma czasu na wielominutowe monologi – co wymaga zaangażowania i uwagi oglądających.

Po trzecie, zachowano bardzo dużą wierność wobec prawdziwych procedur medycznych. „The Pitt” jest powszechnie chwalone przez profesjonalistów za trafność w przedstawieniu chorób i urazów, a także metod ich diagnozowania i leczenia. Nie mamy tutaj skomplikowanych zagadek do rozwiązania. Są raczej „żywi” ludzie i często bardzo krwawe zabiegi. 

Oczywiście pojawiają się głosy krytyczne. Część wyników badań przychodzi zbyt szybko, a niektóre rozpoznania stawiane są zbyt pochopnie. Mimo to, żadna inna produkcja telewizyjna nie zbliżyła się tak bardzo do wiernego oddania szpitalnej codzienności.

Okazuje się, że aby osiągnąć taki efekt, obsada spędziła dwa tygodnie pod okiem fachowców, trenując jak profesjonaliści. Na manekinach uczyli się intubować, szyć, a nawet poruszać w przestrzeni szpitalnej i korzystać z różnych sprzętów. Ze względu na to, że akcja toczy się w czasie rzeczywistym, wszyscy musieli opanować swoje role niczym tancerze choreografię i działać jak najbardziej naturalnie – łącznie z wpadaniem w siebie, poprawianiem chwytów (na sprzęcie czy na osobie poszkodowanej) itd. 

Ale twórcy starali się oddać realizm nie tylko w leczeniu, ale też we wszystkim dookoła – od tempa pracy, przez rzeczywiste problemy jak braki w załodze czy materiałach, po zachowania pacjentów oraz psychiczny oraz fizyczny koszt tego rodzaju kariery. 

Kocioł emocji: stres, radość, żal

Czemu nikt wcześniej nie zrobił takiego serialu? Może dlatego, że obawiano się, iż bez dramatyzowania rzeczywistość będzie zbyt nudna? Ale zbierając wszystkie powyżej opisane elementy, „The Pitt” udowadnia, że jest wręcz przeciwnie – codzienność na oddziale ratunkowym nie ma w sobie nic nudnego. To prawdziwy kocioł emocji. Stres, radość, smutek i żal są po prostu wpisane w tę robotę.

Za sprawą zabiegów formalnych – upływu czasu, kamery będącej zawsze blisko ważnych wydarzeń, realizmu procedur pokazanych w każdym detalu (nagość, otwarte rany, zabiegi chirurgiczne) czy hałasu złożonego z dźwięków tła – serial osadza widownię w „tu i teraz”. 

Oglądając „The Pitt”, sam czuję stres związany z ekranową rutyną oddziału ratunkowego. Sam na takim nie pracowałem, ale przez kilka lat działałem w grupie ratownictwa. Tak, to coś zupełnie innego, ale doświadczyłem namiastki tego, co przedstawia serial: ogromu ludzkiego cierpienia i próby uporządkowania wynikającego z tegoż cierpienia chaosu. 

Jednak to, czym produkcja HBO Max przekonała mnie do siebie najbardziej, jest realizm charakterologiczny. Pracownicy szpitala zmagają się ze swoimi własnymi problemami, które mniej lub bardziej rzutują na ich pracę – ale na każdym kroku starają się zachować profesjonalizm i skupienie. 

Medycyna bez uproszczeń

Aby zdobyć pięć statuetek Emmy i zachwycić publiczność, „The Pitt” musiał przejść długą i trudną drogę. Mimo odejścia od pomysłu kontynuacji „Ostrego dyżuru”, twórcy i tak doczekali się pozwu, zarzucającego im naruszenie praw autorskich do „ER”. Sama produkcja była kosztowna i wymagająca. Trzeba było zbudować cały oddział ratunkowy od podstaw, dopasować go do realiów, a jednocześnie zaprojektować w taki sposób, by umożliwiał sprawną realizację zdjęć. 

Równie wymagająca była praca scenariuszowa. Należało dać postaciom przestrzeń na rozwój w ramach piętnastu godzin ekranowego czasu, w środowisku, w którym większość interakcji dotyczy ratowania życia, a nie osobistych zwierzeń. Wszystko to należało pogodzić z próbą wiernego oddania realiów SOR-u.

Z pozoru był to pomysł karkołomny. Znacznie łatwiej byłoby podążyć utartymi ścieżkami: rozciągnąć akcję na tygodnie, pozwolić bohaterom na długie rozmowy, wprowadzić szokujące przypadki i efektowne, choć nielogiczne diagnozy. Dodać muzykę i ekspozycję, by dokładnie wskazać widowni, co ma w danym momencie poczuć. 

Ale „The Pitt” nie idzie tą drogą. Serial robi wszystko po swojemu, ignorując branżowe wzorce. W czasach rosnącej dezinformacji, szczególnie widocznej po pandemii, oraz spadającego zaufania do zawodu lekarza, produkcja HBO Max daje rzadką okazję, by zobaczyć pracowników ochrony zdrowia bez uproszczeń i mitologizacji. 

To zwykli ludzie, ze swoimi słabościami i lękami, którzy w chwili próby stają się czasem bohaterami. 

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

1.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 1.00 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz
0.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 29.90 zł

TP Online: Dostęp roczny online

Ilustracja na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”