Na serii fotografii z lat 70., zamieszczonych w „Notesie otwockim” (2013) Piotra Sommera, widnieje kilka otwockich drewniaków zwanych „świdermajerami”. Wśród nich pokaźny, dwupiętrowy pensjonat Polonia Palace przy ulicy Warszawskiej 45, w 1998 r. podpalony i dziś nieistniejący. Na pojedynczych stronicach między zdjęciami Sommer, niegdyś lokator tej posesji, rozmieścił swój wiersz „Spóźniony list”, bardzo osobiste wyznanie o własnej rodzinie. Reszta kartek pozostała niezadrukowana, tworząc w ten sposób triadę złożoną z obrazu, języka i pustej przestrzeni. Człowiek mógł tę pustkę zapełnić po swojemu, mógł też zaczekać, aż zrobi to kiedyś sam Sommer. Uczynił to właśnie, publikując książkę „Środki do pielęgnacji chmur”.
Poezja i mit początku
Rozproszone tu i ówdzie wzmianki o Otwocku, aluzje i kryptoaluzje do podwarszawskiego miasteczka „z sosnami i domami z drzewa, knajpą, kościołem, wymarłym kirkutem” („Kreska”, 1983) obecne są u Sommera od zawsze. Już w debiutanckiej książce „W krześle” (1977) zjawia się postać babki, która truchcikiem obiega pokój od pieca do starej trzydrzwiowej szafy. W „Pamiątkach po nas” (1980), skąd pochodzi „Spóźniony list”, Sommer rysuje otwocki pejzaż: „pięćdziesięcio-, sześćdziesięcioletnie drewniaki, jedno dwa piętra trzeszczących schodów, na podwórkach otwarte doły i zdechłe koty, i piłka, która zawsze wpada dzieciom do śmieci, trochę obdartych sosen”.
Na poły żartobliwie, na poły nostalgicznie, żegna ulubiony jesion z podwórka, czyniąc aluzję do przepadłego świdermajera: „Przy moim domu, który się spalił, był taki jeden, który wycięto” („Wiersze ze słów”, 2009). W poemacie „Mogiłki” (1997) zastanawia się, gdzie w przyszłości zostanie pochowany – i jako jedną z prawdopodobnych lokalizacji wymienia Otwock. Wspominając po latach zmarłych przyjaciół w wierszu „Suchy mech” („Lata praktyki”, ostatni dotąd tom poetycki Sommera, 2022), wraca do lasu „z korą złuszczoną z sosen, z opadłymi liśćmi, bo las był tutaj mieszany”.
Trudno się temu wszystkiemu dziwić, idzie przecież, jak przekonywał Sommer przepytujących go ongiś kolegów, Jerzego Borowczyka i Michała Larka, o „mit początku”. Mit zawiązany w rozparcelowanym przez kwaterunek pożydowskim świdermajerze, w pokoiku, gdzie na początku lat 50. osiedliła się trzyosobowa rodzina (babcia, matka i wnuk), i gdzie mały Piotruś obserwował świat przez niedomytą szybę pojedynczego okna, patrząc na smugi kurzu prześwietlone słońcem.
U Sommera obrazy o rozstrzygającym znaczeniu wydarzają się zawsze w środowisku językowym. Język i cała reszta – mówi, wskazując swoich poetyckich mistrzów: Bolesława Leśmiana, Mirona Białoszewskiego, a zwłaszcza Jerzego Ficowskiego – to rzeczy rzadko rozłączne. Jeśli pamiątki z doczesności, bliższej i dalszej, gdzieś się przechowują, gdzieś odciskają, to w mowie.
Jego utwory często przyjmują postać kroniki życia rodzinnego i przyjacielskiego, niegdyś także, w gorszych czasach (czy są czasy lepsze?) – społecznopolitycznej codzienności, są nasłuchiwaniem tego, co w świecie piszczy. Zwłaszcza w języku. Owszem, tworzy przejmujące obrazy, ale jest poetą słuchu. W polemicznym eseju „Ładne rzeczy”, wziąwszy na cel Zbigniewa Herberta i jego utożsamienie mówienia z piaskiem (a więc z nietrwałą lichotą), nazywa mowę „czułym, może najczulszym instrumentem naszego przymierza ze światem”. Jest bowiem tak (w wierszu „Niedyskrecje”, „Czynnik liryczny”, 1986), że w słowach, w składni, w „międzysensach zawiera się cały człowiek, włazi tam, gdzie widzi trochę miejsca”.
Otwock, czyli miasteczko na Linii
Teraz, w „Środkach do pielęgnacji chmur”, książce po prostu otwockiej, chwytającej minione i teraźniejsze wrażenia, mikroelementy mowy, nieważkie jak drobiny sosnowego powietrza, rzeczywistość językowa sczepiła się z wizualną tak ściśle, jak u Sommera chyba jeszcze nie było. Stawka jest wysoka, chodzi o przymierze ze światem. Tym najbardziej intymnym i własnym, co nie znaczy, że ograniczonym do poruszeń duszy. Miasteczko na Linii (nazwy Otwock i Linia Otwocka nie padają, choć czujemy, że o nich mowa) staje się namacalne.
Cóż z tego, że słowo „Otwock” się nie pojawia, skoro są ulice Warszawska, Kościelna, Szlachecka – niby pospolite, ale tworzące konstelację właściwą temu miejscu. Są kino Promyk i Teatr Jaracza, jest pensjonat Gurewicza, są nieodległe Ługi i nieco odleglejszy Karczew. No i są ludzie, tak samo niepowtarzalni, społeczność tyleż typowa, co jedyna w swoim rodzaju. Koledzy i koleżanki ze szkoły, dorośli z podwórka: Mietek Rypina, Gruszka, ślepy Olo, Laga Adamowicz, Przemek od dziennika, profesor Rubczak od fizyki, lodziarka pani Kozłowska, Lucyna i Majka, córki filatelisty pana Jaworskiego, i on sam, z palcami wiecznie usmarowanymi tytoniem. Jest też starsza o cztery lata Lilka, która zaciągnie Piotrka w krzaki porastające ruiny synagogi. Jest matka i matka matki. Mówiąc krótko, jest świat schwytany w gęstą sieć prozy.
Sommer nie tylko wierzy w moc założycielskiego mitu, ale pamięta, że mit, przełożony na literaturę, jest opowieścią, autonomicznym wydarzeniem o własnych konsekwencjach, skutkach i losach. Wie także, że ustalenie „stanu faktycznego”, z uwagi na taką a nie inną naturę naszych władz poznawczych, jest niewykonalne. „Nigdy nie byłem pewien, czy ruch i bezruch pyłków jest wywoływany przez słońce czy przez moje patrzenie” – powie w cytowanym wywiadzie. W nowej książce, w krótkiej lirycznej całostce „Dziwne spotkanie”, piękna wizja i związana z nią zasadnicza niepewność co do statusu obserwowanego świata powraca: „kiedy leżałem – mówił do mnie – słońce świeciło mi prosto w twarz, musiałem mrużyć oczy”.
Zgęszczając język, by pochwycić coś z przeszłości albo jakieś istnienie zasugerować, Sommer zgęszcza jednocześnie czasoprzestrzeń. Czas u niego niespodziewanie skraca się lub rozciąga bez powodu, spóźnia albo nadgania, przestrzeń okazuje się dalece niestabilna, nie można na niej polegać. „W obliczu tak bezprzykładnego rozmycia konturów najbliższego planu, spowolnienia ruchu, wstrzemięźliwości wiatru (…) cała wiedza domagała się upewnień i weryfikacji”. Ten fragment jawnie przypomina język Brunona Schulza – mitotwórcy i specjalisty od manipulacji czasem. Sommer przywołuje charakterystyczne Schulzowskie figury (klaser z egzotycznymi znaczkami, Franciszek Józef) i prędko je porzuca na rzecz innych, topograficznie i biograficznie bliższych.
Nie przypadkiem pierwsza Schulzowska sygnatura wydarza się w języku. Niepozorne „dymensje” żartobliwie przesuwają otwocką codzienność w drohobycki zawczas, ale też, przez jawną archaiczność, ukazują ograniczenia „pisania Schulzem”, w każdym razie Schulzem „czystym”, tym sprzed wojny. Bodaj najlepiej unaocznia to motyw drugi: postępująca entropia, zjawisko łatwo dostrzegalne dla każdego, kto odwiedził Linię nawet po krótszej nieobecności. Otóż „bezprzykładne rozmycie konturów” nie wzięło się na Linii znikąd. Jest skutkiem wojennej katastrofy i gwałtownych przemian społecznych, także powojennego niepamiętania. „Jeśli istniała jakaś przeszłość albo przyszłość – powie narrator o zaroślach wokół pawilonów dawnego szpitala żydowskiego Zofiówka – to latem były one nieczytelne”.
Sommer, uczeń Ficowskiego
W wierszu „Mój nieocalony”, osadzonym w łudząco podobnej przeszłości, Jerzy Ficowski pozwolił Brunonowi Schulzowi przetrwać zagładę na antresoli drewnianego domu. Schulz – rzecz dzieje się we śnie – jakimś sposobem oszukał czas i ocalał, wrośnięty w belki między sufitem a sienią. A potem, kiedy już było wolno, rozwiał się w nieistnieniu. Ficowski czyta swój wiersz miękko, baśniowo, w jego głosie utrwalonym na płycie gramofonowej słychać rezygnację, że na koniec baśń pryska.
Piotr Sommer – uczeń Ficowskiego, edytor jego pism i interpretator jego poezji – ten sam tekst czyta ostrzej, jakby łobuzersko. Kluczowe zdanie: „panie Brunonie już można, niech pan schodzi”, brzmi tak, że słuchacza przechodzą ciarki. Nie wiadomo, kto wywabia Schulza z kryjówki – przyjaciel czy wróg.
Kiedy Sommer czyta wiersz Ficowskiego o Schulzu, człowiek widzi otwocki świdermajer. Odsuwa się ściana z płyty pilśniowej, wysypują szyszki, które robiły za materiał izolacyjny, wychodzi… pensjonariusz. Albo kilkoro. „Pensjonariusze”, to słowo kryptonim: „Podwórko trafiło w punkt, mówiąc o naszej trójpokoleniowej komórce społecznej »pensjonariusze«”. To już słowa Sommera. W swojej prozie powtarza je kilkakrotnie, nadając mu specyficzną barwę, odpowiednio akcentując sylaby. „Wołano za mną »pensjonariusz, pensjonariusz«, podczas gdy ja, nierzadko z matką mojej matki, szedłem właśnie ukosem przez posesję w stronę ulicy Warszawskiej”. Łatwo można sobie wyobrazić, jak brzmiało zredukowane do wyrazów krótszych, „o innym źródłosłowie”.
Tak oto w otwockiej prozie objawia się, znany z jego poezji i krytyki literackiej, Sommerowy czujny nasłuch językowej rzeczywistości. Eufemizmy, niedopowiedzenia... Pamięć pożydowska jest jak dawny cheder, „stosownie wycofana między sosny”. Nie narzuca się, nie dominuje języka ani sosnowego pejzażu, co najwyżej straszy tu i ówdzie kłopotliwą pustką (o ile ktoś ją dostrzega, a widzą wszyscy). Po trosze nielegalna, skupia się w miejscach niespodziewanych, a dla miasta centralnych – w okolicach dworca kolejowego i handlowej dzielnicy, gdzie „wygasłe lub wręcz skurczone okazywały się całe ulice”. Albo w ciasnych izbach pensjonatu Polonia Palace, gdzie słuch o poprzednich mieszkańcach, „ich imionach i nazwiskach, a także o imionach i nazwiskach ich dzieci i krewnych, dla jakichś po dziś dzień niepojętych przyczyn zaginął”.
Ale podwórkowy ton pobrzmiewa także słowami kolegi, Maniusia, któremu Piotruś zabił ponoć jakiegoś pana, „żyjącego podobno bardzo dawno temu”. Znać w nim czas „Wielkiego Bicia”, kiedy to spece od czystości narodu i narodowej kultury chcieli wyrzucić Sommera z polszczyzny i z kraju. Marzec w „Środkach do pielęgnacji chmur” wprawdzie się nie pojawia, w każdym razie z imienia, pisarz oszczędził nam również dialogu dwóch dziewczynek, które na Warszawskiej, obok kawiarni Grażynka, wypowiadają w jego obecności kilka ciepłych słów o Hitlerze („Jakiś dłuższy czas temu”, „Dni i noce”, 2009).
Ale są przecież wyjazdy, marcowe i jeszcze przedmarcowe: „Ciągle trzeba się z kimś żegnać. Jeszcze pół biedy, jak człowiek o tym wie albo się spodziewa”. Dzielnica pensjonariuszy pustoszeje. Kolega Gruszka, chorujący na heine-medinę lokator dawnego domku szamesa, wyjeżdża „z kraju przodków do kraju innych przodków”, i robi to tak prędko, jakby w przelocie, że trudno mieć do niego pretensje. Mieszkał i już, nie mieszka. Tak to jakoś się porobiło.
Nie całkiem centrum
Na początku były tory kolejowe. Od Falenicy do Śródborowa, albo i dalej. Świat Sommera zorientowany jest kolejowo, tory stanowią przecież kręgosłup Linii, czynnik organizujący czasoprzestrzeń. Nieprzypadkowo opowieść rozpoczyna się przy budynku dworca, jest również całkiem zrozumiałe, że próbując rozgryźć paradoks kolistości nieskończonej przestrzeni, tutejsi chłopcy za przedmiot rozważań biorą szyny biegnące od dworca hen do samego Lublina. Kolega Adamowicz w nieskończoność torów nie wierzy. Autor zaś, jak się zdaje, skłania się ku hipotezie odwrotnej, w przeciwnym razie nie zamykałby książki piękną wizją torów i słupów trakcyjnych, które oddalają się ogromnym łukiem ku nieznanym przestrzeniom, tworząc długą przecinkę w potężniejącym lesie.
Być może tory kolei otwockiej opasują Ziemię i wracają w to samo miejsce. Sommer sugeruje taką możliwość, przy czym ruch po okręgu staje się u niego warunkiem odwrócenia biegu czasu. Oto zamiast biec z przeszłości w teraźniejszość, czas cofałby się o pewien interwał, by następnie, niepojętym sposobem, ruszyć znów naprzód i osiągnąć przyszłość, tyle że nieco odmienioną, pełną ludzi, których w poprzedniej wersji zabrakło. Być może takimi torami przyjedzie na stację w Otwocku „długi pociąg towarowy, pozostający poza zwyczajowym rozkładem jazdy, pełen – czy to możliwe – powracających ludzi”.
Ale może ważniejsze od niemożliwej korekty przeszłości jest to, że Sommer opowiada swój mit (czy raczej jedną z wersji mitu, w której pociąg powraca) w przestrzeni podmiejskiej, z natury peryferyjnej wobec centrum: pisania i pamiętania. Bardzo swoją podmiejskość pielęgnuje, ten specyficzny stan skupienia: czasu, materii, a przede wszystkim języka. Chodzi o polszczyznę z bocznych, mniej wydeptanych duktów, niekiedy zarośniętych chaszczami, a więc o mniej słyszalne głosy. A także o autonomię i niepodległość, intelektualną i artystyczną, wobec modnych trendów i towarzyszących im egzaltacji.
Jak ma się do tego miasto na Linii? Poproszony ongiś o rozprawkę na temat „Peryferia jako centrum?”, Sommer, nim rozprawił się z proponowaną alternatywą, wskazując, ile uproszczeń i stereotypów ze sobą niesie, pozwolił sobie na osobiste i jak to u niego, na poły ironiczne, na poły poważne wyznanie: „Przeraziłem się i postanowiłem zrejterować do Otwocka, gdzie czułbym się bezpieczniej, ponieważ Otwock to nie całkiem centrum, a jednak trochę centrum i trochę prowincja” („Po stykach”, 2001). Następnie w kilku zdaniach sporządził coś, co po latach nazwał „mapą topograficzną duchowych obszarów miasteczka wraz z indeksem”. Nie zapomniał, naturalnie, o pensjonariuszach. Zbiegli się, może nie tłumnie, ale całkiem raźno. Dziś są trochę bardziej.
I on jest, pensjonat Polonia Palace. Widziałem go, gdy minionej jesieni włóczyliśmy się z Piotrem po otwockich zakątkach, wdychając zapach sosen, żywicy i pleśni, i gdy zmurszała podmurówka, ukryta w łopuchach, na moment ożyła, a drewniak stał się uporczywie realny. Jeśli dobrze pamiętam, słońce świeciło w twarz. Tak mocno, że musiałem mrużyć oczy.

Piotr Sommer ŚRODKI DO PIELĘGNACJI CHMUR, Wojewódzka Biblioteka Publiczna i Centrum Animacji Kultury, Poznań 2024
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.



















