Kim jest Wielki Gatsby. Nowe tłumaczenie klasycznej powieści

W Ameryce nuworyszowi wolno mniej. Wobec prawdziwie wielkich tego świata milioner z awansu nigdy nie przestanie być petentem.
Czyta się kilka minut
Kadr z filmu "Wielki Gatsby", reż. Baz Luhrmann, USA 2013 r. // Materiały prasowe Netflix
Kadr z filmu "Wielki Gatsby", reż. Baz Luhrmann, USA 2013 r. // Materiały prasowe Netflix

Wielkiemu Gatsby’emu stuknęło sto lat. I chociaż od epoki prohibicji i szalonych imprez na Long Island świat ponoć zmienił się nie do poznania, to rozmaite mechanizmy społeczne i reguły zachowania zbiorowości, których błyskotliwą wiwisekcję w swojej najsłynniejszej książce dał Francis Scott Fitzgerald (1896-1940), są te same.

Także i dzisiaj ludzie gonią za blichtrem i modami, łakną szybkich pieniędzy, próbują sforsować niewidzialne, acz trwałe bariery. Marzą o innym, może lepszym życiu, aspirują do socjety i celebrytów, zazdroszczą bogaczom, bywają snobami, nadzwyczaj łatwo odwracają się od niedawnych idoli. Także i dziś sławę od upadku dzieli niekiedy jeden krok.

„Wielki Gatsby”: powieść epoki jazzu, mafii i eleganckich automobilów

„The Great Gatsby”, trzecia (i niestety przedostatnia, bo postępujący nałóg alkoholowy w zasadzie uniemożliwił autorowi twórczość w drugiej połowie lat 30.) powieść Fitzgeralda, jednego z ojców nowoczesnej literatury amerykańskiej, w 1925 r. przyjęta przez krytykę z mieszanymi uczuciami, daleka od list bestsellerów, dziś ma status arcydzieła. 

Obrosła niezliczoną liczbą komentarzy, doczekała się kilku świetnych adaptacji filmowych, wielu teatralnych i musicalowych, oraz prequeli i sequeli, różnej jakości artystycznej. Dziś wraca do Polski jako klasyk, w przekładzie Macieja Świerkockiego (przed nim Gatsby’ego tłumaczyli Ariadna Demkowska-Bohdziewicz i Jacek Dehnel).

Czytano ją rozmaicie. Jako zaszyfrowaną historię Ameryki, rzecz o hipnotycznych mirażach amerykańskiego snu i jego klęsce, jako pikantny, naszpikowany aluzjami dokument z życia nowojorskiej socjety w szalonych latach 20., posępny moralitet albo wzruszającą historię miłosną. Interpretowano w duchu marksizmu, teorii krytycznej i gender studies. Chwalono jej autora za język i zmysł obserwacji oraz wytykano potknięcia i nieprawdopodobieństwa fabularne, wynikające, jak chcieli złośliwi, z niedostatecznego osadzenia w środowisku high-life’u.

Dla milionów czytelników urzeczonych legendą Nowego Jorku „Wielki Gatsby” (jakoś nie przekonuje mnie zaimek wskazujący w tytule nowego, skądinąd świetnego przekładu) jest atrakcyjną powieścią z epoki jazzu, mafii i eleganckich automobilów. Jedni (zdaniem krytyki słusznie) podziwiają nowatorskie formalnie opisy hucznych przyjęć w rezydencji Gatsby’ego. Innych porywa erotyka książki – aluzyjna, niedopowiedziana, queerowa. Jeszcze inni traktują „Gatsby’ego” jak psychologiczny kryminał i próbują rozgryźć dręczącą tytułowego bohatera zagadkę. Kim u licha był Jay Gatsby? Romantykiem, hochsztaplerem, przestępcą, a może tricksterem, którego krótka, zawrotna kariera obnażyła hipokryzję klasy społecznej, do której beznadziejnie pragnął należeć?

Czytelnikom szukającym w „Gatsbym” klucza biograficznego znawcy twórczości Fitzgeralda dostarczają mnogość interpretacji w tym duchu. Faktycznie, w postaci Jamesa Gatza vel Jaya Gatsby’ego Fitzgerald zaszyfrował niektóre elementy własnego życiorysu. A bardziej jeszcze – trudne do przyszpilenia napięcie pomiędzy życiem tu a życiem tam, między aspiracjami a niespełnieniem.

Urodzony na Środkowym Zachodzie, w nieźle prosperującej rodzinie z klasy średniej, irlandzkiej, a więc katolickiej (co w ówczesnej Ameryce z automatu oznaczało niższy status społeczny), wychowany na Wschodnim Wybrzeżu, nie był parweniuszem, nie zaznał w dzieciństwie biedy, ale nie należał do elity. Mógł się do niej dostać, i faktycznie to uczynił, ogromnym kosztem własnym.

Być może nie byłoby Gatsby’ego albo byłyby całkiem inny, gdyby nie studia w Princeton i spotkanie Ginevry King, panienki z klasy wyższej, dziedziczki wielkiej fortuny. Fitzgerald zakochał się bezprzytomnie. Ginevra przynajmniej jakiś czas odwzajemniała uczucie, ale na drodze do spełnienia stanął jej ojciec. Charles Garfield King, chicagowski magnat giełdowy, jednoznacznie i brutalnie przekreślił marzenia niedoszłego narzeczonego: „biedny chłopiec nie powinien myśleć o ożenku z bogatą dziewczyną”. Jeżeli miłość do Ginevry z czasem osłabła, słowa jej ojca pozostały w Fitzgeraldzie do końca życia.

Odrzucony Francis rzucił studia i zaciągnął się do armii z postanowieniem, że polegnie na jednym z europejskich frontów wielkiej wojny. Nie pojechał, nie poległ, a stacjonując w Alabamie, poznał towarzyszkę życia. Zelda Sayre, panienka z także zamożnej, południowej rodziny (na biedniejsze dziewczyny Fitzgerald nie zwracał, jak się zdaje, uwagi), postawiła warunek: wpierw pieniądze, potem ślub. Francis zarobił je, pisząc pierwsze opowiadania do nowojorskiej prasy. Po ślubie zamieszkali na Long Island. Dalsze dzieje tego nieszczęśliwego małżeństwa wychodzą już poza ramy „Wielkiego Gatsby’ego”.

Ponówmy pytanie: kim u licha jest Gatsby? Część tajemnicy, i możliwych interpretacji, kryje się w jego podwójnym nazwisku. Jay Gatsby, bogacz, właściciel bajecznej rezydencji w modnej (choć nie najmodniejszej) miejscowości na Long Island, gdzie organizuje przesadnie wystawne rauty dla złaknionych blichtru, przygodnego seksu i alkoholu (mamy prohibicję!) nowojorczyków z aspirującej klasy próżniaczej, jest zarazem Jamesem Gatzem, chłopakiem z biednej rodziny ze Środkowego Zachodu. Jest, ponieważ nigdy nie przestał nim być.

Rozdarcie między Środkowym Zachodem, wspominanym z zakłopotaniem, ale i z nostalgią, a Wschodnim Wybrzeżem, krainą, gdzie wszyscy pną się w górę, albo piąć się powinni, żyją swobodniej, nowocześniej i prędzej realizują swoje pasje, nieobce samemu Fitzgeraldowi, to jedna z osi wewnętrznego konfliktu targającego głównym bohaterem.

Z Midwestu Gatsby wyniósł podziw dla ludzi zamożniejszych od siebie, ale też swoisty rygoryzm moralny. Choć zbił fortunę na nielegalnych przedsięwzięciach, to atmosfera rozpusty i zepsucia wcale go nie cieszyła. W Nowym Jorku wprawdzie szybko doszlusował do najbogatszych, ale nie przestał im zazdrościć i nimi pogardzać. A oni pogardzali nim, chyba czując, że ów tajemniczy mistrz ceremonii swoje imprezy urządza po to, by im zaimponować i jednocześnie wkupić się w ich łaski.

 Dlaczego Gatsby musi się kryć

Albowiem ów prowincjusz, by utrzymać miejsce w socjecie, wciąż musi wywierać na kimś wrażenie. Bynajmniej nie tylko na Daisy Buchanan, niegdysiejszej ukochanej (znów kłania się biografia Fitzgeralda), a dzisiaj mężatce, której względy rozpaczliwie próbuje odzyskać. Wątek romantyczny, choć organizuje fabułę, jest tylko egzemplifikacją szerszego zjawiska. 

Tak, Gatsby zamieszkuje na Long Island z miłości dla Daisy, sąsiadki z „lepszego” brzegu. Zarazem, zamieszkując tam, pod bokiem gigantów finansjery wywodzących się od ojców założycieli kraju, potwierdza swój status. Sęk w tym, że status ów jest chwiejny i wyjątkowo nietrwały.

Przede wszystkim, Gatsby musi się kryć. Stąd wymyślony życiorys człowieka z elit (którym nie jest i nigdy nie był), wyszukany, nienaturalny akcent, imitowanie arystokracji wpływów i pieniądza. Tyle że one chwilowo zagłuszają niepewność, ale nie mogą jej wyrugować. Widać to wyraźnie, gdy obok Gatsby’ego pojawia się jego powieściowy rywal, Tom Buchanan, mąż Daisy. 

Ów reprezentant „starych pieniędzy”, playboy, sportowiec i piewca suprematyzmu białej rasy jest grubo ciosany, pod pewnym względem równie prostacki i obłudny jak książę Błażej de Guermantes z „W poszukiwaniu straconego czasu” Marcela Prousta. Cóż z tego, skoro wywodzi się z hiperelity i dysponuje swobodą nieosiągalną dla nuworysza.

Albowiem w Ameryce nuworyszowi – taka byłaby diagnoza Scotta Fitzgeralda – wolno mniej. Wobec prawdziwie wielkich tego świata milioner z awansu nie przestanie być petentem, choćby chwilowo mógł ich kupić. Nie pomaga mu to, że nie tylko jego pieniądze są brudne i nie on jeden doszedł do nich na skróty, dzięki szczęściu i zręcznemu omijaniu prawa. Przeciwnie, nuworysz, jak neofita, musi być ostrożny.

Chyba każdego czytelnika uderza, jak wiele energii musi wydatkować Gatsby dla maskowania własnej przeszłości. Świetnie ukazuje to najnowsza ekranizacja powieści. Jeżeli Gatsby Roberta Redforda (1974) jest tajemniczym, zabójczo przystojnym gentlemanem, to Leonardo DiCaprio (2013) jest przede wszystkim potwornie zmęczony.

„Przez całe życie próbował dostać się do świata, z którego ja całe życie próbowałem uciec”. W taki sposób, niezwykle celnie, podsumował Scotta Fitzgeralda młodszy o pokolenie pisarz Gore Vidal, wnuk senatora, syn oficera lotnictwa i bywalczyni salonów, którego młode lata upłynęły wśród wpływowych osobistości waszyngtońskich elit politycznych i nowojorskiej socjety.

„Gatsby’ego” Vidal doceniał, uważając za najlepszą książkę Fitzgeralda, być może jedyną dobrą. „W gruncie rzeczy – zadekretował, robiąc aluzję do straszliwego alkoholizmu, schizofrenii żony i kompletnie zmarnowanych lat w Hollywoodzie, gdzie Fitzgerald usiłował żyć z pisania scenariuszy – jego życie było ciekawsze niż jego literatura”.

Czy jest to ocena sprawiedliwa, niech wyrokują czytelnicy. Z całą pewnością pobrzmiewa w niej pobłażliwy protekcjonalizm człowieka, który we własnym poczuciu stoi nieskończenie wyżej. Jak, nie przymierzając, Tom i Daisy Buchananowie. Czy znaczy to, że wychwytując charakterystyczny rys osobowości Fitzgeralda – snobizm – Vidal nie miał całkiem racji? Spójrzmy na narratora powieści. Nie jest tajemnicą, że jeśli Fitzgerald po trosze ukrył się w Gatsbym, to jeszcze bardziej w Nicku Carrawayu. Twórcy ekranizacji z 2013 r. czujnie to podkreślili: grający Nicka Tobey Maguire w niektórych kadrach do złudzenia przypomina F. Scotta Fitzgeralda.

Fitzgerald: glamour i katastrofa

Kimże jest Carraway? Świeżo przybyłym do Nowego Jorku, początkującym, lecz ambitnym maklerem giełdowym, złaknionym wielkomiejskich rozrywek mężczyzną przed trzydziestką, dalekim kuzynem Daisy i równie odległym kolegą ze studiów jej męża, co daje mu przepustkę do wielkiego świata. Wreszcie, sąsiadem (to akurat z przypadku) Gatsby’ego. Jego zmysł obserwacji, trochę jak Fitzgeralda, ulega nieustannym zakłóceniom. Carraway, widz i uczestnik opisywanych przez siebie ex post wydarzeń, przez chwilę faktycznie zanurzony w życiu high life’u, jest bowiem snobem. Samoświadomym, prawda, ale nieuleczalnym.

Oto Nick Carraway, człowiek, który w mig rozpoznaje, skąd teraz bije światło, a doproszony do salonu, albo do kawiarnianego stolika, żywi się blaskiem cudzej, zwykle chwilowej sławy. Konsumuje czyjś sukces, wyobraża sobie, że zna wszystkich, i uczestniczy w środowiskowym życiu na równych prawach, nie dostrzegając asymetrii. Względnie spala się, próbując dostać się do socjety, która nigdy nie uzna go za swego. Znamy takich ludzi, prawda? Żyli nie tylko w złotej epoce jazzu, nie tylko w Nowym Jorku.

Jednak Carraway naprawdę zostaje powiernikiem Gatsby’ego. Czy z tej przyczyny, że Gatsby wie, że jego sąsiad zna kobietę, którą on pragnie przyciągnąć na powrót do siebie? Poniekąd. Ale też może dlatego, że są do siebie podobni. Obaj pochodzą z Midwestu i niekoniecznie się z tym afiszują. Obaj szukają miejsca w socjecie i rozpoznają wzajem swoje kompleksy. Obaj – Gatsby pewnie lepiej, bo zaszedł wyżej – wiedzą, jak efemeryczny bywa sukces, jak krótko trwa powodzenie u zblazowanych celebrytek, jak prędko człowiek znikąd znika ze świata i przestaje być potrzebny.

Czy są inni niż reszta? Otóż niekoniecznie. Goście Jaya Gatsby’ego w większości bynajmniej nie rekrutują się ze „starej arystokracji”. O wielu nie da się nawet powiedzieć, że należą do „towarzyskiej śmietanki”. Pstrokata zbieranina snobów, nuworyszy, aspirujących artystów, chwilowych gwiazdek sportu i reklamy, rozmaitych „sublokatorów”, liczących na darmowy wyszynk z dala od świdrujących spojrzeń „tych wielkich”, nadto dokumentujący wszystko dziennikarze z prasy lajfstajlowej – oto czym jest salon w West Egg. Mistrzostwo, z jakim Fitzgerald w kilku akapitach odmalowuje atmosferę targowiska próżności, zapiera dech w piersiach. 

Zwłaszcza gdy wiemy, że idzie o glamour naznaczony schyłkiem, na chwilę przed katastrofą.

Francis Scott Fitzgerald, Ten wielki Gatsby, przeł. Maciej Świerkocki, Officyna, 2025
Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

Grafika na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 50/2025

W druku ukazał się pod tytułem: Kim jest Gatsby

Artykuł pochodzi z dodatku Książki w Tygodniku 3/2025