Czytał Poego, zgłębiał traktaty demonologiczne, studiował psychoanalizę i logikę. Kim był Stefan Grabiński, twórca opowieści niesamowitych

Groza rodzi się w głowie? Może tak być, ale naprawdę nie czujecie, jak napiera na was z zewnątrz?
Czyta się kilka minut
Ilustracje Rity Kaczmarskiej pochodzą z książki Stefana Grabińskiego „Demon ruchu”, Wydawnictwo Dwie Siostry 2024 // Materiały prasowe wydawnictwa
Ilustracje Rity Kaczmarskiej pochodzą z książki Stefana Grabińskiego „Demon ruchu”, Wydawnictwo Dwie Siostry 2024 // Materiały prasowe wydawnictwa

Są ludzie stworzeni do pisania opowieści niesamowitych. Potrafią układać fabuły osadzone w bardziej i mniej typowych dekoracjach grozy, posiadają intuicję psychologiczną potrzebną dla opisu różnych stanów psychicznych, umieją wywołać nastrój, zasiać w czytelnikach niepokój, odmalować zaświaty lub sugerować, że takowe istnieją. Ale przede wszystkim mają pewien rodzaj nadwrażliwości – nazwijmy ją wyobraźnią albo zmysłem metafizycznym – nastrojonej na dziwność. Dziwność wszechświata, rzeczywistości wokoło, własnego jestestwa. Jakby sami nie dowierzali, że to, co nam się jawi, wyczerpuje całość bytu. Albo widzieli, słyszeli i czuli więcej.

Dziwna dusza

Stefan Grabiński (1887-1936) był kimś takim. Mówił o sobie, że od zarania towarzyszyły mu „zdumienie i lęk”. Urodził się w rodzinie urzędniczej w Kamionce Strumiłowej i w Galicji spędził większą część niespełna pięćdziesięcioletniego życia. We Lwowie studiował polonistykę i filologię klasyczną, ożenił się (małżeństwo przetrwało cztery lata) i podjął pracę nauczyciela gimnazjalnego, od której już się nie uwolnił. Nieśmiały, słabowity samotnik, gorąco religijny ze skłonnościami do mistycznych uniesień, przewrażliwiony i chyba niezbyt gotowy do życia w społeczeństwie, byłby dawno roztopił się w nicości, gdyby nie wcześnie ujawniona pasja literacka. To ona stała się siłą napędową jego życia, nad którym okrutny los rozpostarł „żałobne całuny” dziedzicznej gruźlicy, zabierając kolejno ojca i obie siostry, a Stefana skazując, jak Franza Kafkę, na kosztowne pobyty w sanatoriach i wyczekiwanie przedwczesnej śmierci.

Pisać Grabiński zaczął wcześnie, jeszcze w gimnazjum. Pierwszą czytelniczką była matka, powierniczka i opiekunka. Debiut, jeszcze przed I wojną, nie był udany i szczęśliwie uległ zapomnieniu. Kolejne książki były wyraźnie lepsze. Na progu niepodległości Grabiński w parę lat ogłosił kilka zbiorów opowiadań: „Na wzgórzu róż” (1918), „Demon ruchu” (1919), „Szalony pątnik” (1920), „Księga ognia” (1922), „Niesamowita opowieść” (1922). Każdy stanowił odrębny cykl, utrzymany w innym rejestrze niesamowitości. Znalazło się tu miejsce na demoniczny erotyzm, mediumizm, flirty z paranauką, sobowtórstwo i obłęd, wampiryzm i rozdwojenie jaźni. Popularność przyniósł Grabińskiemu zwłaszcza „Demon ruchu”, może najoryginalniejszy, osnuty wokół motywu pociągu i stacji kolejowej.

„Popularność” to duże słowo. Grabińskiego, lekceważonego, jak to często z dziwakami bywa, przez literacki mainstream, cenili ludzie osobni, o samodzielnej wyobraźni, za to wybitni. Admiratorem i wnikliwym krytykiem jego pisarstwa był Karol Irzykowski. Pochwał nie szczędził mu Stanisław Ignacy Witkiewicz, który jako pierwszy, w 1923 r., zestawił go z Edgarem A. Poem, podziwiając sposób, w jaki autor „Demona” wyraża w prozie dziwność i tajemniczość istnienia.

Zachęcony wyrazami uznania, zmęczony pracą nauczyciela, Grabiński próbował sił jako dramaturg (próby wypadły źle), pozwolił przenieść na ekran wampiryczną nowelę „W domu Sary” (z rezultatów nie był zadowolony), a potem wpadł na pomysł, że może żyć z literatury i zaczął pisać powieści. Niestety, żadna nie powtórzyła efemerycznego sukcesu „Demona ruchu”. „Salamandra”, „Cień Bafometa”, „Wyspa Itongo”, przegadane, nasycone okultyzmem i nużącą ezoteryką, odrzuciły nawet życzliwych czytelników.

Tymczasem gruźlica czyniła postępy. Schorowany i sfrustrowany, pogrążający się w nędzy i zapomnieniu, Grabiński gasł. W ostatnich latach – wspominał Artur Hutnikiewicz, historyk literatury i edytor jego pism, niegdyś uczeń Grabińskiego – „sprawiał wrażenie samotnika, oddzielonego od świata grubą taflą szklaną i pogrążonego bez reszty w swoim własnym doświadczeniu wewnętrznym. (…) Chorobliwie wyszczuplony przez zjadającą go chorobę, zawsze czarno ubrany, o twarzy bladej, przeźroczystej, z której słabość jakby wyssała i wyciągnęła wszystkie barwy życia, zdawał się spoglądać na świat swymi niebieskimi oczyma od jakiejś całkiem innej strony niż wszyscy”. Upodabniał się do swoich postaci i wraz z nimi znikał po tamtej stronie. Ilu uczniów wiedziało, że gasnące ciało ich nauczyciela skrywa tak dziwną duszę?

Ilustracje Rity Kaczmarskiej pochodzą z książki Stefana Grabińskiego „Demon ruchu”, Wydawnictwo Dwie Siostry 2024 // Materiały prasowe wydawnictwa

Niezwyczajna zwyczajność

Wiele lat po wojnie autora „Szalonego pątnika” z odmętów niepamięci wydobył Stanisław Lem. Znał jego nowele z lwowskiego dzieciństwa, i to i owo tamtym lekturom, jak w ogóle literaturze grozy, zawdzięczał (np. „Terminusa”, a może nawet „Solaris”). Grabińskiego rzecz jasna interpretował naturalistycznie, w duchu nauk przyrodniczych. Doceniał pogłębioną psychologię postaci: chorobliwych marzycieli, maniaków seksualnych, piromanów, ludzi z rozdwojoną jaźnią. Spirytyzm, całą tę „mediumistyczną, pozagrobową paradygmatykę”, nie wspominając o okultystycznych dziwactwach, Lem odrzucał.

Sęk w tym, że Grabiński, żyjący w epoce, gdy przyrodoznawstwo swobodnie koegzystowało z irracjonalizmem, tak jak wielu mu współczesnych naprawdę wierzył w telepatię i hipnozę, podobnie jak interesował się postępami w psychologii i nowymi systemami filozoficznymi. Czytał Poego i polskich romantyków, zgłębiał stare traktaty demonologiczne, a jednocześnie studiował psychoanalizę i logikę, swobodnie kształtując swój światopogląd.

Za Williamem Jamesem uznawał pluralizm ontologiczny, za Henri Bergsonem – skłaniał się ku dynamicznej koncepcji bytu, za Juliuszem Słowackim wierzył w prymat ducha nad materią i w to, że świat nie tylko od myśli pochodzi, ale wprost daje się kształtować myślą. Takie poglądy, poparte własnymi intuicjami metafizycznymi i bogatą wyobraźnią, dały niezwykle oryginalny obraz rzeczywistości.

Składa się ona podług Grabińskiego z równoległych, autonomicznych wymiarów, przestrzeni i odcinków czasu, które niekiedy zachodzą na siebie i przenikają, wywołując w człowieku lęk i zdumienie, albo poczucie powrotu do czegoś, co dobrze znajome. Niekiedy w uregulowany bieg spraw wdziera się niewytłumaczalny czynnik albo fałd innej rzeczywistości, wywołując zaburzenie. Na liniach kolei państwowych pojawia się nadliczbowy pociąg, „intruz bez patentu i aprobaty” („Błędny pociąg”), czyjaś energia psychiczna nagromadzona w jakimś miejscu uwalnia się w przyszłości („Szary pokój”), intensywny sen okazuje się projekcją prawdziwych wydarzeń („Nocleg”), zjawiają się sobowtóry („Problemat Czelawy”), umarli spotykają się z żywymi („Zez”), udzielają im wskazówek („Znak”), a nawet spędzają z nimi miłosne noce („Kochanka Szamoty”).

Jak widać, był to światopogląd optymalny dla autora opowiadań grozy, ale Grabiński dodał do niego coś jeszcze. Już Witkacy zauważył, że to, co u Grabińskiego niezwykłe, szalone albo po prostu tajemnicze, osadzone zostaje w codzienności, w pejzażu programowo zwyczajnym. „Oświetlenie pozostaje stosunkowo realistyczne, obiektywne, w związku z czym język nie odbiega od normalnego, jest czysto opisowy”. Zmarli, trochę jak u Leśmiana, bytują za lasem, w dworku, w chłopskiej chałupie, duchy zjawiają się w budkach dróżników przy nieważnych liniach kolejowych albo w ciemnej uliczce na przedmieściu. Postacie, za wyjątkiem kilku demonicznych kobiet, noszą przeważnie plebejskie nazwiska i wykonują rutynowe zajęcia: prowadzą pociągi, gaszą pożary. Ewentualnie zajmują się myśleniem i pisaniem.

Dopiero nagromadzenie tych elementów: nazwisk, miejscowości, profesji, jakby wyjętych z noweli pozytywistycznej, daje niepokojący efekt, ni to śnienia na jawie, ni to gorączkowych omamów czy wrażenia nieostrości i polimorfizmu bytu. Razem składają się na dziwność istnienia.

Demon ruchu

Wszelakie zagadnienia ontologiczne i psychofizyczne chyba najlepiej uchwycił Grabiński w swoim najgłośniejszym zbiorku, „Demonie ruchu”, który w poszerzonej wersji i nowej szacie graficznej ukazuje się właśnie nakładem Wydawnictwa Dwie Siostry. Wbrew obiegowej opinii nie wynalazł tego nurtu opowieści niesamowitej. Pół wieku wcześniej nowelę kolejową napisał Charles Dickens. Czy Grabiński czytał jego „Dróżnika”, czy nie, nie ma większego znaczenia. Nawet jeśli nie znał, dokonał tego samego w literaturze polskiej: przejścia od gotycyzmu (w Polsce zdecydowanie uboższego niż w Anglii i z krótszą tradycją) do grozy technologiczno-katastroficznej. I tak jak Dickens uczynił to, zachowując przynajmniej część gatunkowego sztafażu. W gruncie rzeczy budki dróżników na posępnym odludziu, stacje, na których wydarzają się niewytłumaczalne katastrofy, czy klaustrofobiczne wnętrza wagonów niewiele się różnią od zamczysk i nawiedzonych dworów.

Kolej była dla Grabińskiego ikoną nowoczesności, wynalazkiem techniki (skądinąd nie tak nowym, nawet w prowincjonalnej Galicji) tak zuchwałym, że aż demonicznym. Groźna, nieprzewidywalna, co i rusz wymykająca się spod kontroli człowieka, nierzadko niosąca śmierć – miała w sobie coś z potwora Frankensteina. Paradoksalnie nie służyła podróżnym, a przynajmniej nie została stworzona dla ich wygody. Będąc czystym ruchem, ucieleśniała dynamiczny charakter bytu, stąd ideałem podróży (w opowiadaniu tytułowym) była jazda w nieznane, bez celu i bez kresu, najlepiej prosto w zaświaty (czy też, jak kto woli, w świat halucynacji).

Na pasażerów przemieszczających się na krótkich dystansach, między małymi stacjami – gdy idzie o ich nazwy, takie jak Dąbrowa, Głaszów, Czerniawa, Podwyże, Bylicz, zwyczajne i niezwyczajne zarazem, inwencja pisarza zdaje się nie mieć końca – czyhały rozmaite niebezpieczeństwa. Mogli zginąć w karambolu („Fałszywy alarm”), utknąć na bocznicy („Ślepy tor”), albo wylądować w przyszłości („Dziwna stacja”).

Nie dziwne, że na kolejowych liniach Grabińskiego, zwłaszcza tych dawno wyłączonych z eksploatacji, tak często i chętnie zjawiają się pociągi widma wiozące donikąd nieistniejących pasażerów („Głucha przestrzeń”), a zmarli kolejarze wysyłają kolegom wiadomości zza grobu („Ultima Thule”), martwi telegrafiści kierują ruchem pociągów („Sygnały”). Jednak ten ostentacyjny spirytyzm, który tak drażnił Lema, otrzymuje w „Demonie ruchu” przeciwwagę w postaci czynnika sprowadzającego opowieści na ziemię, choć jednocześnie wzmagającego niesamowitość. Idzie o szarą rutynę kolejarskiego fachu, nieodległą od tej, której u Lema doświadcza podczas lotów kosmicznych pilot Pirx. Chwalono autora za precyzję i fachowe słownictwo kolejarskie oraz – brzmi to cokolwiek paradoksalnie – trzymanie się realiów. Te zaś wcale nie są aż tak ekscytujące.

Grabiński, jak pisarze przed nim i po nim, romantyzował kolej. Swoje pociągi zaludniał, jeśli wolno się tak wyrazić, tajemniczymi indywiduami, jak zwiastujący katastrofę Smoluch albo garbaty konduktor zabawiający pasażerów legendami o wagonie śmiechu. Równocześnie odsłaniał mroczny rewers, związany nie tylko z szalonym pędem. Kolejnictwo to owszem, demonizm, ale też niezwyczajna zwyczajność – precyzja i niepokojąca systematyczność, ujęte w karby techniki, procedur i rozkładów jazdy. To także monotonny stukot kół, posapywanie lokomotywy, hipnotyzująco długa wstęga torów, a w wypadku dróżników czy zawiadowców stacji – czekanie na nadjeżdżający pociąg. Szwankująca maszyna i wielce zawodny czynnik ludzki. Zjawisko tyleż techniczne, co psychiczne.

Ilustracje Rity Kaczmarskiej pochodzą z książki Stefana Grabińskiego „Demon ruchu”, Wydawnictwo Dwie Siostry 2024 // Materiały prasowe wydawnictwa

Ślepy tor

Skąd biorą się wypadki na kolei? Z niedbałości personelu, z fatalnej pogody, chwilowego zaćmienia kolejarskiego rozumu czy wskutek wtargnięcia czynnika nadprzyrodzonego? Grabiński, uczeń i wielbiciel Poego, świetnie wiedział, że to, co niesamowite, niekoniecznie jest znakiem jakiejś rzeczywistości duchowej. Przeciwnie, może skrywać się w wyobraźni i wyłaniać z mroków udręczonej psychiki. Dobry pisarz powinien umiejętnie zacierać granice między wewnętrznym a zewnętrznym wymiarem rzeczywistości, bardziej sugerować niż rozstrzygać, gdzie rodzi się groza.

Można przeczytać „Demona ruchu” – jak czyni to Eliza Kącka w posłowiu do nowej edycji – jako cykl opowieści o ludziach dotkniętych obłędem. Bo rzeczywiście, opowieści kolejowe Grabińskiego to prawdziwe historie maniaków. Emerytowany konduktor Wawera, któremu przełożeni z litości powierzyli do pilnowana nieczynną stacyjkę na zamkniętym odcinku torów, słyszy odgłosy jadącego pociągu („Głucha przestrzeń”). Bytomski, naczelnik stacji w Trenczynie, jest do tego stopnia maniakiem probabilistyki, trafnie przewidującym wypadki, że powoduje katastrofę, by potwierdzić swe obliczenia („Fałszywy alarm”). Maszynista Grot nienawidzi dworców i w ogóle bezruchu, toteż każdorazowo, w akcie sabotażu, zatrzymuje swój skład w przypadkowym miejscu, byle tylko wysadzić pasażerów i dalej pędzić przed siebie. Niejaki Szygoń („Demon ruchu”) pociągów wprawdzie nie prowadzi, ale nigdy ich nie opuszcza, podróżuje bez przerwy, popadając w trans.

Cóż, samotnicy podatni są na obłęd albo niszczącą siłę autosugestii. Tyle że u Grabińskiego, jak u H.P. Lovecrafta, z którym autor „Księgi ognia” bywa u nas trochę na siłę porównywany, groza rodzi się w głowie, ale także napiera z zewnątrz. Odonicz, bohater noweli „Spojrzenie” (z tomiku „Niesamowita opowieść”) czuje na sobie ciężar tego, co kryje się za jego plecami. Czym to jest, Odonicz nie wie, wie tylko, że wpędza go w szaleństwo. Podobnie dzieje się na kolei. „Zielone ślepia maszyny roztrącają ciemność upiornym spojrzeniem, potężne tłoki obracają się z bajeczną, opętaną sprawnością”. Nadliczbowy ekspres, gnany nieznaną siłą, nie uznaje dróżników ani semaforów, bezkolizyjnie przenika przez inne pociągi, przyprawiając podróżnych o zbiorowe szaleństwo. Ktoś nadchodzi, coś się zbliża, sygnały idą.

Miał rację Hutnikiewicz, gdy pisał, że symbolem pluralizmu istnienia, przenikania światów prawdziwych i urojonych, rzeczywistości widzialnych i niewidzialnych, jest u Grabińskiego ślepy tor. Co to takiego? Podług garbatego konduktora Wióra – „uboczna, wzgardzona odrośl szyn, samotne odgałęzienie toru, rozciągnięte na przestrzeni 50-100 m, bez wyjścia, bez wylotu, zamknięte sztucznym wzgórzem i rampą kresową. (…) Wokół zaniedbanie. Zielska przerastają zardzewiałe szyny: bujne, polne trawy, łoboda, rumian dziki i oset”. Już sam opis sprawia, że robi się nieprzyjemnie. Nie chciałoby się tam trafić, prawda? A może jednak?

Ślepy tor to jakby kieszeń, boczna odnoga czasu o mocno zaburzonej, niejasnej ontologii. Tak właśnie: odnoga czasu. Kto nie wierzy, niechaj zajrzy do „Genialnej epoki” Brunona Schulza, czytelnika Grabińskiego, i porówna oba opisy, a potem obejrzy, koniecznie w tej kolejności, „Ślepy tor” Ryszarda Bera (1967) i „Sanatorium pod Klepsydrą” Wojciecha J. Hasa (1973).

Ślepy tor to wprawdzie miejsce trwogi, może kraina umarłych, ale też, jak uspokaja słuchaczy Wiór, również dziedzina poezji. „Rodzą się tu utajone siły, gromadzą od lat nie ziszczone moce”. Co tu jest realnością, a co wspomnieniem, co snem, a co zapętleniem psychicznym lub kacerską manipulacją czasem – nie bardzo wiadomo. Ale to dobrze. W literaturze grozy, tak jak w życiu, są to ze swej istoty rzeczy niewiadome.

Stefan Grabiński DEMON RUCHU, zilustrowała Rita Kaczmarska, posłowie Eliza Kącka, Wydawnictwo Dwie Siostry 2024

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 46/2024

W druku ukazał się pod tytułem: Na ślepym torze