Wschodnia wylotówka z Charkowa, blokpost, posterunek drogowy. Stąd zamierzam łapać autostop w stronę Słowiańska. Jest chłodne popołudnie, zbiera się na mżawkę.
Już po paru minutach zgarnia mnie Sasza. Z mariupolskiej brygady, operator drona. Popala przez okno białe Sobranie. Małomówny. W jego imieniu przemawia playlista, która sączy się ciężko z samochodowego radia.
Raźna muzyka patriotyczna była popularna w pierwszym roku wojny. Teraz wśród żołnierzy popularni są raperzy gorzko nawijający o wojskowej rzeczywistości. O PTSD, dezercjach i dronach FPV. „Ty zmęczyłeś się tą wojną, ja zmęczyłem się liczeniem mogił. Ziomki myśleli, że zdechłem, troszkę kontuzjowało, troszkę ogłuchłem. Komfort, a to przyjemny ciepły krwotok”. Sasza zaciąga się dymem.
Ożywia się na ostatnim odcinku, łączącym Izjum ze Słowiańskiem. Część kierowców wybiera objazd, aby nie zbliżać się za bardzo do linii frontu. Sasza najwyraźniej nie należy do nich. Ścisza muzykę i po kolei gada przez telefon z kilkoma kolegami z oddziału. – Taa, właśnie jestem na tej jebanej drodze życia – rzuca niemrawo, ale z nutą rozbawienia.
Zanurzamy się w tunel z siatek, chroniących drogę przed dronami. Sasza wciska gaz. Do granicy obwodu charkowskiego z donieckim został kwadrans. Wszystkim spieszno na wschód.
Kramatorsk: między frontem a codziennością
Wyrok na ostatnią dziś redutę wolnego Donbasu, aglomerację Kramatorsk-Słowiańsk, zapadał już kilkukrotnie. Mimo tylu wyroków na karku – przepowiedni rychłego przejęcia przez Rosjan, a co najmniej takich warunków, które uniemożliwią życie tutaj – miasta żyją.
Jeśli zaś idzie o bezpieczeństwo, to rzecz względna: zależy, kogo zapytać i gdzie się zapuścić. Bo rzeczywistość tu na kontrakcie stoi. Czasem spokojnie pita kawa w miłej knajpce może zamienić się w dramat. W końcu nie od wczoraj Rosjanie stoją 20 kilometrów stąd. Dla bomby lotniczej to żadna odległość. Dla drona FPV już tak, ale ich dźwięk rozlega się regularnie nad niektórymi dzielnicami. W Parku Juwilejnym pomiędzy gałęziami dyndają nitki światłowodu.
Park, zwłaszcza popołudniami, pełen jest ludzi, zwierząt i rozwijających się pąków. Wśród tych pierwszych sporo biegaczy i użytkowników plenerowej siłowni, jakby przeniesionej z Wilanowa. Gdzie w Kramatorsku nie spojrzeć, kwitną drzewka morelowe. W uliczkach kluczących między domkami jednorodzinnymi, między świeżymi i starymi gruzowiskami, pod oknami zabitymi paździerzem.
Paznokcie i pilates. Życie toczy się mimo wojny
Jeśli pokręcić się po osiedlach i przyjrzeć wybitym szybom opuszczonych mieszkań, widać, jak wielu ludzi opuściło już miasto. Jeśli zaś zanurkować w bazarowej ciżbie, udać się do jednej z kilku eleganckich restauracji lub zacząć liczyć auta niemieszczące się na parkingu przed marketem, można zapomnieć o poprzednich spostrzeżeniach.
Czynnych jest sporo nowych biznesów, gdzie klientelę stanowią żołnierze – kawiarnie i sklepy z wszelakim wyposażeniem, które ma pomóc w przetrwaniu na froncie. Na nieczynnych od paru dobrych lat cukierniach i sklepach zoologicznych płowieją jeszcze napisy po rosyjsku.

Można w Kramatorsku iść na paznokcie i na zajęcia pilatesu. Można też oberwać w głowę dronem lub zostać przysypanym gruzem, z mrożoną kawą w ręku. Można mieć pecha. Lot bomby zajmuje tyle, co czas oczekiwania w budce z kebabem, jakich wiele w mieście. Często to pierwszy punkt, w jakim zatrzymują się brudni i głodni żołnierze po wyjściu z pozycji.
Na ulicach rozmamłane żiguli mijają się z rozmamłanymi wojskowymi terenówkami i transporterami z zamontowanym na dachu „grillem”, kratą antydronową. Ale nie brak i zwykłych aut. Świadczą, że w Kramatorsku żyje ktoś poza emerytami i żołnierzami.
Wielkanocny poranek pod bombami
Rankiem w prawosławną Wielką Sobotę, 11 kwietnia, bazar tonie w zieleni i gorączce świątecznych przygotowań.
Sznur ludzi czeka w kolejce do dostawczaka ze świeżymi jajkami. Babuszki taszczą swoje pakunki lub omawiają coś ważnego, siedząc na zydelkach przed rozłożonym na ceracie towarem: przetwory, czosnek z domowych ogródków, cięte żonkile wysuwające łepetyny z wiadra. Kto nie zdążył upiec swojej świątecznej paski (przypomina naszą babę), zanim zniknął prąd, oby zdążył ją kupić. Nieco mniejszy niż w okolicy bazaru ruch jest na pozostałych ulicach śródmieścia Kramatorska.
A potem dochodzi 9.45 i rozlega się huk. I następny. Póki nie przyjadą strażacy, płomienie trawią piętro budynku trafionego bombą. Z okien bucha dym.

Ogłuszeni eksplozją, przechodnie i ci, którym udało się wybiec z mieszkań, brodzą w pokrywających chodnik drzazgach, okruchach szyb swoich i sąsiadów. Szybko zjawiają się inne służby, medycy, policja. Co jak co, ale mundurowych tu nie brakuje. Pod uszkodzoną instalacją gazową, z której jakby tryska żywy ogień, naradza się trzech mężczyzn, którzy wysiedli z wielkiej terenówki pogotowia gazowego.
Rozejm, którego nie było
O ile tego dnia w internecie będą trwać gorące dyskusje na temat wielkanocnego zawieszenia broni, trudno powiedzieć to samo o Donbasie. Chyba nikt tutaj nie ma złudzeń, że Rosja dotrzyma danej obietnicy. Zwłaszcza jeśli zajęty jest wygrzebywaniem z gruzów dobytku czy nasłuchiwaniem złośliwego brzęczenia drona nad swoim ogródkiem. Racja, może w wyznaczonym czasie szahedy i balistyka nie polecą na Kijów, ale tu będzie po staremu.
Mija godzina 16 czasu moskiewskiego w Wielką Sobotę, lokalny kanał telegramowy „Kram Radar” nie cichnie. „Kramatorsk, alarm powietrzny. Dwa drony molnija w stronę Kramatorska od strony Nikonoriwki. Drony na Mikołaiwkę”.
Popołudnie. Siedzę na ławce schowanej za okazałym pałacem kultury razem z Lewonem, wolontariuszem i krajoznawcą-amatorem, który darzy Donbas gorącym uczuciem. Zerkamy raz po raz na obraz wyświetlany przez jego „czujkę” – urządzenie powszechnie wykorzystywane do przechwytywania obrazów z dronów znajdujących się w pobliżu.
– Kiedy szedłem tu do centrum, widziałem na ekranie kredowe góry w Bileńskiem – mówi niemrawym tonem. Wyrastające na wschód od miasta wzgórza, tworzące niewielki park krajobrazowy, są jedną z przyrodniczych wizytówek Kramatorska. Jednocześnie są najbliżej kierunku rosyjskiego natarcia.
W poszukiwaniu innych kramatorskich perełek nie trzeba się ruszać daleko od ławki, na której siedzimy. Plac, który otacza klasycystyczny pałac kultury, pełen jest rzeźb i zadbanej zieleni. Tylko każdy kolejny tydzień przynosi więcej blizn i wyrw w niezapominajkowych ścianach ościennych kamienic. Lewon czuje, że to jeden z ostatnich wyjazdów do jego ukochanego miasta.
– Miasta umierają tak, jak żywe istoty: rodzą się, żyją i znikają – mówi.
„Chrystos woskries!”. Święta w cieniu frontu
Niedzielny poranek. Przywitanie „Chrystos woskries!” miesza się ze zwyczajowym tu „zdrastwujte!”. Przed wyjściem z bloku mijam trójkę starszych osób, które najwyraźniej urządziły sobie śniadanie wielkanocne na wolnym powietrzu: – Tu jajko, tu pokrojona pasoczka – słychać.
Na ławce w parku dwóch żołnierzy o zszarzałych twarzach raczy się hot-dogami i kawą z automatu. Jeden przedstawia się pseudonimem „Mnich”, drugi zachowa imię w tajemnicy. Swoje przeżyli w piechocie, nabawili się ran i trafili do jednostki inżynieryjnej, która buduje umocnienia pod Kramatorskiem. – Prawdziwe śniadanie czeka na nas w bazie – uspokajają. – Tu czekamy tylko na przesyłkę pocztową.

– Jeśli Bóg istnieje, niech nas chroni – wydusza z siebie starsza kobieta między ciężkimi oddechami. Drobnymi krokami zmierza do ławki przed klatką schodową, przysiada na jej skraju.

Niewiele wody upłynie w Siewierskim Dońcu, kiedy Rosjanie też uderzą w ten kwartał, raptem trzy bloki dalej od kobiety z chorym sercem. W Poniedziałek Wielkanocny szahed wyryje wielką jamę tuż przed płową chruszczowką. Obrzyga odłamkami. Zgruchota szereg aut i wszystkie balkony w okolicy. Obudzi kilka osób z popołudniowej drzemki, a pani z białymi włosami porani twarz. Wstrząśnie świeżym praniem suszącym się w donieckim słońcu.

Jeśli Bóg istnieje, niech nas chroni.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















