Kiedy w sercu Nowego Jorku dobiegał końca głośny proces szefowej przemytniczego imperium, zwanej Siostrą Ping, Patrick Radden Keefe, świeżo upieczony absolwent prawa, przygotowywał się właśnie do egzaminu adwokackiego. Z początkiem lata roku 2005 każdego ranka udawał się do chłodnej, klimatyzowanej sali na Uniwersytecie Nowojorskim i starał się nie zasnąć podczas serii nużących wykładów.
Czasem zabierał ze sobą na zajęcia numery „New York Post” czy „Daily News”. Tabloidy podsycały emocje krzykliwymi nagłówkami, w których nazywały Siostrę Ping „wcieleniem zła”. Kobieta została skazana na 35 lat więzienia niedługo po tym, jak Keefe zdał swój egzamin.
Wkrótce okazało się, że dyplom do niczego mu się nie przyda. I tym razem winna była Siostra Ping.
– Dla mieszkańców Chinatown była bohaterką, wcieleniem Robin Hooda walczącego o lepsze życie dla swoich pobratymców. Dla jakiejś części amerykańskiego społeczeństwa była więc przestępczynią, dla innej – wybawicielką. Ten paradoks mnie zafascynował i stał się dobrym powodem, żeby zmarnować dyplom prawniczy – mówi Keefe.
Absolwent prawa marzący o pisaniu zrozumiał, że proces Siostry Ping to temat na poważny tekst, a nawet książkę. W kwietniu 2006 r. w „New Yorkerze” pojawił się jego reportaż o chińskiej przemytniczce, a trzy lata później, w ślad za nim, ukazała się „Głowa węża”.
Amerykański sen imigrantów: „Głowa węża”
Reportaż Keefe’a, pojawiający się właśnie w polskim przekładzie, zaczyna się od przejmującej sceny. Ogromny statek pasażerski osiada na mieliźnie prawie sto metrów od półwyspu Rockaway. Jest 3 czerwca roku 1993, środek nocy, na pokładzie znajdują się setki nielegalnych chińskich migrantów. Zamiast poczekać na pomoc, skaczą w otchłań oceanu. Jeden z policjantów przeciera ze zdumienia oczy. Dobrze pamięta z poprzednich akcji ratowniczych, jak wielką trwogę rozbitków budzi mrok bezkresnej wody. W przypadku pasażerów „Golden Venture” strach ustępuje pragnieniu, by po miesiącach tułaczki dotknąć amerykańskiej ziemi.
Ten fragment nabiera nowego sensu, kiedy czyta się go w roku 2025. Czy Ameryka Donalda Trumpa jest jeszcze krajem, dla którego ludzie są gotowi skakać w otchłań?
Patrick Radden Keefe: – Dziś budujemy mur na granicy. Umieszczamy dzieci w klatkach. Rozdzielamy rodziny. Porywamy ludzi i wysyłamy ich do obozu w Salwadorze. Donald Trump i jego ludzie wyznają natywistyczny pogląd, według którego Ameryka jest krajem należącym do białych. Miejsce amerykańskiego snu zastąpiło poczucie, że nasze społeczeństwo srogo karze ludzi przybijających do brzegu w poszukiwaniu lepszego losu.
Operacją przemytu zdesperowanych Chińczyków dowodziła Siostra Ping. Była niepozorna, na pierwszy rzut oka wyglądała jak typowa ekspedientka sklepiku w Chinatown. „Lubiła tanie, praktyczne ubrania, typowe dla prowincji Fujian, skąd pochodziła, dla wygody nosiła dość krótkie włosy, tylko do ramion. Pracowała wiele godzin dziennie: sprzedawała niedrogie przedmioty codziennego użytku, prowadziła też restaurację w suterenie, w której nowo przybyli imigranci mogli zamawiać swojskie specjały fujiańskiej kuchni, na przykład ostrygi w cieście albo zupę z kulkami rybnymi. Ilekroć przyjeżdżały ciężarówki z zaopatrzeniem, sama taszczyła je do sklepu”, pisze o niej Keefe.
Jako ośmioletnia dziewczynka Siostra Ping zbierała chrust. Podczas przeprawy przez rzekę silny prąd przewrócił łódkę, na której znajdowała się z kilkoma osobami. Przeżyli tylko ci, którzy mieli wiosła. „Śmierć zabrała dwoje ludzi, którzy lenili się, podczas gdy reszta wiosłowała. Nauczyło mnie to, że zawsze trzeba ciężko pracować” – wyznała w korespondencji z Keefe’em.
Ale z dzieciństwa, które upłynęło w pogrążonych w maoistowskim terrorze Chinach, wyciągnęła jeszcze jedną lekcję. Kiedy Mao ogłosił Wielki Skok Naprzód, miała dziesięć lat. Miliony ofiar, które zmarły z głodu na skutek nieudanych reform, przywódca miał skwitować krótkim zdaniem: „Zwłokami można użyźniać ziemię”. Lekcja numer dwa brzmiała więc: pojedyncze życie nie ma wartości.
Do końca swoich dni, które spędziła w więzieniu w Teksasie, uważała, że jest niewinna. Zbudowała przemytnicze imperium warte 40 mln dolarów. Umożliwiła przyjazd do USA co najmniej czterem tysiącom rodaków. W latach 80. cena za nielegalną przeprawę do Ameryki wynosiła 18 tys. dolarów, w latach 90. podskoczyła do 35 tys. Od klienta, który dotarł bezpiecznie do Stanów Zjednoczonych, oczekiwała uiszczenia pełnej opłaty. Do egzekucji długu wynajmowała gangsterów, którzy więzili świeżo przybyłych uciekinierów, a nawet ich torturowali, by wymusić na krewnych i przyjaciołach zebranie należnych pieniędzy.
Mimo to, kiedy trafiła za kratki, ludzie zgłaszali się na ochotnika, by odsiedzieć za nią wyrok. Siostra Ping umarła wierząc, że jest dobrą, szlachetną osobą. Nigdy nie dopuściła do siebie myśli, że to, co robiła, było przestępstwem.
Epidemia opioidowa: „Imperium bólu”
Jak to się dzieje, że ludzie, którzy chcą pomagać innym, stają się bandytami? Gdzie przebiega granica między dobrem a złem? Pytania o naturę człowieka staną się motywem wszystkich reportaży Keefe’a.
– To dzięki „Głowie węża” stałem się pisarzem – mówi. – Po niemal 20 latach, które minęły od napisania tej książki, ciągle zajmują mnie te same sprawy: moralna dwuznaczność i historie, które opowiadamy, aby usprawiedliwić samych siebie. Zarówno Siostra Ping, jak i Arthur Sackler nie uważali się za złoczyńców. Wierzyli, że są dobrymi ludźmi. Może dlatego, że przekroczenie granicy zła to droga małych kroków. Stopniowo zaczyna się robić coraz gorsze i gorsze rzeczy.
Arthur Sackler, twórca farmaceutycznego imperium, które doprowadziło Amerykanów do epidemii opioidów, jest bohaterem innego głośnego reportażu Keefe’a pt. „Imperium bólu” (2021). To mogła być prosta historia o chciwości i podłych bogaczach, którzy doprowadzili do śmierci ponad 450 tys. Amerykanów. Ale Keefe do jej opowiedzenia wybrał znaczenie szerszy kadr.
– To historia o amerykańskim śnie, będącym częścią naszej mitologii, mocno zakorzenionej w literaturze i kinie. Lubimy opowiadać historie o ludziach ze wszystkich stron świata, którzy po przybyciu do Ameryki zaczęli wszystko od nowa i dorobili się wielkich fortun. Rzadko jednak wspominamy o prawdziwej cenie tego sukcesu i jego ofiarach. Rodzice Sacklera byli ubogimi imigrantami z Europy Wschodniej, w ich domu mówiło się tylko w jidysz. W ciągu zaledwie jednego pokolenia udało się wynieść rodzinne nazwisko na sam szczyt i stworzyć firmę wartą miliardy dolarów. Najciekawsze w tej historii są jednak kompromisy, na które rodzina Sacklerów musiała pójść, by zajść tak wysoko. W tym sensie ich historia przypomina historię wielu amerykańskich fortun.
Keefe dokonuje dekonstrukcji amerykańskiego snu, ale jego reporterska opowieść stanowi także studium ludzkiej natury. Arthur Sackler jako młody lekarz poznał tragiczne losy pacjentów szpitali psychiatrycznych.
– Zabiegi dostępne w tamtym czasie były brutalne: elektrowstrząsy, lobotomia. Sposobem na radzenie sobie z chorobą było odłączenie mózgu. Arthur i jego bracia uznali, że musi istnieć lepszy sposób. Jesteśmy przecież Amerykanami i żyjemy w XX wieku! Musi być jakieś naukowe rozwiązanie dla ludzi cierpiących na choroby psychiczne – powtarzali. Zaczęli więc snuć fantazję o tabletce, która leczy tego rodzaju zaburzenia. Ale to nie wystarczało. Bo co, jeśli udałoby się wymyślić pigułkę na każdą dolegliwość, na każdy ból? To myśl o lekarstwie, które wyleczy ze wszystkiego, była motorem ich działania – mówi Keefe.
Zaczęło się od wielkiego, alchemicznego marzenia, by wybawić ludzkość od bólu. W efekcie Oxycontin – tabletka opracowana przez koncern farmaceutyczny należący do rodziny Sacklerów – doprowadził do śmierci ponad 450 tys. Amerykanów.
Konflikt w Irlandii Północnej „Cokolwiek powiesz, nic nie mów”
Keefe nie relatywizuje zła, pokazuje złożoność ludzkiej natury i trudny do uchwycenia moment, kiedy szlachetna idea zmienia się w zbrodnię. W „Cokolwiek powiesz, nic nie mów” (2019) reporter kreśli niejednoznaczny portret młodych bojowników Irlandzkiej Armii Republikańskiej – Dolours Price i Brendona Hughesa, którzy w imię walki przeciw brytyjskiemu okupantowi byli gotowi na wszystko. Doprowadziło ich to do jednej z najokrutniejszych zbrodni czasu Kłopotów – uprowadzenia Jean McConville na oczach jej dziesięciorga dzieci, a następnie zamordowania kobiety i ukrycia jej zwłok.
Keefe: – Kiedy mówimy o traumie, skupiamy się na ofiarach przemocy. Ja chciałem pokazać, że w konfliktach takich jak ten w Irlandii Północnej sprawcy przemocy także doświadczają traumy, zabójcy także doświadczają smutku. Nie usprawiedliwiam ich. Zło, które wyrządzili, zasługuje na potępienie. Jednak widzę w nich postaci tragiczne i staram się nie pozbawiać ich człowieczeństwa.
Czytelnicy mówili mu, że czuli się nieswojo, czytając jego książki. Zżywali się z bohaterami, identyfikowali emocjonalnie z ludźmi, którzy na kolejnych stronach stawali się terrorystami albo mordercami. Ale o to właśnie chodziło.
Na tym polega siła dobrej literatury, a wszystkie reportaże Patricka Raddena Keefe’a to historie o rozmachu godnym najlepszych powieści. We wszystkich swoich książkach autor zadaje pytania uniwersalne – o naturę dobra i zła, zawiłość ludzkich losów i procesów politycznych.
W centrum opowieści, nieważne czy dotyczy ona konfliktu północnoirlandzkiego, epidemii opioidowej, czy chińskiej imigracji do USA, znajdujemy bohaterów, którzy na końcu pokonanej drogi stają się zaprzeczeniem swoich młodzieńczych ideałów. Ich upadek nie następuje gwałtownie. To drobne, z pozoru nieistotne kroki i decyzje wyznaczają drogę ku przepaści.
Reportaże Patricka Raddena Keefe’a
W losach bohaterów reportaży Keefe’a istnieje też pewna literacka konieczność, o której w jednym ze swoich esejów pisała Natalia Ginzburg. Włoszka została prawdziwą pisarką, kiedy uświadomiła sobie, że jej postaci nie są zbudowane ze słów i zdań, że to, co im się przytrafia, nie jest dziełem przypadku czy kaprysu pisarza, lecz wynikiem pewnej konieczności.
Można oczywiście uznać, że pisarze non fiction mają łatwiej, bo każda ich postać jest po prostu prawdziwa. Tyle że nie każdy prawdziwy bohater musi być literacko wiarygodny. Stworzenie postaci autentycznej, zbudowanej z ginzburgowskich konieczności, to umiejętność wyróżniająca wielkich pisarzy, bez względu na to, w jakim gatunku tworzą.
Patrick Radden Keefe jako młody chłopak pochłaniał opowieści o Sherlocku Holmesie, lubił książki Agathy Christie, potem przepadł w powieściach szpiegowskich. Jednak to literatura faktu daje mu poczucie wolności, którą powieść często krępuje.
– Często trafiam na historie, które czytelnikom powieści wydałyby się grubą przesadą – mówi. – Porównuję to do momentu, kiedy spacerując po plaży, podnosisz kamień i znajdujesz pod nim perłę. Czy to się może naprawdę zdarzyć? Kończę pisać książkę o rosyjskich oligarchach mieszkających w Londynie. Będzie w niej wiele historii, których nie mógłbym umieścić w powieści, bo czułbym, że są przekombinowane. Pisząc literaturę faktu, nie muszę się w ten sposób kontrolować, wiedząc, że to, o czym opowiadam, wydarzyło się naprawdę. Prawdziwe życie daje pisarzowi pozwolenie na wszystko.

Patrick Radden Keefe, GŁOWA WĘŻA. PRZEMYTNICY Z CHINATOWN I AMERYKAŃSKI SEN, przeł. Jan Dzierzgowski, Czarne, Wołowiec 2025
AGATA KASPROLEWICZ prowadzi podkast „Raport o książkach”. Wszystkie wypowiedzi Patricka Raddena Keefe’a pochodzą z jej rozmów z pisarzem.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















