Czy tłumaczka powinna być jak sędzia piłkarski? Czy miarą jej sukcesu jest to, jak skutecznie zniknie z pola widzenia i zatrze po sobie ślady, umożliwiając płynną grę prawdziwym gwiazdom, czyli pisarzom?
Kilka lat temu w eseju dla „Guardiana” Jennifer Croft uznała takie, niestety wciąż żywe podejście za jeden z najbardziej toksycznych literackich stereotypów. Autorka angielskich przekładów „Biegunów” i „Ksiąg Jakubowych” Olgi Tokarczuk przekonywała, że o tłumaczeniu warto myśleć raczej jako czymś z natury wspólnym – dziecku, które nie musi zdradzić matki, by dostrzec, że ma ojca.
Jako felietonistka i aktywistka literacka Croft od lat stara się odkleić od tłumaczy łatkę tych „gorszych” czy „mniej fajnych” rodziców tekstu. Krytykuje pomijanie ich nazwisk na okładkach, przekonuje, że są pełnowartościowymi artystami, przypominając też anglojęzycznym czytelnikom, że zachwycając się frazą „Flights” („Biegunów”), zachwycają się w istocie jej własnymi słowami.
Najmocniej na pozycję tłumaczy w polu literackim Croft oddziaływała jednak samą praktyką translatorską. Po kolejnych międzynarodowych nagrodach dla Olgi Tokarczuk często słyszało się przecież, że ma ona „szczęście” do doskonałych tłumaczek. Takie stawianie sprawy nie sprzyjało umacnianiu romantycznego mitu artysty, którego uniwersalne idee bronią się bez niczyjej pomocy, i to od razu we wszystkich językach.
Słabnięciu tego złudzenia sprzyjał też pewnie ogólny klimat intelektualny – od 2016 r. tłumacze zaczęli być równorzędnymi laureatami International Booker Prize (Croft otrzymała ją w 2018 r. właśnie za „Flights”), a kilka lat później obecność ich nazwisk na okładkach stała się niemal standardem.
Ciekawe, że właśnie w tych (na razie symbolicznie) lepszych dla tłumaczy czasach Croft postanowiła sprawdzić, jak to jest być po drugiej stronie, i napisała dwie powieści. A jeszcze ciekawsze, że zmieniając punkt siedzenia, Amerykanka wcale nie zmieniła punktu widzenia. Wprost przeciwnie.
Wydane właśnie w Polsce „Wymieranie Ireny Rey” to ironiczna, zabawna, a przy tym nienachalnie paraboliczna opowieść o kondycji współczesnych tłumaczy. Jeśli chodzi o formę, mamy tu do czynienia z prawdziwą wieżą Babel – w pierwszych zdaniach powieści dowiadujemy się, że czytany przez nas tekst jest tłumaczeniem na angielski zaginionego oryginału, który został napisany po polsku przez Argentynkę.
Jakby tego było mało, powieściowa „tłumaczka” jest jednocześnie bohaterką opowieści i co jakiś czas daje znać, jak bardzo nie podoba jej się sposób, w jaki została przedstawiona. A przecież potem już najzupełniej realna Kaja Gucio musiała jeszcze przełożyć to wszystko na polski! Całe szczęście zawartość tej literackiej „szkatułki”, a co za tym idzie: fabuła „Wymierania...”, jest zupełnie przejrzysta.
Ośmioro tłumaczy i tłumaczek z całego świata przyjeżdża do Puszczy Białowieskiej, by w towarzystwie wybitnej polskiej pisarki, Ireny Rey, przełożyć jej owiane tajemnicą opus magnum. Atmosfera tego plenum jest skrajnie sekciarska – zgromadzeni nie znają swoich imion, istnieją zakazane tematy, a autorka traktowana jest jak półbogini („Matka boska literacka”).
Murowana faworytka do Nagrody Nobla od początku zachowuje się dziwnie, aż wreszcie znika bez słowa, zostawiając zdezorientowanych gości sam na sam z tekstem, nad którego kształtem nie czuwa już teraz żadna „boska” instancja. Podczas trwających równolegle z tłumaczeniem poszukiwań okazuje się zresztą, że Irena Rey nie jest wcale taka święta – ma na koncie zdrady i kilka drobnych świństw, a większość z tego, co opowiada na swój temat, to konfabulacje.
Odkrywając to wszystko, początkowo skrajnie podporządkowani czy wręcz stopieni z „geniuszką” tłumacze powoli uwalniają się spod jej toksycznego wpływu, zyskują sprawczość i na własną rękę zastanawiają się nad swoją pozycją w literackim ekosystemie. Czy są tylko pasożytami żerującymi na pracy prawdziwych twórców? A może przeciwnie – bywają od nich pożyteczniejsi, bo wobec nadmiaru tekstów trzeba nam dziś recyklingu (przekładów), zamiast kolejnych nowości?
Croft stawia te pytania wprost, ale interpretowanie jej tekstu jako doraźnej, branżowej satyry byłoby nieuczciwe. „Wymieranie…” można bowiem czytać jako egzystencjalną powieść o świeżo odkrytej wolności i żałobie po utraconych autorytetach. Otwierając tę książkę, zostajemy wrzuceni do uniwersum, którego stwórca oszalał, a potem zniknął. To świat, w którym wszyscy muszą się pogodzić z tym, że nie ma już faktów, a oryginalne słowo straciło swoją moc – pozostały interpretacje i kolejne, często interesowne, przekłady.
Jeśli zaś chwilowo nie macie ochoty ani na metafizykę, ani na dyskusje o „polu literackim”, można zapomnieć o całym tym bagażu i po prostu czerpać przyjemność z jadowitej ironii, na którą „tłumaczka” tekstu co i rusz pozwala sobie wobec znienawidzonej „autorki”. A przy tym sprawdzić, jak amerykańska pisarka poradziła sobie z kreowaniem realiów polskiej prowincji.
Jennifer Croft, WYMIERANIE IRENY REY, przeł. Kaja Gucio, Pauza 2026
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















