Kuba, gdzie lecisz? Kiwaj się! Nie podawaj! Idziesz! Sam!!!
Mężczyzna trzymający się kurczowo płotu boiska krzyczy co sił w płucach. Trwa turniej na murawie zamojskiego orlika; walczą drużyny siedmiolatków z okręgu. Rodzice kibicują na trybunach. Słychać głosy: „Za co ja płacę?”, „Nie po to tyle jechałem, żeby patrzeć, jak przegrywają”. Dwóch chłopców ociera łzy, zerka na trybuny i próbuje grać dalej.
– Gdyby Lewandowski tak grał, to by całe życie kiblował w Unii Hrubieszów. I czego beczysz?! – ojciec Kuby zrzędzi, ciągnąc go do auta.
Rodzice na trybunach
Sebastian Luterek, trener i dyrektor szkółki piłkarskiej Gryf Gmina Zamość, pochodzi ze sportowej rodziny. Ojciec był sędzią piłkarskim, wujek trenował piłkę ręczną w Padwie Zamość. Podczas pracy z dziećmi Luterek spotkał wielu „napompowanych” ojców, którzy przyprowadzali syna na trening i ogłaszali, że oto zjawił się następca Ronalda czy Lewandowskiego. W branży mówi się na nich KOR, czyli komitet oszalałych rodziców.
– Oni są przekonani, że ich dziecko to „urodzony napastnik”, albo mają pretensje, że za krótko grało podczas meczu. Pamiętam, jak podczas jednego ze sparingów zawodnicy przeciwnej drużyny grali ostro i sfaulowali naszego chłopaka. Jego rodzice wpadli na boisko i zrobili ogromne zamieszanie. Mecz został przerwany, przyjechała karetka, na szczęście dziecku nic poważnego się nie stało – opisuje Luterek.

Piotr Mróz, z wykształcenia nauczyciel, a z pasji miłośnik piłki nożnej, spędził wiele godzin na boisku kibicując synowi. Janek grał na początku w klubie w Zamościu, a ponieważ dobrze mu szło, przeniósł się do Cracovii (w Krakowie mieszka u krewnych). Bywało, że ojciec przemierzał motocyklem setki kilometrów, by oglądać jego występ na boisku.
– Byłem świadkiem, jak podczas meczu ligi wojewódzkiej rodzice obrzucili wyzwiskami dzieci z przeciwnej drużyny. Nie był to jeden rodzic, ale cała grupa z pozoru zwyczajnych, normalnych ludzi – wspomina Mróz. – Myślę, że na początku piłkarskiej drogi zawodnika toksyczni rodzice to wielki problem. Wiele poważnych akademii piłkarskich, na przykład Bayern Monachium, nie życzy sobie ich obecności podczas treningów.
Rodzinny projekt
Monika Pawłowska z Warszawy lubi oglądać mecze dzieci, zatrzymuje się przy boiskach nawet podczas zagranicznych podróży. Wkręciła się w futbol dzięki synowi, który gra od szóstego roku życia.
– Przeszedł w Warszawie przez trzy szkółki. Zdarzało nam się w tym czasie obserwować trenerów, którzy wciąż krzyczeli i przeklinali. Powinni mieć zakaz zbliżania się do dzieci, ale na szczęście nie pracowali z moim synem. Teraz gra w Akademii Piłkarskiej Wilki Warszawa i z radością chodzi na treningi – zapewnia pani Monika, której zdaniem w topowych warszawskich klubach jest ogromna rywalizacja między dziećmi (i rodzicami), która rodzi presję, a z nią zawodnicy nie zawsze potrafią sobie poradzić. W grupach jest duża rotacja, a po obozie treningowym drużyna potrafi zmniejszyć się o trzech zawodników.
Dzieci bardzo to przeżywają, dlatego aby utrzymać się w klubie lub w pierwszym składzie, uczęszczają na dodatkowe zajęcia indywidualne. Te „korepetycje z piłki” mogą kosztować u „medialnych” trenerów nawet do 300 zł za spotkanie. Dziecko ma w efekcie trzy-cztery popołudnia zajęte, a w weekendy jeździ na mecze.
– Wielu rodziców wierzy, że w ten sposób uda im się wychować nietuzinkowego piłkarza. Poświęcają temu mnóstwo pieniędzy oraz czasu, bo już sam trening z dojazdem zabiera w dużym mieście trzy i pół godziny – podkreśla Pawłowska.
Kiedy dziecko ma dość, często boi się powiedzieć rodzicom, że już nie chce trenować. Sport jest przecież nie tylko jego aktywnością, ale wręcz rodzinnym projektem. W cotygodniowym grafiku rozpisane są podwózki na trening, odbieranie ze szkoły, szybki obiad między zajęciami, wyjazdy na turnieje. Często realizacja takiego scenariusza jest niemożliwa bez zaangażowania dziadka i babci.
– Dzieci żyją pod dużą presją, ale jej charakter zmienił się na przestrzeni ostatnich lat. Ona jest bardziej zakamuflowana, ubrana w troskę. Rodzice wkładają w rozwój dziecka ogrom energii, więc chcieliby, żeby wykorzystało szansę. W konsekwencji mecz staje się czymś w rodzaju raty kredytu, które dziecko spłaca. Idzie na boisko w przekonaniu, że ten wysiłek musi się zwrócić – tłumaczy Ewa Serwotka, psycholog i wiceprezeska Fundacji Sportu Pozytywnego.
Mniej niż jeden procent
Kamila ma dwóch synów. Piotrek gra dla przyjemności w lokalnym klubie, Michał został „wyskautowany” do Arki Gdynia i nie opuszcza żadnego treningu, dla niego liczy się bardziej wynik niż zabawa.
– Drużyna drugiego mojego syna, Piotrka, czasem przegra 6 do 1, ale on jest z siebie zadowolony. Uważa, że dobrze mu poszło, bo to on strzelił tego jednego gola. Michał ma inny „mental”, mocno przeżywa przegrane spotkania. W Arce do każdego meczu są powołania, a emocje takie, jakby walczyli o Ligę Mistrzów – żartuje Kamila.
Dzieci z klubu Michała mają świadomość, że muszą dużo trenować, by utrzymać się w zespole. Z 20 zawodników trener wybiera drużynę na topowe turnieje, pozostali biorą udział w innych rozgrywkach. Lęk przed tym, żeby dobrze wypaść, jest tak wielki, że Michał widział już chłopaków wymiotujących w krzakach.
Rodzicom również zależy na wynikach, dlatego zdecydowana większość chłopców chodzi na indywidualne treningi. Godzina zajęć w parze u „wziętych” trenerów kosztuje na Wybrzeżu ok. 180 zł od osoby. W sieci mnożą się ogłoszenia: „Chcesz, żeby twoje dziecko się wyróżniało? Zapisz je na indywidualne zajęcia”.
– Na tak wczesnym etapie trudno stwierdzić, czy dziecko będzie zawodowym piłkarzem. Mądrzy trenerzy często powtarzają, że mniej niż 1 proc. młodych futbolistów w dorosłym życiu zajmuje się profesjonalnie piłką nożną, dlatego powinni mieć drugą pasję. Nie można wszystkiego stawiać na jedną kartę. Ale kiedy na to znaleźć czas? – pyta Kamila.
Mama Piotrka i Michała podkreśla, że jej synowie spędzają życie w klubie lub na orlikach (czasem dowozi im na boisko pierogi). Treningi sprawiły, że chłopcy są zahartowani, nie chorują, mają znajomych, z którymi lubią spędzać czas. Jednak piłka nożna to nie tylko hobby, wielu ludzi robi na tym biznes. Aktywność sportowa Michała pochłania rocznie 12 tys. zł, a chłopak jest dopiero dziesięciolatkiem. Opłata za klub to 250 zł na miesiąc, są też wyjazdy weekendowe, obozy, dodatkowe treningi, buty etc.
– Chłopcy jadą na turniej wynajętym busem. Jak odbywa się daleko od domu, zostają tam na noc. A rodzice, choć nie jest to konieczne, jadą za nimi swoimi autami. Mamy świetnego trenera, który zrobił szkolenie na temat kibicowania, ale co tu kryć, niektórym dorosłym odbija. Nie panują nad emocjami, a wypite przed czy podczas turnieju „procenty” też robią swoje – opowiada Kamila, podkreślając, że podczas kibicowania nie można używać imienia dziecka ani pouczać go z trybun.
Żaden rodzic nie może też wchodzić na boisko ani pić alkoholu podczas meczu, ale nikt nie sprawdza alkomatem, czy dorośli nie spożywali go wcześniej.
Ewelina Sikorska, autorka bloga o treningach i zdrowiu młodego piłkarza (prostozboiska.pl), zamieściła na swojej stronie dekalog hiszpańskiego rodzica-kibica. Są tam m.in. takie reguły: nie krzycz na trenera, zostaw sędziego w spokoju, nie pouczaj dziecka, bądź pewny, że daje z siebie wszystko.
Brzmi całkiem rozsądnie, ale okazuje się, że wielu polskich rodziców nie potrafi przyjąć tych zasad. W mediach co pewien czas pojawiają się informacje o ich awanturach na boisku.
W Krośnie podczas turnieju w marcu 2024 roku, w którym uczestniczyły drużyny dziesięciolatków z Polski, Litwy, Czech, Słowacji i Węgier, pijani rodzice chłopców z klubu Hetman Zamość wbiegli na murawę w trakcie meczu i przerwali spotkanie, wściekli na decyzje sędziego.
Za skandaliczne zachowanie dorosłych odpowiedziały dzieci. Drużyna została wykluczona z gry.
Ile kosztuje dziecięca piłka nożna
– Nie udało się ojcu, więc przerzuca ambicje na syna. Staram się rozmawiać z rodzicami i tłumaczyć, że dzisiaj dziecko może być najlepsze, ale za rok jego forma może czasowo spaść, bo jest w okresie dojrzewania. Niestety, przez presję rodziców w tym okresie zginęło wiele talentów. Nie umieli odpuścić, przenosili dziecko z klubu do klubu. Zamiast wspierać, wchodzili w buty trenera – opisuje nasze realia Michał Libich, trener warszawskich klubów, który pracował m.in. z takimi zawodnikami jak Jan Ziółkowski, grający dziś w AS Roma.

Libich twierdzi, że do ok. 11. roku życia piłka jest sportem indywidualnym, a dziecko powinno grać na różnych pozycjach, trener zaś nie może skupiać się tylko na wyniku.
– W piłce dziecięcej w centrum stoi zawodnik, a nie drużyna, tymczasem u nas wciąż pokutuje dawne myślenie. Najważniejsze jest, żeby wygrać tu i teraz. Tego chce wielu trenerów oraz rodziców, jednak takie podejście powoduje, że dzieci od najmłodszych lat grają w stresie, a po 10 latach ulegają wypaleniu. Tracą ochotę na grę, bo system wycisnął ich jak cytrynę – komentuje Libich.
Ewelina Sikorska stworzyła bloga właśnie dlatego, by pokazać, z jakimi problemami zmagają się młodzi piłkarze. A jest ich sporo, bo choć piłka hartuje ducha i ciało, buduje więzi między ludźmi i rozwija zdolności społeczne, jest też powodem stresu oraz kontuzji.
– Chłopcy bardziej rozwinięci fizycznie są mocno eksploatowani i przeciążani, ale jak zdarzy się kontuzja, rodzic zostaje z tym sam. Musi chodzić do polecanych lekarzy prywatnie, bo liczy się czas. Nie ma też dobrych ubezpieczeń – wylicza Sikorska.
Dziecięca piłka kosztuje fortunę
Weronika, brunetka po trzydziestce, kibicowanie ma we krwi. Ojciec był piłkarzem, a później trenerem, więc jeździła na mecze z mamą. Na boisku poznała przyszłego męża, a teraz szykuje herbatę do termosu, kanapki i jeździ na treningi i turnieje synów. Czasem gardło ma zdarte, nogi przemoczone, ręce skostniałe, ale nie narzeka. Wie, że dzieci są szczęśliwe.
– Wozimy starszego z synów na treningi do Avii Świdnik, dwa razy w tygodniu. 14-letni Karol uczy się w aucie, bo taka wyprawa zabiera łącznie cztery godziny, do domu wraca około 22.30. Dla niego liczy się tylko piłka – podkreśla Weronika.
W 2025 roku rodzice zapłacili za treningi, obozy i leczenie kontuzji starszego syna 25 tys. zł, młodszy kosztował ich 11 tys. zł. Pieniądze to jednak nie wszystko, trzeba pamiętać o tym, by młody piłkarz stosował odpowiednią dietę i prowadził tryb życia oparty na wielu wyrzeczeniach.
– Nie przesadzałbym z tymi wyrzeczeniami. Więcej jest korzyści – uważa z kolei Piotr Mróz. – Janek uczy się funkcjonować w grupie, zdobywać uznanie, kształtować swoją pozycję, brać odpowiedzialność za drużynę. To mu się zawsze przyda. A jeśli zostanie świetnym piłkarzem, to rozpoznają go na ulicy, czasem nie zapłaci w restauracji lub za taksówkę. Na jego mecze przyjdą reprezentanci Polski i sławni trenerzy, pozna znane osoby. Jednym słowem, to może być najfajniejszy zawód świata.
Jednak zanim młody zawodnik osiągnie sukces, musi pracować na dwa etaty: jeden w szkole, drugi na treningu. Ambitni rodzice potrafią jeszcze wcisnąć w grafik korepetycje z języków obcych oraz basen, który dobrze wpływa na rozwój sylwetki.
Dziecko ma dość
– Chłopcy grający w szkółkach piłkarskich przy klubach, które walczą w najwyższych ligach, są najczęściej przygotowywani do kariery sportowej. Tam jest duża presja ze strony trenerów i krewnych. Oczywiście, nie można generalizować, są rodzice bardzo świadomi, gotowi do rozmowy i edukacji, ale z perspektywy pracy w gabinecie widzę, że czasami chęć kooperacji jest tylko deklaratywna i nie przekłada się na zmianę w zachowaniu – tłumaczy Julia Badowska-Klimczak, psycholożka sportu specjalizująca się w pracy z młodymi zawodnikami i ich trenerami. – Zdarza się, że ojciec tłumaczy: „Jak na niego nakrzyczę, będzie grał lepiej”. W krótkim okresie to może zadziałać, ale w dłuższej perspektywie przyniesie odwrotny efekt.
Badowska-Klimczak uczy swoich klientów radzenia sobie ze stresem, bo jak podkreśla, w sporcie jest on codziennością, ale działa na zawodnika mobilizująco pod warunkiem, że jest odpowiednio wykorzystany. Nie da się przekonać do profesjonalnego sportu osoby, która żyjąc pod długotrwałą presją, straciła już przyjemność grania.
– Czasem dzieci są tak przeładowane zajęciami, że mogą spotkać się ze mną w gabinecie na przykład tylko we wtorek o godz. 20. Nie ma szans, żeby ośmiolatek po całym dniu w szkole i na treningu miał siłę do pracy z psychologiem – wyjaśnia Badowska-Klimczak.
Rezygnacja to nie słabość
Z ostatniej analizy GUS dotyczącej kultury fizycznej Polaków wynika, że najbardziej popularnym sportem była u nas piłka nożna (lata 2023-2024). Uprawiało ją 36 proc. ankietowanych. Z kolei badania zlecone w 2024 roku przez firmę ubezpieczeniową Compensa wykazały, że około połowy polskich dzieci kilka razy w tygodniu uprawia sport. Chłopcy wolą aktywności drużynowe, a 60 proc. z nich wybrało piłkę nożną.
Jednak między 13. a 15. rokiem życia bardzo wielu nastolatków rezygnuje z futbolu. Wielu przyznaje, że do porzucenia piłki przyczynili się trenerzy i rodzice.
Dorośli zapominają, że futbol ma być w życiu dziecka głównie czasem relaksu i zabawy, a nie poligonem, na którym trener-dowódca „wyciska” z niego wyniki.
Dlatego rezygnacja z gry bywa przez niektórych rodziców odbierana jak osobista porażka. Mają poczucie (zwłaszcza ojcowie), że ich wysiłek poszedł na marne, a syn zawiódł. Nie pozostaje to bez wpływu na atmosferę w domu.
– Kiedy Bartek rzucił nagle po dziesięciu latach treningi w Legii, mąż chodził za nim przez kilka miesięcy i nie przestawał pytać: „Jak możesz nam to robić?”, „Co się stało?”. Z każdej strony słyszeliśmy przecież, że to „diament” i że czekają na niego europejskie stadiony – opisuje Zuzanna, która długo nie mogła zaakceptować decyzji dziecka.
Od tego czasu minęły dwa lata, a mama Bartka patrzy na jego decyzję z większym dystansem. Chłopak wybrał dobre technikum i nie chce już spędzać wszystkich popołudni na boisku. Jednak mąż Zuzanny nie do końca pogodził się z tym wyborem. Zdarza mu się rzucić do syna: „mogłeś być Kimś, a zostaniesz zwykłym Kowalskim”.

– Rezygnacja ze sportu nie jest oznaką słabości – podsumowuje psycholożka Ewa Serwotka. – Dziecko musi mieć prawo do własnych wyborów, nawet do nudy. Trudno to dzisiaj zaakceptować, bo żyjemy w kulcie sukcesu i wyróżniania się, a ludzie są poddawani nieustannym audytom. Jeśli jednak chcemy dać dziecku szansę na harmonijny rozwój, musimy się nauczyć odpuszczania i jemu, i sobie. Długotrwała presja nie buduje odporności. Ona ją zużywa.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















