Pamiętam, było to jeszcze w ubiegłym wieku, gdy Marek Bieńczyk – w swoim sławnym traktacie „Melancholia” – przywołał Charlesa Baudelaire’a na świadka wielkiej przebudowy Paryża. Trafny wybór. Któż inny, opłakujący stare zaułki wyburzane pod nowe bulwary i kamienice, nadawał się do tej roli? Kto lepiej wyraził ideę melancholijnego podmiotu, jak nie ów romantyczny dekadent i obserwator zanikania dawnych form miejskiego życia?
Czytelnicy może pamiętają, że Baudelaire i Paryż służyli wtedy Bieńczykowi również jako pretekst dla jego własnych ćwiczeń z utraty. Prowadził je w scenerii może skromniejszej niż okolice Luwru, za to w epoce nam bliższej, zaangażowawszy postać jakby znajomą – pisarza Jana Jo Rabendę, faceta z „odwiecznie gorszej” prawobrzeżnej Warszawy.
W prześwitach Bieńczyka
Do „Melancholii” (1998) wprowadzony tylnymi drzwiami, obecny też w innych książkach Bieńczyka (np. w zbiorze „Jabłko Olgi, stopy Dawida”, 2015, jako fan zapomnianej czeskiej powieści o futbolu), na kartach najnowszej książki, wydanego właśnie „Ronda Wiatraczna” (2025), Rabenda się nie pojawia. Cóż z tego, skoro reprezentuje go narrator niezwykle doń podobny, inteligent, ale i po trosze miejski włóczęga, bywalec lokali gastronomicznych raczej podrzędnej kategorii, niekiedy odrobinę łobuziak, w każdym razie człowiek, który znał prawdziwych łobuziaków. Chłopak z kwadratu, który tu się urodził i tu spędził kawał życia.
Bieńczyk osadził go w konkretnej przestrzeni – zawężonej do jednej prawobrzeżnej dzielnicy, Grochowa – i jak Rabendzie kazał przemawiać w pierwszej osobie, czyniąc przewodnikiem i depozytariuszem pamięci o miejscu, kronikarzem namacalnej miejskiej codzienności, dawnej i współczesnej. Powstała, jak to u Bieńczyka, książka z pogranicza beletrystyki i eseju, gdzie wracają ulubione tematy: sport, męskość i przemijanie, widmowość podmiotu czy natura wspomnienia, ale w innych proporcjach, nadto w znajomym, lecz dawno niesłyszanym tonie. Ton ów, rzec trzeba, jest tu i ówdzie wobec dotychczasowego pisarstwa Bieńczyka wyraźnie polemiczny. Cóż, zmienił się narrator, czas płynie, zmieniła się perspektywa. Przejaśniło się. Przejaśniło się u Bieńczyka? Ano właśnie.
Zacznijmy od melancholii, by prędko się z nią pożegnać. Otóż w tamtej książce twórczość Rabendy była zwierciadłem alegorii, w której „czas naszego istnienia przemienia się w formy przestrzenne i ujawnia w postaci ruin i szczątków”, znowuż każda rzecz, „nawet najmniejsza, najbardziej codzienna, nieistotna, staje się cząstką jednego procesu degradacji, jego jeszcze jednym odczytanym śladem”. Rabenda opłakiwał utratę (zanikanie miasta), próbując przy tym namierzyć nieuświadomiony obiekt, dotrzeć do źródeł smutku. Narrator „Ronda Wiatraczna” postępuje odwrotnie. Chyba mu łatwiej, bo już wie, co stracił.
„Zatem odwrotnie, bez opłakiwania”. Ten mocny akord, wygrany zaraz na początku książki, wyznacza oś narracyjną, określa jej podskórny nerw. Przemiany pejzażu stanowią naturalną kolej rzeczy. Owszem, szkoda starych knajp, wysiudanych przez banki i sieciówki, żal każdej ceglanej rudery, gdzie jeszcze do niedawna tliło się życie, każdego niezabudowanego wygonu porośniętego łopuchami. Żal Kawczej i Pustelnickiej. Ale siła płynąca z przemiany stanowi o witalności Grochowa, a poniekąd – Bieńczyk stale nam przypomina – nas samych. Nie jest to zła lekcja. W przeciwnym razie czeka nas „zawsze ta sama historia, od minionych żalów po wieczne nieutulenie”.
Nie znaczy to, że melancholia nie upomina się o swoją daninę. Narrator spłaca ją elegancko, w duchu Brunona Schulza (kolejny świetny pisarz, który sięga po niego tak nieostentacyjnie, ostatnio robili to u nas Piotr Sommer i Eliza Kącka), pisząc, iż sens dzielnicy zasadza się na istnieniu niewidzialnych rzeczywistości równoległych, pasm czasu, płaszczyzn przestrzeni.
Owe boczne nurty rzeczywistości nie powstrzymują przemijania, ale też nie paraliżują. Już raczej pozwalają swobodniej manewrować sobą – istotą biologiczną i społeczną – przebierać w realności jak w jabłkach na placu Szembeka. Rzadkie momenty objawienia, w olśnieniu lub pod wpływem substancji, nazwie Bieńczyk prześwitem. Słowo ze światłem w środku. Konkretne, wskazujące przejście między blokami.
Czym jest Grochów
Ale jedźmy na Grochów, śladem narratora, który donikąd jechać nie musi, bo z Grochowa się wywodzi i Grochowem poprzerastany, jakoś nie czuje potrzeby, by tym razem podróżować daleko. Nie doświadczymy więc w „Rondzie Wiatraczna” Francji, nie popijemy wina. Także wyprawę za ocean, mimo że dla narratora i jego kumpli miała charakter poniekąd formacyjny, potraktowano po macoszemu. Ba, nie ma tu nawet Warszawy, jest autonomiczna wspólnota grochowska o nieoczywistej ontologii. Bieńczyk nie kryje sympatii do swego matecznika, co nie przeszkadza mu w rozmaitych wiwisekcjach. Grochowa i samego siebie.
Czym jest Grochów? Najogólniej mówiąc, chodzi o środowisko geograficznie i społecznie niedookreślone, które mimo całkiem długiej historii nie może się zdecydować, czym jest i do czego przynależy – do miasta, jako jedna z dzielnic, czy do obszarów podmiejskich – i z tego niezdecydowania czerpie siłę. Ani elegancki, ani sławny, nawet złodziejską sławą pobliskiej Pragi, niezglaźny i pozornie matowy, rozbabrany, ale dynamicznie się rozwijający – Grochów żywi się sprzecznościami i pozwala Bieńczykowi pohulać.
Odzwierciedla to topografia. Grochowia City rozpościera się na dużym obszarze, ale granice ma nieostre, miąższość niejednorodną. Jak westernowe miasteczka gęstnieje wzdłuż głównej ulicy Grochowskiej, która „mimo tylu zagrożeń nie pozwala dzielnicy zamienić się w breję”. Jak miasto w fantazjach średniowiecznych filozofów posiada własne narządy. Serce, tytułowe Rondo Wiatraczna, wieniec arterii i ośrodek wiecznego ruchu kołowego, oraz płuca (choć może bardziej pasowałby, na modłę paryską, żołądek), czyli plac Szembeka z targowiskiem, więc jakby kawałkiem wsi w mieście.
Reszta składa się na tyły: przecznice, bloki, podwórka, boiska, puste place. Tam właśnie, w strefach „zagrożonej bylejakości” – określenie Mirona Białoszewskiego, wielkiego piewcy tego, co w mieście przejściowe – kwitnie (a może kwitło?) intensywne życie społeczne. Bieńczyk kreśli pejzaż ludzki, wymierza i testuje własną peryferyjność, nie popadając we wspomnieniową nostalgię. Ta bowiem, wyrodna siostra melancholii, jest tu dziewczynką do bicia. Snobowania się na grochowskość Bieńczyk nie lubi, skłonny jest wyszydzać współczesne klubokawiarnie, które jakoby zastąpiły podwórkowe wspólnoty.
Cóż jednak z życiem społecznym? Jako że idzie o dzielnicę wielkomiejską, ale nie całkiem, proletariacką, lecz nie do końca, ludzie są tu „klasowo skundleni”, trochę tacy, trochę śmacy, mocno przemieszani, zwłaszcza (tu narrator Bieńczyka sięga lat peerelowskiej podstawówki, z jej, mimo wszelakich dystynkcji, egalitaryzmem) w dzieciństwie, najdalej nastoletniości. Później ów idylliczny obraz się zamazuje. W poprzek ludzkiej podwórkowej wylęgarni idą, czy raczej ujawniają się z całą mocą podziały. Ktoś jest z inteligencji (niechby tej gorszej, grochowskiej), ktoś z ludu. Tyle bycia razem: „Znaliśmy się, rozpoznawaliśmy, później coraz mniej”.
Zostają koleżanki i koledzy. Jednym się powiodło, innym nie. Grochów nie był kuźnią wielkich karier, lecz to nie znaczy, że ludzie pomarnowali życie. Więc mija się ich – póki człowiek mieszka na dzielni i póki wraca – na klatce schodowej, pod sklepem, w przelocie na ulicy, a potem mijać przestaje. Któregoś dnia więź się kończy, twarz rozmywa w tłumie, ktoś przepada na zawsze, ktoś inny, o kim coś wiemy, umiera. Z tęsknotą (jest tu tęsknota, ukazuje się w prześwitach) narrator radzi sobie nieźle. Czy dlatego, że akurat on przeprawił się na tamten brzeg?
Dzielnica na dorobku
Właśnie, tamten brzeg. To Andrzej Stasiuk tak mocno zarysował w literaturze polskiej mit tego i tamtego brzegu, za punkt obserwacyjny obrawszy rodzinny Grochów, z Kozią Górką, Szembekiem i kanionem alei Waszyngtona, skąd przy dobrej pogodzie widać wieżowce Śródmieścia, „prawdziwe miasto” za wielką rzeką. A tutaj Grochów, warszawski Brooklyn przy Manhattanie, niskopienny przedsionek miasta, stacja końcowa dla tych, którzy wyrwali się skądeś i do Śródmieścia się nie wybierają, albo przeciwnie, aspirują, wybierają się, ale dotrzeć nijak nie mogą.
Opozycję prawego i lewego brzegu Wisły również grochowianin Bieńczyk ogrywa w wielu wariantach. Przedmiasto i miasto właściwe. Miasto niezglaźne i miasto niegdyś dokumentnie zburzone. Miasto, gdzie szło przeżyć wojnę, i miasto, gdzie przepadli krewni matki. Miasto szkoły i klubu sportowego i miasto onieśmielających inteligenckich salonów. Przy czym w każdym wariancie – może z wyjątkiem czasu wojny – Grochowowi czegoś brakuje. Nawet ciała tutejszych mieszkańców są niegotowe, jakby dopiero „na dorobku”, wciąż nie dość wyraźne, choć bywa, że przedwcześnie zaharowane.
„Miejsce łatwych westchnień i prostych marzeń, mościło się czy też łudziło za rzeką. Do nas co najwyżej można było zawitać albo u nas zagościć, łaskawie uświetnić nas swoją obecnością, tam się przyjeżdżało”. To perspektywa człowieka prawobrzeżnego, odtwarzana po latach. Z drugiej strony, narrator na szczęście nie zamierza udawać, że nie zdobył wykształcenia, nie został historykiem literatury i nie przekładał francuskich humanistów. Choć tych ostatnich jest tu jakby najmniej. W „Kontenerze” (2018), książce o chorobie i śmierci matki, Bieńczyk przywoływał ich co chwila. Na świadków brał Prousta i psychoanalityka Pierre’a Fédidę. Można wręcz odnieść wrażenie, że budował parawan z erudycji.
W „Rondzie Wiatraczna” takich przeplotów nie dostajemy. Erudyta się wycofuje, jego oczytanie ujawnia się co najwyżej między akapitami. I zaraz znika. Ulice wracają do nazw, miejsca na własne miejsce, wszystko staje się na powrót rozpoznawalne. „Grochowska znów była Grochowską, a Kaleńska Kaleńską”. Ta operacja literacka wymaga nie tyle nowego języka, ile pewnej konwersji uwagi. Wskoczenia w raptownie otwierający się prześwit, który jest „inną, lepszą możliwością wciąż tego samego. Zmianą, która nie zmienia, lecz wiele przynosi”. Narratorowi „Ronda” przyniosła, czy raczej pozwoliła odzyskać coś, co było tak silnie obecne w „Terminalu” (1994) i „Tworkach” (1999), wczesnych powieściach Bieńczyka, a później, naturalną koleją rzeczy, zaczęło zanikać – chłopackość.
Na luźniejszym Grochowie chyba o nią łatwiej niż w sztywnym Śródmieściu. Może stąd powrót na dzielnię?
Ja, pojedynczy Grochów
„Od (…) roku życia mieszkałem sam” – takie sformułowanie powtarza się w książce wielokrotnie, zmienia się tylko liczba lat: sześć, osiem itd., co każe pomyśleć, że narrator albo nie ma wielkiego pojęcia o własnej przeszłości, albo kpi z nas w żywe oczy. Albo, przywdziawszy łobuzerską maskę, pragnie zaproponować nam coś ważnego.
Nie darmo na dzielni nazywano narratora Prorokiem, a on sam dość chętnie porównuje się do Chrystusa i Mojżesza. Grochowski prorok wieszczy rychłe nadejście „zbełtanych czasów”, obiecuje wyprowadzić swój lud z dzielnicy – ale nie za Wisłę, lecz do najgłębszych piwnic, gdzie da się spokojnie przeczekać najgorsze, ale też to i owo zrozumieć.
Przede wszystkim jednak nasz narrator, oswobodzony z profesorskiego gorsetu, niczym klasowy nicpoń z oślej ławki kwestionuje domyślny porządek, wywraca na nice szacowne doktryny filozoficzne, szydzi z bogów i szatanów, obśmiewa Kartezjusza, Freuda, Derridę, Bourdieu, a nawet (rzecz w pewnych kręgach inteligenckich niewybaczalna) samego Didiera Eribona.
Ot, weźmy nauki społeczne. Przyzwyczajono nas, także w toku lektury „Ronda Wiatraczna”, że poręcznym narzędziem objaśniania relacji międzyludzkich na grochowskich podwórkach jest kategoria klasy. Akcentowano determinizm. Raz z ludu, zawsze z ludu. „Tymczasem na Grochowie zdarzały się rzeczy, które socjologom się nie śniły”. Tutaj miejsce poprzedza klasę społeczną. Stadion Orła i błysk nieba w Olszynce Grochowskiej (tak, tej od bitwy, która jest dla Grochowa przepustką do wielkiej historii i szkolnych podręczników) istnieją dłużej niż marzenia o awansie czy przywileje. Albowiem – bezczelność tego stwierdzenia zmusza nas, byśmy uwierzyli Prorokowi na słowo – „Grochów to ja”. Ja zwielokrotniony, w różnym wieku, z różnych matek, ojców, środowisk.
Ja zbiorowy? Bynajmniej. Prorok wystrzega się takich uogólnień, jego mesjańska obietnica, obietnica buffo i całkiem serio, zasadza się na zwielokrotnieniu.
Na pozór bowiem, skoro miejsce kształtuje człowieka, mieszkańcy Grochowa, wychowani na tych samych ulicach, między Grochowską a torami kolejowymi, powinni być do siebie podobni. Ale nie są. I nie przynależność społeczna o tym decyduje. Cóż zatem? Kluczowy – jak to w pisaniu o mieście – jest czynnik topograficzny. „Tyle map, ilu mieszkańców”. „Dla Sedesa ważna była mapa kocia (…) dla mnie – termiczna i świetlna”.
Wielość pojedynczych, niepowtarzalnych Grochowów składa się na dzielnicę. Czasem bywa, że ścieżki się przecinają, przenikają. Dochodzi do spotkania albo kolizji. Zjawiają się Magda, Sedes, Krzywy, ktoś z kimś znów idzie na randkę nad Jeziorko Kamionkowskie, w Małej Czarnej ktoś zamawia kawę z wódeczką, czyjaś twarz miga w oknie pokoju nad bramą. Czyjś los – chłopaka, dziewczyny, bo jeśli jest chłopackość, to musi być i dziewczyńskość, bez tego nie ma świata – jawi się w prześwicie. Jak to na Wiatraku, wszystko jakoś się kręci. Coś się odzyskało.

Marek Bieńczyk, „Rondo Wiatraczna”, Wydawnictwo Karakter, Kraków 2025
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.



















