Karpaty bez granic: górska wolność i historia bez stolic

„Granica nas przekroczyła” — mówią Węgrzy z Siedmiogrodu. Maciej Janowski opowiada o Karpatach jako przestrzeni górskiej wolności, mobilności i intensywnej historii.
Czyta się kilka minut
Przełom Żelaznej Bramy na pograniczu serbsko-rumuńskim, miejsce, gdzie kończą się Karpaty // Fot. Slavica Stajic / Adobe Stock
Przełom Żelaznej Bramy na pograniczu serbsko-rumuńskim, miejsce, gdzie kończą się Karpaty // Fot. Slavica Stajic / Adobe Stock

Marcin Żyła: Ma Pan z Mokotowa kawałek do gór.

Maciej Janowski: A wie pan, że często mi się śnią? Tuż tuż, pod Warszawą. Wychodzę z domu, idę na Pole Mokotowskie i stamtąd, za Żwirki i Wigury, widzę jakieś tatroidy. Czasem – Karpaty siedmiogrodzkie. Do Siedmiogrodu podróżowałem w latach 90., w snach jest krainą z bajki.

Pochodzę z Kongresówki. Nie mam górskiej inner knowledge, żadnej rodziny na Podhalu. W Tatrach i w Rumunii jestem tak samo obcy jak każdy inny turysta, który kupuje placek po węgiersku i z rozdziawioną gębą słucha przewodników.

Z tą różnicą, że pisze Pan potem książkę o historii Karpat. Nie wierzę w tę Pana obcość.

Jestem z rocznika 1963. Układałem sobie świat w głowie podczas pierwszej Solidarności i stanu wojennego. Wtedy Europa Środkowa była w modzie. Ale z wyjątkiem „Europy słowiańskiej” Jerzego Kłoczowskiego teksty innych – nawet Kundery – były ogólnikowe. Chodziło o to, żeby odciąć się od Rosji albo z nostalgią wrócić do Austro-Węgier. Co zresztą mnie, Warszawianina, znów zostawiało na uboczu. Chodziło mi o coś więcej – znalezienie kontekstu dla zrozumienia historii Polski.

Na studiach wymyśliłem, że napiszę o szkole krakowskiej i jej odpowiednikach w Czechach i na Węgrzech. Czyli o konserwatywnych, prohabsburskich historykach przełomu XIX i XX w., którzy zarazem sprzeciwiają się nacjonalistycznej wizji historii.

Ta książka jeszcze nie powstała. Napisałem za to historię regionu od innej strony: uogólnione dzieje Karpat, jedną opowieść, z przykładami i z Polski, i z Rumunii.

Jako dziecko narysowałem na mapie okrąg ze środkiem w Koszycach. Miał promień o długości niecałych 200 kilometrów, lecz w środku zmieściło się siedem państw. Zdziwiłem się: czemu, mieszkając na południu Polski, z radia wiem więcej o dalekim Szczecinie niż o bliskiej Bańskiej Bystrzycy?

W książce „Wspólnoty wyobrażone” Benedict Anderson opisuje, jak gazeta codzienna tworzy wyobrażenie państwa. Mapy są skadrowane tak, że układają nam specyficzny obraz. Ja też przeżywałem zdziwienia – np. odkrywając, jak blisko od Czarnohory są Góry Rodniańskie. Osobne mapy Ukrainy i Rumunii nie pokazują tego sąsiedztwa.

Na mapach w PRL granice zaznaczano wyraźniej. Ale to, co za nimi, rysowano bez szczegółów. 

Podobnie jak na mapach średniowiecznych. „Ubi leones” – „tam, gdzie lwy żyją” – tak podpisywano zagranicę.

Tylko że ze szczytu góry to, co po drugiej stronie granicy, widzi się jak na dłoni. To nie jest wyobrażenie dalekiej Szwecji z plaży w Kołobrzegu. Tamte mapy po prostu unieważniały rzeczywistość. 

Efekt był taki, że gdy w 1989 r. pierwszy raz pojechałem do Czechosłowacji, zafascynował mnie świat podobny i inny zarazem. Dlaczego ratusz w Lewoczy ma takie same attyki jak Sukiennice? Czemu w Preszowie rynek nie jest kwadratowy?

Gdy jest się w Rumunii i na freskach widzi bojarów, ich zupełnie sarmacki wyraz twarzy i typ stroju, ma się poczucie, że podręczniki szkolne nas oszukały. Że przez wydzielenie historii Polski z dziejów regionu pokazano nam nieprawdziwy obraz.

To z potrzeby naprawienia podręczników powstała ta książka?

Raczej z chęci wyjaśnienia samemu sobie pewnych kwestii po latach wakacyjnych wędrówek. Z dwóch obrazów – gór jako działu, granicy, oraz przełęczy, przez które prowadzą drogi – bliższa jest mi ta druga, łącząca. Jest mniej oczywista.

Z ogólnopolskiej perspektywy Karpaty są pograniczem. Trwałym i pokojowym – akurat wojen polsko-węgierskich dzieje nam oszczędziły. W „Karpatach” starałem się zwrócić uwagę na podobieństwa, wychodząc z założenia, że różnice widzi każdy. Nie znam się na Alpach, ale intuicyjnie czuję, że skoro Karpaty są niższe, to element łącznikowy jest ważniejszy. 

Niemiecki gotyk i barok jest inny niż we Włoszech. Karpaty są granicą bardziej przenikalną, nawet ich łukowy kształt sprawia, że trudno powiedzieć, co jest na północ, a co na południe od nich.

Pisze Pan, że określenie granic Karpat nie jest tak bardzo istotne. Dlaczego?

Definicje są zubożające. Reinhart Koselleck, wybitny niemiecki historyk, który zajmował się historią pojęć, napisał, że słowa możemy definiować, lecz pojęć nie. Pojęcia można starać się zrozumieć. Zacytował też Nietzschego: „Tylko to da się zdefiniować, co nie ma historii”. Bo w trakcie historii to coś się zmienia.

To porozmawiajmy o zmieniającej się górskości: czymś, co upodabnia do siebie życie i miejscowości po różnych stronach karpackich granic. Składają się na nią, Pana zdaniem: hodowla zwierząt, dziedzictwo kolonizacji wołoskiej, pograniczność, historia zbójnictwa oraz, w przeszłości, lżejszy niż na nizinach ucisk pańszczyźniany.

Jestem pewien, że górskość istnieje. Dobrze byłoby ją pokazać w szczególe. Ogólne reguły znamy: że na 100 metrów różnicy wysokości temperatura spada średnio o pół stopnia; że wtedy rolnictwo staje się trudne i mało opłacalne, lepiej wypasać stada.

Żyje się ciężko, do pracy ważna jest każda para rąk, więc kobiety mają nieco bardziej niezależną pozycję. O tych kwestiach geografowie i historycy piszą od XIX w. Brakuje jednak książki o tym, jak ta górskość „pracuje” w konkretnej wsi.

Na czym polega osławiona górska wolność?

W górach pańszczyzny było mniej. Wyżej zboże rodzi gorzej i postawienie folwarku jest nieopłacalne. Władzy trudniej się tu dopchać, trudniej kontrolować. Choć z drugiej strony – w odległych regionach łatwiej ukryć nadużycia, a nawet zbrodnie. To nie przypadek, że kard. Wyszyńskiego trzymali w Bieszczadach

Historia Karpat to gra wolności i niewoli?

Karpaty były przestrzenią wolności chłopskiej – ograniczonej, ale realnej. Wieś miała samorząd, pan nie był wszechmocny – między nim a wsią ciągle toczyła się gra. 

Jestem trochę sceptyczny wobec czarnego obrazu przedstawianego przez badaczy z nurtu ludowej historii Polski. Jednym z powodów jest niebywały poziom artystyczny wiejskiej architektury drewnianej, czy innych dziedzin sztuki określanej jako „ludowa”. Chłopi w Karpatach są nie tylko poddanymi. Jest w nich sprawczość, umiejętność, możliwość i potrzeba artystycznej ekspresji.

Z kolei górska pograniczność to remedium na jednorodny obraz zhomogenizowanych państw narodowych. Na pomysł, że uogólniona Polska zaczyna się w Szczecinie i kończy w Ustrzykach, a tuż tuż, za Sanem, zaczyna się uogólniona Ukraina. Tak przecież nie jest. W Karpatach – to efekt kolonizacji wołoskiej – po obu stronach granicy istnieje pas podobieństwa kulturowego.

Na to się nakłada jeszcze jedna warstwa: brak centralnych ośrodków, które promieniują władzą. Używane dotąd w tym kontekście słowo „pogranicze” oznaczało tak naprawdę „prowincję” – miejsce, gdzie historia dzieje się na marginesie. 

To jest dalekie od mojego rozumienia tego słowa. W książce starałem się pokazać, że w Karpatach historia dzieje się w sposób intensywny.

Natomiast to prawda, że historia Karpat jest historią bez centrum. Po pierwsze, nie bardzo wiadomo, gdzie znajduje się ich środek. 

Po drugie – z wyjątkiem Bratysławy w państwie słowackim, które ostatecznie istnieje od niedawna – jest to właśnie historia bez stolic. Wiedeń, Bukareszt czy Kraków – nie mówiąc o Warszawie czy Kijowie – nie leżą w górach.

Dlatego w kontekście historii Karpat można przywołać anglosaską ideę composite state, która głosi, że co najmniej do XVIII w. nie ma tu ściśle określonych centrów władzy. Są różne poziomy zwierzchności, które pozostają ze sobą w chwiejnej równowadze.

Na przykład?

Na Podhalu przez kilka pokoleń urząd starosty należy do rodziny Komorowskich. Mogą oni na tym terenie wiele, ale nie mogą wszystkiego: na ich działalność są pisane skargi do królewskiego sądu. A zbyt ostre próby podporządkowania sobie wsi skutkują biernym bądź czynnym oporem.

Poza ziemiami Rzeczypospolitej czymś takim jest Spisz, a w jego składzie – poszczególne miasta tworzące wspólnotę. Istnieje prepozytura spiska, czyli osobna władza kościelna, są inne instytucje w postaci okręgu kopijników. Spisz jest komitatem, jedną z prowincji państwa węgierskiego – a zarazem strukturą odrębną. 

Bardzo wyraźną fizjonomię kulturowo-polityczną miały terytoria Sasów siedmiogrodzkich, tzw. Ziemia Królewska, Königsboden.

Wieś Orawka, położona 80 km od Krakowa, do końca I wojny światowej w granicach Węgier, była znana z barwienia tkanin. Mieszkańcy sprzedawali je nawet nad Adriatykiem. Wyjeżdżali po Wielkanocy, wracali przed Bożym Narodzeniem. Myślę często o tej scenie: ostatnie kilometry pokonują w zaspach, do domów przywożą nieznane zapachy, wzory, tkaniny. A jest dopiero XVIII wiek!

Ludzie są o wiele bardziej mobilni, niż nam się wydaje. Jeden z węgierskich historyków opisywał, że średniowieczna wieś była w ciągłym ruchu. A co jeśli słynne „glebae adscripti” nie oznacza „przywiązanego”, lecz „przypisanego do ziemi”? Chłop przypisany do ziemi w dokumentach czy księgach parafialnych jest poddanym danego pana, ma określone obowiązki – ale to nie znaczy, że grozi mu śmierć, jeśli opuści wieś.

Mam książkę „Listy poddanych” wydaną na Słowacji w czasach stalinowskich. Są w niej dawne petycje chłopów, żeby ich panowie nie męczyli, wysyłając 200 km od wsi po wino i sól. Ich podróże były wyrazem zniewolenia, ale jednak jeździli, oglądali świat poza ich własną okolicą.

A tu, proszę spojrzeć: ikona z chrztem św. Mikołaja. W tle, moim zdaniem, jest Hagia Sophia. Z tymi charakterystycznymi okienkami, półkopułami. Autor tej ikony nie widział Hagii Sophii, ale ktoś o niej musiał opowiedzieć. Ikona pochodzi z cerkwi w Dubovej na Słowacji.

Jest jeszcze jeden mit, który mówi o tym, że górale są konserwatywni. To opowieść o kościółkowej obyczajowości, która przetrwała do dziś. Mit prawdziwy?

A  czy nie jest to kwestia, paradoksalnie, nowoczesności, a nie zacofania? W Kongresówce po powstaniu styczniowym pozamykano klasztory i uczelnie, przez kilkadziesiąt kluczowych lat, gdy w kraju i społeczeństwie trwała modernizacja, Kościół wegetował. Tymczasem w Galicji – kwitł. Wydawano „Przegląd Powszechny”. Księża byli różni, jedni mądrzy, inni może trochę mniej, jednak ich poziom intelektualny był wyższy niż w Kongresówce.

Uważam, że nic tak nie wpłynęło na ludową religijność jak nowoczesna szkoła państwa liberalnego. W Galicji szkoła austriacka była szkołą świecką, nie religijną, jednak z lekcjami religii. Niemiecki historyk Olaf Blaschke nazwał XIX wiek „drugą epoką konfesjonalizacji” – wtedy, dzięki nauczaniu w państwowych szkołach, religijność zeszła do mas. Obecna góralska religijność może być następstwem tamtej modernizacji, a nie zacofania.

W ostatnich stu latach wymienione przez nas elementy górskości, jedna po drugiej, znikają bądź się przeobrażają. Napisał Pan historię Karpat, która właśnie się skończyła?

Najprawdziwsza odpowiedź brzmi: zobaczymy. Zmieniło się dużo: Holokaust zmienił strukturę ludnościową, były nacjonalizacje i przesiedlenia, spadło znaczenie pasterstwa. Od XIX w. trwa proces schodzenia ludzi z gór. W miarę gdy usprawniał się transport żywności, rolnictwo na dużych wysokościach stawało się coraz bardziej nieopłacalne. Opuszczano przysiółki, ludzie schodzili w doliny.

Świetnie to widać na starych mapach. Kiedyś drogi prowadziły działami, teraz, przede wszystkim, dolinami. 

Z drugiej strony, gdy się jedzie w zimie do Budapesztu i pociąg stoi na jakimś podjeździe, bo na torach jest śnieg – trudno nie uznać, że góry wciąż potrafią być przeszkodą w podróży. To wciąż nie jest nic.

Nie obawia się Pan, że Karpaty kulturowo doszlusują do innych regionów poszczególnych państw? Że się zuniformizują?

Jako mieszkaniec Warszawy nie mam prawa wymagać od ludzi, żeby prowadzili „życie romantyczne” tylko dla mojej wakacyjnej przyjemności. Mam jednak nadzieję, że turystyka przyczyni się do zachowania lokalnej specyfiki. Być może stanie się ona „scepelizowana”. Ale ostatecznie zawsze taka była.

Strój góralski nie jest strojem archaicznym, w którym górale chodzili na co dzień w średniowieczu – tylko jednym z wielu zmieniających się w historii strojów, zauważonym w XIX w. przez inteligentów z miast, którzy go opisali.

Może nasze stulecie doda do tych lokalności coś nowego, czym za jakiś czas wszyscy będziemy się zachwycać? Bieszczadzka kolejka leśna jest świadectwem gospodarki kapitalistycznej i eksploatacji lasu na potrzeby nowoczesnego państwa. Minęło 120 lat – i jest takim samym symbolem Karpat jak kościółek w Dębnie.

Skoro o kolei… Co z Karpatami zrobiły Austro-Węgry?

Nałożyły pewien rozpoznawalny element kulturowy, który polega np. na tym, że stacje kolejowe w Siedmiogrodzie i w Galicji są do siebie podobne. Także np. styl uzdrowiskowy – choć ma swoje odmienności w postaci stylu witkiewiczowskiego lub Dušana Jurkoviča – tworzy w Karpatach kulturową jedność.

Kontakt z instytucjami państwowymi mógł być też, na różne sposoby, szkołą funkcjonowania w państwie konstytucyjnym. W „Karpatach” opisuję zabawną historię o wsi Ławoczne, gdzie w latach 1913-1914 mieszkańcy sprzeciwiają się budowie wychodka na terenie dworca. Obawiają się, że miejscowość nie dostanie wtedy statusu uzdrowiska – bo wychodek zakłóci estetykę. Chłopi z Ławocznego potrafią poruszać się w sferze państwa nowoczesnego: piszą petycje do ministerstwa, działają. W dodatku działają w regułach, które państwo rozumie. Nie podpalają starostwa – piszą pisma urzędowe.

Te wyraźnie zaznaczane granice z lat PRL, od których zaczęliśmy, pod koniec lat 80. zaczęły tracić sens. Pan wtedy intensywnie podróżował po Karpatach. Co zapamiętał Pan z tamtego momentu?

Widziałem zalążki konfliktów etnicznych: romsko-słowackiego i słowacko-węgierskiego. Swoją drogą, to niesamowite, że tamte napięcia z początku lat 90. ostatecznie opadły. 

Jest rok 1991, wędrujemy po Górach Bukowych w północnych Węgrzech. Szukając miejsca na nocleg, znajdujemy ogrodzony teren, który okazuje się dawnym obozem pionierów. Samotny stróż pustego ośrodka wyjaśnia: „tylko że pionierów już nie ma”. Pokazuje pistolet, bo „różni tacy chodzą po okolicy”.

Nazajutrz śpimy w obozie odrodzonego węgierskiego ruchu skautowego. Kolejnego dnia przekraczamy granicę słowacką, trafiamy do jakiegoś miasteczka i nie możemy się zorientować, gdzie jesteśmy. Dopiero po pewnym czasie orientujemy się, że miejscowość, która kiedyś nazywała się Šafárikovo, i tak nazywa się na naszej mapie, teraz wróciła do dawnej nazwy Tornaľa. 

Większość mieszkańców to Węgrzy, Słowaków jest niewielu. Pewien sympatyczny Słowak zaprasza nas do domu na nocleg. Pokazuje nam obrzyna w szafie. „Tak na wszelki wypadek”. Zastanawiam się wtedy: czy jesteśmy w przededniu wojny?

Inny obraz, podobnej podróży, tylko kilkanaście lat później. W dniu, w którym wchodzimy do strefy Schengen, wsiadamy z przyjaciółmi w samochód i po czterech godzinach trafiamy do Egeru. Nocujemy pod starym tureckim minaretem. Gdy upadają współczesne granice, natrafiamy na te stare?

Granice, które są i których równocześnie nie ma – różnice i podobieństwa – są jednym z kluczy do Karpat. Kiedyś w Górach Bihorskich nocował nas węgierski, kalwiński ksiądz. Powiedział, że to zawsze była czysto węgierska okolica, lecz w pewnym momencie „Wołosi zeszli z gór”. 

Potem się dowiedziałem, że to fraza często używana przez Węgrów siedmiogrodzkich. Subiektywnie wyobrażane doświadczenie Węgrów – obiektywnie nieprawdziwe i krzywdzące dla Rumunów, choć psychologicznie zrozumiałe – uczyło, że żyli sobie w normalnej części Węgier, a w pewnym momencie z gór zeszli Wołosi. 

Węgrzy z Siedmiogrodu mają jeszcze jedno, moim zdaniem bardzo oddające ducha Karpat, powiedzenie. Mówią: „granica nas przekroczyła”. Odnosi się ono do zmiany granic w 1918 r. i ma wydźwięk węgiersko-rewizjonistyczny, z którym się nie utożsamiam. Jeśli jednak odrzucimy to polityczne odczytanie, pozostaje coś bardzo trafnego: wokół nas są najróżniejsze granice, czasem obecne, częściej dawne, ale nie całkiem jeszcze zamarłe, często niewidoczne na pierwszy rzut oka. 

Raz ostre, częściej rozmyte; czasem my przekraczamy je, czasem one nas. A mimo wszystko pocięte najróżniejszymi granicami Karpaty nie przestają tworzyć zasadniczej jedności.

Maciej Janowski // Fot. Adam Stępień / Agencja Wyborcza.pl

Prof. MACIEJ JANOWSKI jest dyrektorem Instytutu Historii PAN, zajmuje się dziejami Polski i Europy XX w. Współautor – z Magdaleną Micińską i Jerzym Jedlickim – „Dziejów inteligencji polskiej do roku 1918”. Jego „Karpaty” ukazały się nakładem Międzynarodowego Centrum Kultury w Krakowie.

Karpaty // Materiały prasowe

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Jerzy Skakun dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 06/2026

W druku ukazał się pod tytułem: Gdy Wołosi zeszli z gór