Tak pisała Wisława Szymborska o architektach wyobraźni swojego dzieciństwa: „Na rycinach, które w tak jedynie wyobrażalny sposób ilustrują powieści Juliusza Verne’a, wszystko jest w prążki: ziemia w prążki, księżyc w prążki, morze w prążki, w prążki retorty, z których wydobywają się kłęby złowieszczego dymu, w prążki nauszniki odkrywcy wulkanu na biegunie północnym”.
Francuscy rysownicy Édouard Riou i Léon Benett sporządzili ryciny do „Tajemniczej wyspy”, „Dzieci kapitana Granta” czy „Pięciu tygodni w balonie” Verne’a. I rzeczywiście, bywa że obrazki – obstalowane przez wydawcę, podarowane autorowi przez zaprzyjaźnionego artystę plastyka albo wykonane osobiście – tak mocno scalają się z tekstem powieści czy opowiadania, że zaczynają tworzyć z nim jedną całość.
Taką całość tworzą od dawna robotyczne opowieści Stanisława Lema i ryciny Daniela Mroza. Czy ostentacyjnie staroświeckie (Mróz także uwielbiał prążki, a nawet ilustrował Verne’a) wizerunki stalowych robotów i manekinowatych andreid faktycznie w „jedynie wyobrażalny sposób” ilustrują to, co Lem napisał? Pobudzają wyobraźnię czy może niekiedy ją kiełznają, sugerując interpretację i kanoniczne odczytanie? A może pozostają w zgodzie z duchem i ciałem Lemowskiej robotyki?

Nadarza się okazja, by to sprawdzić. Wydawnictwo Karakter podarowało czytelnikom nową edycję „Bajek robotów” i „Cyberiady” Lema, oczywiście z ilustracjami Mroza. Znalazły się w niej – gratka dla fanów – wszystkie opowiadania z obydwu cyklów. Ale nie wszystkie ilustracje. Nie ma kolaży z pierwszego wydania „Cyberiady” z 1965 roku (Wydawnictwo Literackie), którym bliżej do surrealistycznych fotografii Zofii Rydet z cyklu „Świat uczuć i wyobraźni” (pisała o nich Olga Drenda), niż do późniejszych, już jednolitych formalnie obrazków. Trochę szkoda, bo znikła w ten sposób część pejzażu. Ale i tak jest on niezwykle rozległy.
Polska Ludowa i kosmiczne pierdoły
Spotkanie Lema z Mrozem nie może dziwić, nie tylko dlatego, że obaj mieszkali w Krakowie. Na początku lat 60. Lem miał w dorobku wybitne powieści: „Eden”, „Solaris” czy groteskowy „Pamiętnik znaleziony w wannie”. Był sławnym pisarzem. Mróz, autor okładek i obrazków do książek Ludwika Jerzego Kerna, Sławomira Mrożka i poematu Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego o Chryzostomie Bulwieciu, twórca afiszów teatralnych i szaty graficznej „Przekroju” – sławnym ilustratorem.

Mróz jako młody chłopak jeszcze przed wojną zachwycił się surrealizmem, a ściślej – kolażami Maxa Ernsta (ślady tej fascynacji widać w pierwszych planszach do „Cyberiady”). Ale z Lemem łączyło go coś innego: zainteresowanie techniką i powieściami przygodowymi dla młodzieży. Uwielbiał aeroplany i automobile - chętnie je rysował, podejmując współpracę z magazynami ilustrowanymi.
Mróz, zaprzysięgły wielbiciel Verne’a (może stąd zamiłowanie do prążków), fantastyki naukowej, jak sam przyznawał, nie cenił, nazywając ją „kosmicznymi pierdołami”. Wyjątek zrobił dla Lema. Te kosmiczne wizje być może naprawdę go zauroczyły. Ale niewykluczone, że był inny powód. Lem wprawdzie latał w kosmos, pisał o obcych cywilizacjach i o Kontakcie, ale swoje utwory, zwłaszcza groteski z „Dzienników gwiazdowych”, chętnie przetykał aluzjami do Polski Ludowej i absurdów realnego socjalizmu, to zaś czyniło go pobratymcą Mrożka.
Czy w opowieściach Ijona Tichego, jego przemądrzalstwie i grandilokwencji, jego wygłupach z żargonu naukowego i bełkotu mediów Mróz dostrzegł ton pokrewny temu, który słyszalny jest w „Weselu w Atomicach”, zilustrowanym przezeń w 1959 roku? Całkiem możliwe. Dość, że prócz ilustracji do „Cyberiady” (1965) i „Bajek robotów” (1972, razem z „Cyberiadą”) sprezentował Lemowi inne okładki – do zbioru opowiadań „Inwazja z Aldebarana” i traktatu „Summa technologiae”. W obydwu książkach tematyka cybernetyczna zajmuje poczesne miejsce.
Rzecz charakterystyczna, o ile do pierwszego spotkania dwóch sławnych mizantropów doszło na gruncie klasycznej SF (okładka „Inwazji” z robotem-potworem, myśliwcami i rakietą na rewersie powstała w 1959 r.), to Mróz chyba lepiej odnalazł się w tematyce buffo. Ta zaś, jak powiedziano, w twórczości Lema zawsze odgrywała istotną rolę. Podobnie jak Mróz, Lem miał poczucie humoru i zmysł groteski, jego bajki czerpały tyleż z fantastyki naukowej, co z powieści pikarejskiej i baśni z morałem.
Nad historiami Lema o błędnych elektrycznych rycerzach i mechanicznych tyranach unosi się duch Cervantesa, Andersena i Krasickiego. Znowuż Trurl i Klapaucjusz, protagoniści „Cyberiady”, para genialnych, konkurujących ze sobą inżynierów, to nie tylko blaszani potomkowie szalonych wynalazców z powieści Verne’a i Wellsa, ale, co może ważniejsze, bliscy kuzyni awanturników z powieści łotrzykowskich, którzy nieustannie wpadają w tarapaty, by następnie dzięki sprytowi i przemyślności z nich się wykaraskać. A przy tym postacie jak wyjęte z rzeczywistości PRL.
Od ludzi różni ich to, że są zrobieni z metalu i kryształów. Są niewątpliwie sztuczni, wyraźnie inni od bladawców (tym mało sympatycznym mianem określa się w gwiazdowym wszechświecie Lema osobników z gatunku Homo sapiens), a przecież w żadnym razie nie nazwiemy ich martwymi. No właśnie. Witajcie w kosmosie.
Bestiariusz Lema
Lema przez całą twórczość zajmowała zagadka życia. Próbował je zdefiniować, zastanawiał się, gdzie są jego granice. Czy żyją wyłącznie stworzenia zbudowane na związkach wodorowęglowych, zrobione z białek, u których zachodzi przemiana materii, wymiana gazowa? Co wobec tego z istotami, które nie oddychają i nie odżywiają się tak, jak my, pobierają energię z ziemi albo ze słońca, żyją w środowisku beztlenowym, obywają się bez wody? Co z istotami zbudowanymi z samych informacji, które nie jedzą i nie oddychają, ale postępują nadzwyczaj rozumnie? Wreszcie, co z automatami, łudząco podobnymi do nas samych? Z komputerami albo z siecią informatyczną?
Katalog stworów niebiałkowych, powołanych do życia mocą wyobraźni Lema, zająłby kilka stron „Tygodnika”. Przywołajmy pstrokatą zbieraninę kosmicznych indywiduów, które (w koszmarnym śnie Ijona Tichego) zebrały się na posiedzeniu plenarnym Organizacji Planet Zjednoczonych: „ogromne, ciepłe w tonacjach bulwy, zwoje galaretki jakby porzeczkowej, mięsiste, wsparte o pulpity uszypułowania, oblicza koloru dobrze przyprawionych pasztetów lub jaśniejące jak ryżowe zapiekanki, plątwy, przylgi, chwytule”. Istoty żyjące wyłącznie w wodzie, albo przeciwnie, w ogniu. Gazowe kule, żywe kamienie, wynaturzone mięsowate hybrydy powstałe wskutek nieudanych eksperymentów bioinżynieryjnych.
Dorzućmy do tego wielość form organiczno-nieorganicznych na Edenie, myślący i czujący (?) ocean Solaris, inteligentny rój martwych kryształów, produkt deewolucji mechanizmów, z którym zmagają się bohaterowie „Niezwyciężonego”, czy odmawiające kontaktu purchawki z „Fiaska”. W głowie się kręci, prawda?
I wreszcie istoty mechaniczne. Lemowski robot jest w pewnej mierze kopią człowieka, jego sobowtórem, atrapą stworzenia. Często nieodróżnialny od istot z krwi i kości, góruje nad nimi intelektem i wytrzymałością psychofizyczną (pilot Calder z „Testu pilota Pirxa”). Posiada pamięć i tożsamość nie gorszą od ludzkiej, własne pragnienia, tęsknoty i wyobraźnię, umie się zakochać, wie, że ma nie tylko umysł, ale i ciało (beczułkowaty kalkulator pokładowy z opowiadania „Młot”, ponętna andreida z „Maski”).
Bywa też, jak robot naprawczy Terminus, przechowalnią pamięci o cudzym życiu i śmierci. Przechowalnią całkiem martwą, a jednak niepokojąco żywą. Jego wielkie, niezgrabne cielsko wędruje zapuszczonymi przełazami gruchota, którym z Ziemi na Marsa leci pilot Pirx. Z oddali Terminus przypomina człowieka.
Dlaczego robot musi przypominać człowieka?
No właśnie, przypomina człowieka. Jak zazwyczaj wyobrażamy sobie robota? Jako beczułkę na kółkach, rycerza z blachy czy może idealną kopię człowieka z masy plastycznej imitującej skórę i mięśnie? I co wiemy o jego pochodzeniu? Przeważnie robot jest wytworem ludzkich rąk. Bardziej lub mniej udanym. Czasem łudząco do ludzi podobnym, jak „nieliniowce skończone” z opowieści Pirxa lub androidy, które wspomina się w „Powrocie z gwiazd”, niegdyś masowo produkowane, następnie wycofywane z eksploatacji i niszczone, bo przez swą identyczność z człowiekiem wzbudzały niepokoje społeczne.
Robot jest wynaturzonym potomkiem bladawca. Taką genealogię mizantrop Lem wykłada w „Bajkach robotów”, parodiując narrację biblijną. Powiedziane jest, że przodkowie Enterytów, Aurygenów i innych plemion kosmicznych automatów stworzeni zostali przed wiekami na obraz i podobieństwo swoich konstruktorów – Ziemian. To oni wyposażyli roboty w stalowe korpusy, wzorowane na własnych, białkowych, dali im ruchome kończyny i blaszane głowy, a w ich wnętrzach umieścili kryształowe dusze, żeby zawiadywały metalowymi ciałami. Nie robili tego z dobroci serca, ale po to, by roboty służyły im za niewolników.

Okrutna procedura utylizacji wycofywanych osobników odcisnęła się mocno na tożsamości robociego plemienia. Roboty wiedziały dobrze: automatem jest każdy, kogo bladawiec może unicestwić rękami drugiego automatu. Nie potrafiąc się zbuntować, automaty cierpiały długie stulecia okrutnej niewoli, aż wreszcie porwały latające maszyny bladawców i rozpierzchły się po kosmosie. Tam rozradzały się i rozmnażały, przybierając coraz to nowe formy, im dalsze od pierwowzoru, tym lepiej, byle tylko nie przypominać człowieka.
Ale czy to im się udało? Cóż, nie bardzo. Starczy zajrzeć do „Cyberiady” i „Bajek”. Trurl i Klapaucjusz kłócą się nieustannie i podstawiają sobie nawzajem nogę. Nieobca im zawiść, zmysł intrygi, serwilizm wobec kapryśnych władców. Uwielbiają snuć teorie niemające wiele wspólnego z realiami społecznymi. Inne roboty takoż. Enterytów gubi ciekawość. Rycerzy króla Boludara – brawura i głupota. Doradców Hydropsa – żądza władzy. Biskalara, tyrana Cyprozji – chciwość i okrucieństwo, króla Murdasa – chorobliwa podejrzliwość, Architora z Aktynurii – nieznajomość pierwiastków. Ich poddanym też daleko do ideału. Są tchórzliwi i zdumiewająco bezmyślni, złośliwi i przemądrzali, kłótliwi i chętni do bitki.
Ale nie idzie tylko o niedoskonałości moralne. Choć wykonane z metalu, a nie zrodzone, jak bladawiec, z wylanych na skały sfermentowanych pomyj, roboty nieprzyjemnie przypominają swoich twórców. Starzeją się, zaczynają szwankować, ich elektronowe mózgi przegrzewają się, ruchome części mechanicznych korpusów paczą i zacierają, przypominając właścicielom, że nadejdzie dzień, kiedy wyschną smary, ustanie krążenie życiodajnych prądów, zbledną i wykruszą się kryształowe oczy osadzone w stalowych czerepach, a one same, na jeden raz zrobione, prędzej czy później obrócą się w rdzawy proch. Lubią mróz, ale tlenu i wody boją się tak samo przeraźliwie, jak wspomnień o swoich przodkach.
Peerelowska kultura wyrobów: Lem, Mróz i Hasior
A skoro mowa o wspomnieniach. Nie miałem w dzieciństwie ilustrowanego wydania „Bajek robotów”. Musiała mi wystarczyć drukowana na ohydnym papierze kieszonkowa edycja KAW-u. Była brzydka, ale można ją było kupić w kiosku. Podczas lektury rozpadała się na pojedyncze kartki. To był pierwszy Lem, jakiego przeczytałem. Roboty i maszyny cyfrowe tworzyłem w wyobraźni podług wskazówek, które podsuwał nieznany mi wtedy pisarz, i z tego, co było wokół. Dlatego maszyna króla Poleandra – ta od elektrosmoka i elektrosmoły – przypominała stare, lampowe radio z pokrętłami jak wyłupiaste oczy, a zbudowana przez Trurla i podrzucona Klapaucjuszowi maszyna do spełniania życzeń – gadający automat do wydawania wody sodowej.
Wspomnienie powróciło niedawno na wystawie rzeźb Władysława Hasiora. Oglądałem jego postacie z blachy, szkła i drutu, a właściwie lękliwie na nie spozierałem. Gość, Negocjator, Delegat… Jeden miał oczy z porcelanowych izolatorów, drugi zębiska z maszyny do pisania, trzeci łapy ze starych grabi, innemu z głowy sterczała druciana szczotka. Jakby spotkały się dwie wyobraźnie, jarmarczno-odpustowa i fantastyczno-naukowa, jakby peerelowska kultura wyrobów, ta od stracha na wróble z puszek po konserwach i radioodbiornika przerobionego na kosiarkę, dokonała fuzji z „Łowcami meteorów”. Pojąłem, że znalazłem się w „Bajkach robotów”.
Wiele lat po tamtej pierwszej lekturze „Bajek” natrafiłem na plansze Daniela Mroza. Ależ u niego wszystko błyszczy, pomyślałem! Smukłe księżniczki jak manekiny wystawowe. Pękate robociska z lśniącej blachy. Najosobliwsze pojazdy. Będąc już trochę bardziej otrzaskany z historią kultury, dostrzegłem aluzje do Bellmera (lalki!), Arcimbolda (robot z pióropuszem), do „Metropolis” Fritza Langa, a nawet do „Alicji w Krainie Czarów”.
Dostrzegłem, że Mróz wraz z Lemem bawią się konwencjami fantastyki, i jaką mają z tego frajdę. A potem przyszły inne skojarzenia, z własnego życia. Jedne plansze kojarzyły się z chemią i modelami pierwiastków z patyczków i kulek. Inne ze schematami z podręcznika elektrotechniki, który należał do stryjecznego dziadka. Jeszcze inne, koślawsze, liche, poskładane z niepasujących do siebie części – z lekcją ZPT, czyli zajęć praktyczno-technicznych.
To ostatnie skojarzenie było trochę przykre. Nigdy nie byłem dobry z majsterkowania. Moje modele samolotów nie chciały latać, karmniki były krzywe, układy elektryczne nie działały albo działały wadliwie, na szczęście były tylko na baterie. Jako dzieciak latami próbowałem coś skonstruować, i nie szło. Pilnie podążałem za instrukcją w „Horyzontach Techniki”, a i tak wszystko się rozłaziło.
Albo nie starczało mi cierpliwości i porzucałem przedsięwzięcie w pół drogi. Zostawały niegotowe modele czołgów i dział samobieżnych, usmarowane klejem i zawstydzające nagim plastikiem, bo nigdy nie chciało mi się ich pomalować. Po „Młodego Technika” nawet nie odważałem się sięgnąć. Gdybym się odważył, wcześniej poznałbym obrazki Daniela Mroza (był stałym współpracownikiem tego szacownego miesięcznika) i prędzej zrozumiał, że „Młody Technik” i „Cyberiada” to nie są osobne światy.

Stanisław Lem, BAJKI ROBOTÓW. CYBERIADA, ilustracje: Daniel Mróz, Karakter, Kraków 2025

Daniel Mróz (1917-1993) był grafikiem, rysownikiem i scenografem. Syn dziennikarza krakowskiego „Ilustrowanego Kuriera Codziennego", ukończył Akademię Sztuk Plastycznych, był członkiem Grupy Krakowskiej. Zaproszony do współpracy przez twórcę i redaktora „Przekroju” Mariana Eilego, miał decydujący wpływ na kształt graficzny tego tygodnika. Mistrz kolażu, autor okładek i ilustracji do książek m.in. Gałczyńskiego („Chryzostoma Bulwiecia podróż do Ciemnogrodu”), Mrożka, Kerna, Lema, Leca, Verne’a, Kafki, Gombrowicza, Szaniawskiego, Stoberskiego, Aleksandra Grina i Harasymowicza. Jerzy Kwiatkowski poświęcił mu w 1961 r. monografię.

Stanisław Lem (1921-2006) wykonał szereg groteskowych rysunków na marginesie swoich pisarskich utworów, przede wszystkim „Dzienników gwiazdowych”. Są wśród nich m.in. „Ośmioły”, „Dwojak”, „Ósmak”, „Dychtończyk”, „Kobieta-taboreta”, „Trojanka”, „Robot parowy”, „Pidłak”, „Pismaczek”, „Człowiek skonfiskowany” i „Gauleiterium flagellans”. Można je obejrzeć w serwisie lem.pl, były też wystawiane w krakowskiej Galerii Dyląg.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.



















