Teoria sześciu stopni oddalenia mówi, że każdy człowiek na świecie jest połączony z innymi łańcuchem nie więcej niż sześciu znajomych. Jeżeli to prawda, od Tomasza Manna dzieli mnie zaledwie jedna osoba. Z moją babcią mieszkał bowiem po sąsiedzku wybitny krytyk literacki i tłumacz Egon Naganowski, który jako dziecko, podczas pobytu w Monachium, przypadkiem spotkał słynnego już wtedy pisarza. Stało się to dla niego przeżyciem symbolicznym, choć zrozumiałym dopiero poniewczasie.
Widywałem Naganowskiego wielokrotnie, ostatni raz rozmawialiśmy, gdy jako student poznańskiej germanistyki wybrałem się do niego po autograf. Dopiero co wyszły „Dzienniki” Manna w jego przekładzie. Nie przyznałem się, że ich lektura znudziła mnie okrutnie.
Duch antykwaryczny nad pisarstwem Tomasza Manna
Co prawda nie byłem chyba odosobniony w tej opinii. Tomasz Mann nadal nie wyszedł wtedy z czyśćca literatury, gdzie trzyma się twórców dawniej cenionych i wpływowych, potem jednak bezceremonialnie zepchniętych na zakurzone półki nieczytanych klasyków. Pisarz do dzisiaj czeka na ostateczny werdykt historii, zmuszony słono płacić za nadzwyczajną rewerencję, z jaką go traktowano za życia, za cesarskie wręcz hołdy, które mu wówczas składano.
Rozliczne inicjatywy ostatnich lat, podejmowane choćby w związku z setną rocznicą wydania „Czarodziejskiej góry” (2024), a także sto pięćdziesiątą rocznicą urodzin Manna i siedemdziesiątą jego śmierci (2025), niewiele pod tym względem zmieniły. Wciąż dominuje poczucie, że nad tym pisarstwem unosi się duch antykwaryczny.
Dostrzeżono to zresztą dawno temu. Amerykański pisarz i krytyk Alfred Kazin odwiedził kiedyś Hannah Arendt w jej nowojorskim mieszkaniu, a kiedy podczas rozmowy przyznał się do swojej sympatii dla autora „Józefa i jego braci”, poirytowana filozofka omal nie wyrzuciła go za drzwi.
Dla niej pisarzem współczesnym par excellence był już wtedy, u progu lat 40., szerzej wciąż nieznany Franz Kafka.
Nowy przekład „Buddenbrooków”: doskonałe proporcje
Ale przecież entuzjastyczne przyjęcie, z jakim spotkał się powieściowy debiut Manna z roku 1901, „Buddenbrookowie”, dowiodło, że zaledwie dwudziestosześcioletni wtedy autor musiał bezbłędnie trafić w nerw swojej epoki. I jednak potrafił być współczesny.
Pod koniec zeszłego roku ukazał się nowy polski przekład tej monumentalnej sagi, będącej historią upadku tyleż pewnej pojedynczej rodziny, ile całej formacji kulturowej, która naznaczyła wiek XIX jak żadna inna – mam oczywiście na myśli mieszczaństwo.
Tłumacz, Jerzy Koch, oddał frazę oryginału w sposób wyszukany i elegancki, zachowując doskonałe proporcje między subtelnymi rejestrami nowoczesnej polszczyzny a staroświeckością oryginalnego stylu. Nawiasem mówiąc, to znakomity przykład ogólniejszej tendencji: ponowne tłumaczenia klasyki, od pewnego czasu coraz liczniejsze, wydawane z coraz większą pieczołowitością i coraz większym rozmachem, bez wątpienia wnoszą świeży powiew w nasz pejzaż literacki.
Tak wiele u nas przecież krzątaniny wokół książek ulotnych, które jednego dnia wydają się szalenie istotne i zdobywają wszystkie możliwe nagrody, a już następnego nikt o nich nie pamięta. Tymczasem tłumacząc klasyków na nowo, uświadamiamy sobie z całą mocą, że istnieją prawdy towarzyszące nam niezmiennie od pokoleń. Nie wiem, czy istnieje utwór, który ukazuje to dobitniej niż „Buddenbrookowie”. I który mimo całej swojej antykwaryczności byłby w tym znaczeniu bardziej nam współczesny.
Portret czterech pokoleń mieszczańskiej rodziny
Debiutancka powieść Manna nominalnie ukazała się co prawda w wieku XX, lecz pod każdym względem przynależała wciąż do poprzedniego stulecia, bez reszty naznaczonego kulturą mieszczańską i cenionymi przez nią wartościami. W 1929 r., gdy kapituła Nagrody Nobla uhonorowała „Buddenbrooków” najwyższym wyróżnieniem w świecie literatury, XIX stulecie wydawało się jedynie odległym wspomnieniem czasów spokoju, harmonii, dostatku.

Spuszczona z łańcucha historia (by użyć formuły Jerzego Stempowskiego) prędko nabierała rozpędu i w następnych dekadach bez litości miażdżyła świat, który dotychczas dawał poczucie bezpieczeństwa. Na horyzoncie grzmiały już konflikty o skali apokaliptycznej, o których nie ma potrzeby przypominać nikomu, kto choćby pobieżnie zaznajomił się z ponurymi dziejami XX wieku.
Ale na razie jesteśmy w „bezpiecznym” roku 1835, gdy zaczyna się akcja powieści. Mann, z finezją zdumiewającą u tak młodego autora, kreśli portret rodziny mieszczańskiej na przestrzeni czterech pokoleń, aż do roku 1877.
Pierwszej generacji przewodzi Johann Buddenbrook, pracowity kupiec, dzielnie stawiający czoło przeciwnościom losu chyba przede wszystkim dlatego, że nieszczególnie zaprząta sobie nimi głowę. Po prostu odważnie idzie naprzód przez życie, wyznając niezachwianą wiarę w Boga, ład świata i swoje kupieckie szczęście.
Jego syn, konsul, rozłoży akcenty odrobinę inaczej. Jest naturą bardziej refleksyjną, romantyczną, choć nie w takim stopniu, by te cechy charakteru nadszarpywały stan interesów. Rodzina Buddenbrooków rośnie w siłę i wpływy, lecz jej horyzont intelektualny, światopoglądowy czy społeczny wciąż pozostaje bardzo ograniczony. Taktowność, wyczucie, równowaga, umiar, postawa, godność – takimi „aktywami” obracają członkowie rodu.
Moment, w którym strumień mieszczańskiego życia przeistacza się w budzące grozę morze
O ile jednak sama familia trzyma się tych zasad z siłą wciąż niezłomną, o tyle w otoczeniu społecznym zaczynają zachodzić zastanawiające zmiany. Zapowiadają je ludzie całkiem odmiennego typu, którzy tłumnie wchodzą teraz na scenę historii. To nierzadko po prostu oszuści i lichwiarze – pierwsi reprezentanci drapieżnego XIX-wiecznego kapitalizmu. Konsul Buddenbrook ma jeszcze dość sił i środków, a także wystarczająco wiele mieszczańskiej pewności siebie, by duchowo im się przeciwstawić.
Ale już jego syn, Thomas, jest przypadkiem zupełnie innego rodzaju. I to w jego postaci skupiają się wszystkie kluczowe dla Manna kwestie epoki. O ile wcześniejsze sukcesy Buddenbrooków brały się przede wszystkim z ich niezłomnej integralności duchowej, tak charakterystycznej dla całej formacji mieszczańskiej, o tyle Thomas zapowiada swoją postawą epokę Marksa, Nietzschego i Freuda, majaczącą już na horyzoncie. Ci trzej, jak się ich czasem określa, „mistrzowie podejrzeń” dokonają wkrótce prawdziwej rewolucji. Zwrócą bowiem uwagę na uwarunkowania, które określają ludzką świadomość i kulturę w sposób co prawda ukryty, lecz tym bardziej przemożny i tym boleśniejszy.
Dwa pierwsze pokolenia Buddenbrooków symbolizują jeszcze ludzkość „niewinną”, sprzed upadku. Ani Johann, ani jego syn szczęśliwie nie mają pojęcia, co to wewnętrzne rozdarcia. Ale już w niebezpiecznie wydelikacone ręce Thomasa wpada „owoc poznania” i nie może on tego daru nie przyjąć. Z chwilą gdy bierze do ust pierwszy kęs, spokojny strumień mieszczańskiego życia, prowadzonego od pokoleń, przeistacza się w budzące grozę morze.
Jego powierzchnia tchnie spokojem co najwyżej iluzorycznym. Pod spodem rozwierają się przeraźliwe otchłanie lęku przed życiem i zwątpienia we własne siły. Gdy takie uczucia zaczynają targać głową rodu, nie wróży to nic dobrego. Moment najwyższej dziejowej chwały Buddenbrooków (awansujących dzięki skwapliwości Thomasa do rangi najznamienitszej familii Lubeki) okazuje się początkiem ich gwałtownego upadku.
Syn Thomasa, Hanno, jest już całkowitym przeciwieństwem swoich mieszczańskich przodków. Próżno wypatrywać w nim choćby śladu ich krzepkości, w nadmiarze odznacza się za to niezwykłą subtelnością duchową. Tak, Hanno jest artystą. Co oznacza również, że przepełnia go chorowitość, lękliwość, słabość. Ponieważ dla takich jak on nie ma żadnej nadziei, umiera bardzo młodo, będąc niemal jeszcze dzieckiem, i tym samym kończy historię Buddenbrooków.
„Buddenbrookowie”: uniwersalna panorama epoki, która właśnie dogorywa
Sukces powieści wynikał najpierw z otaczającej ją aury skandalu. Tomasz Mann od początku swojej drogi pisarskiej hołdował przekonaniu, że każdy dojrzały twórca literatury raczej „odnajduje”, niż „wynajduje”. To znaczy mniej polega na pracy wyobraźni, bardziej zaś na realnym życiu, z którego czerpie pełnymi garściami.
Istotnie, w wielu bohaterach powieści szybko dostrzeżono łudzące podobieństwo do prawdziwych mieszkańców Lubeki, na dodatek wciąż żyjących. Oczywiście niemile dotkniętych tym, że młody autor bez skrupułów chłoszcze ich zjadliwą ironią. I że kreśli fałszywy obraz miasta może i pięknego, zamożnego, chlubiącego się wspaniałą kupiecką historią, lecz także boleśnie zaściankowego.
Wkrótce jednak, gdy sława „Buddenbrooków” zaczęła zataczać coraz szersze kręgi i gdy oczywiste się stało, że choć „lubecka” w każdym calu, jest ta powieść przede wszystkim uniwersalną panoramą epoki, która właśnie dogorywa, ważne dla czytelników stały się zagadnienia zgoła innego rodzaju. Nie klucz towarzyski, lecz społeczny zaczął teraz intrygować najbardziej. I to on przysporzył niezwykłej wprost popularności Mannowi.
Odkąd równie młody Goethe opublikował trzynaście dekad wcześniej „Cierpienia młodego Wertera”, żadna powieść napisana w języku niemieckim nie została przyjęta na całym kontynencie z takim entuzjazmem. Europejczycy uwielbiali wtedy przeglądać się w zwierciadle literatury. Zanim na dobre rozwinęła się profesjonalna socjologia, była ona dla nich pewnym rodzajem nauki społecznej. I najwyraźniej powieść „Buddenbrookowie” taką naukę w sobie zawierała.
Zawierała formuły i sensy, obowiązujące nie tylko świat przedstawiony i jego bohaterów, lecz także świat prawdziwy i prawdziwych ludzi. Wciąż delektujących się wówczas, na przełomie wieków, świadomością, że żyją w belle époque, lecz chyba już przeczuwających, że jest to życie na kredyt historii. I że historia niebawem zacznie się upominać o zwrot kapitału wraz z odsetkami.
Powieść Manna wymaga innego podejścia niż to, czego dostarcza nam kultura „instant”
Zauważył to choćby Stanisław Brzozowski w szkicu będącym jednym z najwcześniejszych polskich świadectw zainteresowania twórczością niemieckiego autora. Po czym dodał, że głównie dlatego epoki upadku są tak fascynujące dla sztuki, literatury, filozofii: dopiero wtedy przecież, w momencie zerwania ciągłości życiowej i wyczerpania dawnych zwyczajów, nawyków, poglądów, może zrodzić się w człowieku dojrzała świadomość własnego losu.
A w konsekwencji dopiero wtedy może się zrodzić u niego głęboka inteligencja artystyczna i filozoficzna. Owszem, na życie staje się już wtedy za późno, upadek jest nieunikniony. Lecz zanim on nastąpi, w tym osobliwym międzyczasie oddzielającym od siebie życie i śmierć powstają arcydzieła w rodzaju „Buddenbrooków”.
Obecnie lektura takich powieści jest prawdziwym wyzwaniem. Żyjemy przecież w kulturze „instant”, kulturze „tu i teraz”, domagającej się maksymalnej gratyfikacji przy minimalnym nakładzie sił. I jeszcze na wszystko wymyślamy od razu jednoznaczne pojęcia, które mają nam zastąpić długotrwałą pracę umysłową, po czym szybko doprowadzić do jasnych wniosków.
Powieść Manna wymaga zupełnie innego podejścia. Nie tylko jest bardzo obszerna, lecz także „pracuje” niezwykle powoli, na subtelnych półtonach, ledwo wyczuwalnych niuansach. Współczesny czytelnik łatwo może je pomylić z brakiem wyrazistości psychologicznej i szybko popaść w nudę.
Thomas Buddenbrook: „Nie należysz do siebie samego”
Przyznam, że z początku, czytając nowy przekład „Buddenbrooków”, również ja popełniałem ten błąd. No cóż, jestem przecież dzieckiem naszej „psychologicznej” epoki, która prawie dzień w dzień dostarcza nowych słów na określenie każdego aspektu ludzkiej osobowości, w iluzorycznym przekonaniu, że przytwierdzanie tabliczki z nazwą jest równoznaczne ze zrozumieniem.
Tymczasem akcja powieści Manna rozgrywa się w epoce przedfreudowskiej, gdy ludzie woleli milczeć o tym, o czym nie potrafili mówić. Tylko czy milcząc, istotnie nic nie wyrażali? I czy my dzisiaj, bez ustanku rozwodząc się nad naszymi uczuciami i nawet w sytuacjach codziennych używając przy tym wyrafinowanej nomenklatury psychologicznej, faktycznie wiemy o sobie dużo więcej? Nie jestem pewien. Po lekturze „Buddenbrooków” jestem pewien jeszcze mniej.
Skądinąd może to być niestety przyczyna, dla której nowy przekład tej kapitalnej powieści nie znajdzie łatwej drogi do czytelników. Każda epoka psychologiczna jest bowiem także epoką ekspresjonistyczną i współczesna sztuka dostarcza tego przykładów pod dostatkiem.
Po pierwsze, dominuje w niej obraz, nie słowo. Po drugie, karmi się ona głównie afektami i afektacjami, głośnymi, jaskrawymi, radykalnymi, często agresywnie domagającymi się uwagi dla swej rzekomej wyjątkowości. Od takiej postawy artystycznej był Mann jak najdalszy. Definiował swoją sztukę jako impresjonizm, pełne pokory „odnajdywanie” rzeczywistości migotliwej, w gruncie rzeczy niepochwytnej.
A niepochwytnej dlatego, że jej zasadniczą materią jest nie przestrzeń, lecz czas. Jego nakładające się na siebie od pokoleń osady, które próbuje się uchwycić przede wszystkim słowem, nie obrazem. Również i ta postawa miała swoje źródło w mieszczańskim etosie, którego pisarz był poniekąd spadkobiercą. Ironicznym wprawdzie, ale i wykazującym głębokie zrozumienie dla tego, co minione.
Impresjonizm „Buddenbrooków” może być dla nas, współczesnych, wyzwaniem nie lada, podobnie jak objętość tej książki, pokładającej tak wielką wiarę w moc słowa. Jednak niektóre elementy obecnego w niej etosu mieszczańskiego nie odeszły do lamusa raz na zawsze, a tylko czekały na swoją kolejną szansę. I niejako tylnymi drzwiami teraz do nas wracają, w innym przebraniu i w innych okolicznościach, lecz z tym samym przesłaniem.
„Nie należysz do siebie samego”, mówi Thomas Buddenbrook do swojego brata, Christiana. Podobnie, lata wcześniej, przekonywał swoją córkę, a siostrę Thomasa, Tonię, stary konsul: „Urodziliśmy się nie do tego, co przed naszymi krótkowzrocznymi oczami jawi się jako własne małe osobiste szczęście, nie jesteśmy bowiem istotami… istniejącymi dla samych siebie, tylko ogniwami łańcucha…”.
Podobnie jak młody Tomasz Mann, tak i my żyjemy w epoce zasobnej we wszelkie bogactwa
Można by to nazwać „ekologią czasu”. Czy taka postawa znów nie znajduje współcześnie coraz większego zrozumienia? Co ciekawe, dostrzegam je szczególnie wśród ludzi młodych, zatroskanych o przyszłość świata dotkniętego obecnie tak wieloma kryzysami, lecz i świadomych, że ten świat nie wziął się znikąd. Że nie istniejemy tylko dla siebie, tu i teraz, „instant”. Że jesteśmy odpowiedzialni za to, co przed nami budowali inni – odpowiedzialni także wobec naszych potomków.
To pokoleniowe poczucie odpowiedzialności za przeszłość, teraźniejszość i przyszłość zaskakuje tym bardziej, że przecież okres młodości co do zasady nie jest zanadto obciążony tak zwanym bagażem czasu. A jednak to właśnie obecni dwudziestokilkulatkowie często intuicyjnie głębiej zdają się pojmować tę kwestię. Są też w tym bardziej racjonalni od nas, starszych o pokolenie lub więcej, którzy myślenie w kategoriach łańcucha pokoleń pochopnie uznaliśmy za przejaw dawno przezwyciężonej mieszczańskości.
Podobnie jak młody Tomasz Mann, tak też i my żyjemy dziś – nikt temu nie zaprzeczy – w epoce zasobnej we wszelkie bogactwa. A zarazem mierzymy się, podobnie jak miało to miejsce na przełomie XIX i XX wieku, ze zjawiskami zwiastującymi przesilenie, wyczerpanie, zużycie. Podtytuł „Buddenbrooków” brzmi: „Upadek pewnej rodziny”. Powieść Manna jest kroniką czasów rozkładu pisaną w epoce, gdy koła historii właśnie brały rozmach do kolejnego wielkiego obrotu. Wiele wskazuje na to, że teraz też tak się dzieje, na naszych oczach. Pisał Mann proroczo i o nas?
Buddenbrookowie kończą się wyznaniem wiary, że zawsze jest jakieś „później”
Tylko dlaczego każdy doskonale pamięta o podtytule powieści, a nikt właściwie nie zwraca uwagi na samo jej zakończenie? Przecież nie należy ono do żadnego z „upadłych” już teraz nieodwołalnie Buddenbrooków, lecz do Sesemi Weichbrodt, przyjaciółki rodziny.
Gdy Tonia, bolejąc nad śmiercią najpierw swojego brata, a później jego syna Hanno, zaczyna tracić nawet wiarę w Boga, drobna Sesemi z całą mocą przywołuje ją do pionu. W ostatnich swoich słowach narrator nazywa tę kobietę „triumfatorką w słusznej walce” i „natchnioną prorokinią”. Chyba nie popełniam nadużycia, uznając, że to słowa samego autora. I wcale nie słyszę w nich ironii, znaku rozpoznawczego mannowskiej prozy. Słyszę nadspodziewanie szczere i mocne wyznanie nadziei, że ostatecznie nic tak naprawdę nigdy się nie kończy.
Być może „Buddenbrookowie” istotnie są historią upadku i śmierci. Ale nie kończą się upadkiem i śmiercią, tylko „natchnionym proroctwem”. Albo, jak kto woli, zdecydowanym wyznaniem wiary, że zawsze jest jakieś „później”. Tomasz Mann, wkraczając dopiero w życie i tworząc swoje arcydzieło, wiedział, czego nie wiedziało wielu starszych, bardziej doświadczonych od niego: że czas nie powiedział jeszcze ostatniego słowa. I zawsze będzie dla nas jakaś przyszłość.
Dlatego powtórzę: nie istnieje powieść bardziej nam współczesna niż „Buddenbrookowie”. Która przekonując na różne sposoby, że nie należymy wyłącznie do samych siebie, bardziej by nas mogła przywrócić do pionu.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.


















