Mundial 2026: Argentyna jest większa niż Messi

Anglicy zbyt szybko zaczęli bronić prowadzenia i ostatecznie przegrali z Argentyńczykami. Tym razem nie powstrzymała ich niczyja ręka: bóg miał nogi, głowę i pachniał smażonym mięsem.
Czyta się kilka minut
Leo Messi celebruje bramkę Enzo Fernandeza w półfinałowym meczu mundialu między Argentyną i Anglią, Atlanta, 15 lipca 2026 r. / Fot. Rebecca Blackwell / Associated Press / East News
Leo Messi celebruje bramkę Enzo Fernandeza w półfinałowym meczu mundialu między Argentyną i Anglią, Atlanta, 15 lipca 2026 r. / Fot. Rebecca Blackwell / Associated Press / East News

W protokole meczowym zwykle najważniejsze są rubryki zawierające nazwiska strzelców i minuty, w których padły bramki, ale w przypadku półfinału Anglia-Argentyna istotniejsze okazały się te, w których zapisuje się zmiany – a zwłaszcza zmiany dokonywane przez Thomasa Tuchela.

Minuta 72: w miejsce skrzydłowego Gordona wchodzi obrońca Konsa. Minuta 82: w miejsce obrońcy Jamesa i pomocnika Rice’a wchodzą obrońcy O’Reilly i Burn. Kiedy w 96. minucie selekcjoner Anglików dokonuje ostatniej korekty – obrońców Spence’a i Stonesa zastępują skrzydłowy Rashford i napastnik Toney – jest już za późno. Argentyna, która od 55. minuty do 85. minuty przegrywała, i która w 91. minucie w końcu wyszła na prowadzenie, ani myśli wypuścić je z rąk.

Między golem a golem Anglicy byli przy piłce 12 procent czasu

Są zresztą liczby bardziej porażające: między golem Anthony’ego Gordona, a wyrównującym trafieniem Enzo Fernandeza, posiadanie piłki przez Anglików wynosiło 12 procent. Dominacja Argentyńczyków była absolutna. Ich środkowi obrońcy stali wysoko na połowie rywala, bez problemu przejmowali każdy desperacki wykop i po raz kolejny wprawiali w ruch karuzelę, na której mieli kręcić się rywale. Na przedpolu bramki Pickforda kotłowało się z minuty na minutę coraz bardziej: raz wciąż aktualnych mistrzów świata powstrzymał przed wyrównaniem znakomity wślizg Spence’a, kilka razy fenomenalnie interweniował angielski bramkarz.

Niemiecki selekcjoner reprezentacji Anglii zmienił ustawienie na piątkę obrońców, a wszyscy ci obrońcy zdawali się przerastać Argentyńczyków o głowę – a i tak dośrodkowania Messiego co i rusz znajdowały przestrzeń pomiędzy nimi. Zaiste, było to niewiarygodne: jak pasywni stali się Anglicy broniąc prowadzenia. I ile szans na wyrównanie wykreowali sobie Argentyńczycy zanim jeszcze Fernandez uderzył z dystansu poza zasięgiem rąk Pickforda.

Wykrzyczany hymn nadał ton angielsko-argentyńskiej rywalizacji

Kiedy piszę te słowa, nie znam jeszcze reakcji mediów z Wysp, ale nie mam złudzeń: winowajcą porażki swojej reprezentacji uczynią „tego obcego”, czyli Thomasa Tuchela. „Łaska pańska na pstrym koniu jeździ”, można by w tym momencie napisać, bo przecież kiedy Niemiec równie defensywnych zmian dokonywał w meczach z Norwegią i Meksykiem, raczej komplementowano turniejowe kompetencje trenera, który potrafił obronić korzystny wynik nawet za cenę tak głębokiej defensywy.

Inna sprawa, że o tym, jak ten półfinał się skończy, można było być przekonanym właściwie od rozgrzewki, jeśli się ją oczywiście obejrzało korzystając z dobrodziejstw transmisji w tzw. atmosferze stadionu. Oni po prostu mieli to w oczach: jedni niepokój i ciężar oczekiwań całego narodu, drudzy łakome wyczekiwanie, przełożone najpierw na pasję, z jaką wykrzyczeli (słowo: „odśpiewali” zdecydowanie wydaje się zbyt słabe) hymn narodowy, a potem na agresję, z którą wchodzili w każde boiskowe zwarcie. Kusi mnie, by po zakończeniu mundialu odsłuchać jeszcze raz komplet konferencji prasowych i wywiadów członków argentyńskiej ekipy, by sprawdzić ile razy pojawiają się tam słowa „mięso” i „krew”.

Falklandy czy Malwiny, czyli mecz z podtekstami

Taką Argentynę określono przed laty mianem „Aniołów o brudnych twarzach”; kiedy to określenie pojawiło się po raz pierwszy – po wygranej z Brazylią w finale mistrzostw Ameryki Południowej w 1957 r. – o anielskości nie było zresztą mowy. W tradycji Albicelestes oszałamiająco piękny futbol często sąsiadował z antyfutbolem; jak zwykł mawiać symbolizujący ciemne oblicze tamtejszej piłki w drugiej połowie lat 60. ubiegłego wieku trener Osvaldo Zubeldia, „droga do chwały nie jest usłana różami”.

I faktycznie: pierwsza połowa dzisiejszego półfinału z róż miała tylko ciernie; Argentyńczycy, a wkrótce także sprowokowani Anglicy, nie przepuszczali żadnej okazji do awantury, a boiskowa aktywność Harry’ego Kane’a ograniczała się do prób szukania sprawiedliwości u sędziego. Masowe konfrontacje całych grup piłkarzy, faule z piłką i bez piłki (aż dwanaście w ciągu pierwszych 30 minut gry), niby to przypadkowe nadepnięcia, uderzenia łokciem, w pewnym momencie jeden z Argentyńczyków usiłował wręcz bóść rywala – arsenał brudnych sztuczek był właściwie pełny, no może zabrakło pinezek, które za czasów Zubeldii wnosił na boisko Carlos Bilardo, skądinąd przyszły selekcjoner reprezentacji Argentyny. 

A napięcie na boisku i trybunach zwiększały jeszcze tak zwane podteksty, powszechnie przypominane w mediach tradycyjnych i społecznościowych: ręka Maradony z 1986 r., zwarcie Simeone-Beckham z 1998 r., a nade wszystko wojna o Falklandy/Malwiny z 1982 r. (o spornym statusie wysp przypomnieli zresztą argentyńscy piłkarze pokazując po meczu do kamer transparent „Las Malvinas Son Argentinas”).

Argentyna nie jest drużyną jednego piłkarza

Może i dobrze, że Anglicy na początku drugiej połowy zdołali wyjść na prowadzenie (jakkolwiek to zabrzmi w streszczeniu półfinału mistrzostw świata: w jedynej w miarę koherentnej akcji, w którą zaangażowanych było więcej niż trzech piłkarzy), bo Argentyńczycy musieli w końcu zająć się piłką nożną, a to wciąż wychodzi im całkiem nieźle; rzekłbyś: wychodzi tym lepiej, im bardziej sytuacja wydaje się beznadziejna. Z minuty na minutę spychali przeciwników coraz bliżej ich pola karnego. Schemat, w jakim funkcjonowali, mieliśmy okazję już oglądać np. podczas starcia z Meksykiem, które do 78. minuty przegrywali 2:0: cierpliwe wymiany podań, obliczone na uśpienie czujności rywala i wytworzenie choć odrobiny wolnego miejsca dla Messiego. Kolejne próby dryblingu, zagrań z klepki czy dośrodkowań w wykonaniu lidera Albicelestes. W końcu: jego kolejne asysty.

Ale to nie będzie jeszcze jeden tekst o Messim, nawet jeśli bez jego podań nie byłoby goli Enzo Fernandeza i Lautaro Martineza (na głowę tego drugiego dośrodkowywał prawą nogą, a co tam…). Na tym turnieju Argentyna nie jest drużyną jednego piłkarza, nie składa wszystkiego na jego barki, nie oczekuje od niego cudów. To, co najważniejsze w relacji między Messim a rodakami stało się cztery lata temu w Katarze, kiedy Leo nie tyle przerósł, co stanął w narodowym panteonie obok Diego.

Na tegorocznym mundialu i on, i jego koledzy po prostu świetnie się bawią na trwającej już piąty tydzień imprezie. Opowieści i filmy napływające z obozu Argentyńczyków przedstawiają grupę facetów skupionych na grze w karty, popijających mate i grillujących niewiarygodne ilości mięsa podczas kolejnych asado. Przed meczem ze Szwajcarią ich selekcjoner, Lionel Scaloni nie ukrywał zresztą: trening trzeba było skrócić, bo ruszty były już rozgrzane i smakowicie pachniało. Kusi mnie zostawić państwa z tym obrazem: zamiast przedłużającej się analizy wideo, na której asystenci trenera prezentują dochodzące z rzutów rożnych dośrodkowania Declana Rice’a – przedłużający się do późnych godzin nocnych grill.

Anglia nie ma szczęścia do trenerów

„W poszukiwaniu straconej chwały” (tak brzmi tytuł dziejów reprezentacji Anglii spisanych przez Paula Haywarda) Anglicy imali się różnych koncepcji. Wśród trenerów z zagranicy mieli szwedzkiego playboya i włoskiego nudziarza; niezwykłe, jak oni potrafią się czasem pomylić nawet w kwestiach tak elementarnych. Przez lata zatrudniali też dobrego człowieka i przyzwoitego fachowca z brytyjskim paszportem, Garetha Southgate’a, z którym byli już w półfinale mundialu i finale Euro.

Kiedy sięgnęli po Tuchela, liczyli pewnie na to, że reprezentacja oparta o zawodników zglobalizowanej Premier League (największe gwiazdy, Kane i Bellingham, grają zresztą w Niemczech i Hiszpanii), będzie prezentowała futbol równie zglobalizowany, a z pewnością wolny od wyspiarskich traum. Odpowiedź, dlaczego w momencie próby znakomicie opłacany taktyk z kontynentu dał się pokonać przez „angielskie DNA”, w którym zapisana jest najwyraźniej rozpaczliwa obrona okopów jeszcze z czasów I wojny, zasługuje jednak na pióro jakiegoś angielskiego psychoanalityka.

My wróćmy do skwierczących steków, nad którymi swoje odprawy prowadzi najwrażliwszy spośród argentyńskich maczo, trochę z łapanki zatrudniony przez swoją federację Lionel Scaloni. Nie wiem jeszcze, co powiedział po wygranej z Anglikami, ale kiedy wygrał z Meksykiem wyznał, że został trenerem, by przeżywać takie chwile, a nie dlatego, że lubi ustawienie 4-3-3. Opowieść o awansie Argentyny do finału mundialu jest o opowieścią o sercu ważniejszym od taktyki i przyjaźni ważniejszej od przygotowania kondycyjnego. Nawet jeśli to przyjaźń facetów, których strach byłoby spotkać... może nawet jeśli nie w ciemnej uliczce, to w ciemnym stadionowym tunelu z pewnością.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29,90 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz
1.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 1.00 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz
0.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 29.90 zł