Polacy w Rumunii: jak im się żyje na Bukowinie i dlaczego nie wracają do kraju przodków

Dom Polski w Suczawie, mieszanka języków, najmniejsza polska osada i plany młodych pokoleń, a także wspomnienia bydlęcych wagonów z roku 1945. Pojechaliśmy z wizytą do ludzi, których przodkowie przybyli tu niegdyś z Galicji za chlebem.
z Bukowiny
Czyta się kilka minut
Obchody Dnia Polonii we wsi Pojana Mikuli na rumuńskiej Bukowinie. Rumunia, 3 maja 2024 r. // Fot. Justyna Prus / PAP
Obchody Dnia Polonii we wsi Pojana Mikuli na rumuńskiej Bukowinie. Rumunia, 3 maja 2024 r. // Fot. Justyna Prus / PAP

Siedziba Związku Polaków w Rumunii mieści się w Suczawie, 80-tysięcznym mieście na historycznej Bukowinie. Swój gabinet ma w niej Gerwazy Longher – prezes związku i poseł do parlamentu, w którym reprezentuje polską mniejszość. Głosują na niego nie tylko Polacy – tych jest w Rumunii ok. 2 tys., a w ostatnich wyborach Longher uzyskał ponad 4 tys. głosów.

Dom Polski w Suczawie jest olbrzymi. Właśnie przeszedł remont. Wzniesiono go w latach 1903-07, gdy Polonia się na tych terenach organizowała. Bukowina należała wówczas do Austro-Węgier, w skład Rumunii weszła po 1918 r. W latach 50. XX w., po komunistycznej nacjonalizacji, był tu teatr. W ręce mniejszości polskiej Dom wrócił po 1989 r.

 

Dom Polski w Suczawie. Rumunia, kwiecień 2025 r. // Fot. Karol Fryta

Jestem pod wrażeniem Casa Polonă. Odwiedzałem Polonię w Rosji, Uzbekistanie, Kazachstanie, Kirgistanie: tam Polacy mogli tylko pomarzyć o takich warunkach. – Rumuńskie władze wspierają mniejszości – mówi Elżbieta Wieruszewska-Calistru, redaktorka pisma „Polonus”. – Otrzymujemy dotację na działalność związaną z zachowaniem tożsamości.

Działalność Związku Polaków w Rumunii

Kluczową rolę w życiu mniejszości odgrywa Związek Polaków w Rumunii. Prowadzi działalność kulturalną i edukacyjną, organizuje imprezy świąteczne, kultywuje tradycje, wspiera nauczanie języka, wydaje miesięcznik.

Pomaga nie tylko potomkom Polaków, którzy trafili tu ponad 200 lat temu, ale też tym, którzy związali się z Rumunią dzisiaj. Jak szefowa „Polonusa”, która do Suczawy trafiła z Polkowic.

– Przyjechałam w 1999 r. jako nauczycielka polskiego – wspomina Wieruszewska-Calistru. – Miałam już praktykę nauczania w rosyjskim Orenburgu. Gdy zaproponowano mi Rumunię, nic o niej nie wiedziałam. W głowie miałam stereotypowy obraz Rumuna z lat 90., ale miałam też na tyle rozumu, żeby chcieć to zweryfikować.

Redaktorka „Polonusa” bywa w Polsce rzadko: – Czuję tęsknotę za krajem, może wrócę na emeryturze. Ale na razie mam tu wszystko. Polską telewizję, media. Nawet krówki mogę kupić przez internet.

Skąd Polacy wzięli się na Bukowinie?

Bukowina leży dziś na pograniczu Ukrainy i Rumunii – jej północna część należy do pierwszej, południowa do drugiej. Nazwa pochodzi od lasów bukowych, które od wieków porastają ten teren.

Także Polacy byli obecni w tych okolicach od wieków – od czasu, gdy ziemia ta stała się pograniczem Korony Polskiej i potem Rzeczypospolitej oraz Księstwa Mołdawii. Za Kazimierza Wielkiego w północnej części regionu miała już istnieć murowana strażnica. W Serecie (dziś Rumunia) powstały klasztory dominikanów i franciszkanów przybyłych z Polski. Mieszkali też polscy kupcy i rzemieślnicy.

Najwięcej Polaków przybyło na przełomie wieków XVIII i XIX, po tym, jak Bukowina weszła w skład monarchii Habsburgów. Osadnikom oferowano ziemię uprawną oraz zwolnienie z podatków i służby wojskowej. Nie tylko Polacy z Galicji, gdzie brakowało ziemi, także górale czadeccy (z terenu obecnej północno-zachodniej Słowacji) widzieli słabo zaludnioną Bukowinę jako ziemię obiecaną.

Pierwsi polscy osiedleńcy przyjechali już w latach 1791-92. Władze austriackie sprowadziły górników z Bochni i Wieliczki do pracy przy odkrytych złożach soli. Wtedy to powstała miejscowość Kaczyka. W tej gminie Polacy stanowią dziś 20 proc. mieszkańców.

Kaczyka: kopalnia soli i kulturowy tygiel

W Kaczyce wita mnie Cristina Cehaniuc, prezeska filii Związku Polaków. Rozmawiamy przy herbacie w jej domu. – Moi przodkowie to prawdopodobnie rodziny, które zakładały wieś. Tata pracował w kopalni, nosiłam mu do pracy jedzenie – opowiada. – To była ciężka praca, sól pozyskiwano przez odparowanie solanki w kotłach. Pracowały całe rodziny, także kobiety, które zajmowały się pakowaniem soli.

Dziś kopalnia to atrakcja turystyczna: choć nie działa, przyciąga zwiedzających. Podziemne korytarze kryją nie tylko sól, ale też ślady górniczych tradycji i pomysłowości. Jest kaplica św. Barbary, gdzie górnicy się modlili. Podziemne jezioro, po którym kiedyś pływała łódź. Sala balowa, płaskorzeźby wykute w soli. I współczesna osobliwość: boisko do piłki nożnej.

Kaczyka od początku była tyglem kulturowym, do polskich osadników dołączyli Żydzi, Ukraińcy, Niemcy, Rumuni, Węgrzy. Ma to dziś odbicie w krajobrazie wsi, gdzie są kościoły trzech wyznań: prawosławny, greckokatolicki i katolicki, zbudowany przez polskich misjonarzy w 1904 r.

Ten miks kulturowy źle wpływa na zachowanie tożsamości polskiej. – Coraz mniej rodzin mówi po polsku – przyznaje Cehaniuc. – Dzieci rozmawiają między sobą po rumuńsku. U nas w domu też mówimy po rumuńsku. Ale gdy mam okazję, przechodzę na polski. Choć coraz częściej się mylę...

Młodzi Polacy z Rumunii często wybierają studia nad Wisłą

Podróżuję między najbardziej polskimi wsiami: Pojaną Mikuli, Pleszą i Nowym Sołońcem. Pocztówkowe krajobrazy: łagodne wzniesienia, pobielone drzewa, skoszone rowy. Obejścia zadbane, choć na niektórych domach wciąż straszy eternit. Nawet koty wydają się jakby bardziej syte.

– Moja rodzina mieszka w Pojanie Mikuli od założenia wsi – mówi Józef Iriszek, prezes filii Związku Polaków. – Przodkowie przyjechali z Galicji, dostali tu kawałek lasu, musieli go karczować. Bezleśnych polan prawie wtedy nie było.

Józef Iriszek, dziś emeryt, przywykł do ciężkiej pracy: – Nie było łatwego życia. Ludzie wstawali o czwartej, sprzątali stajnię, szli do kosy albo na wyręb, kładli się późnym wieczorem. Dzieci też pracowały, brały krowę i prowadziły na pastwisko.

Teraz we wsi niemal nie uświadczysz zwierząt. Czasem gospodarz trzyma jedną czy dwie sztuki bydła, parę kur, niekiedy konia. Jak w innych wioskach: młodzi ciągną do miast, do pracy za granicę. Ci z polskimi korzeniami często wybierają naukę nad Wisłą. – Mój syn pojechał na studia, skończył leśnictwo, ożenił się z Polką. Już 16 lat tam mieszka. Nie chce wracać – mówi Iriszek.

Jego nie ciągnęło, by wrócić na ziemię przodków? – Myślałem o tym. W latach 90. z żoną planowaliśmy nawet wyjazd. Ale trzeba było załatwiać jeden papierek, drugi... I tak zostałem. Życie zatrzymało mnie tutaj.

Losy Bukowiny w XX wieku były wyjątkowo burzliwe

Na przełomie XIX i XX wieku Bukowina była mozaiką języków i religii, a Polacy stanowili czwartą co do liczebności grupę. Największym ich skupiskiem były Czerniowce (dziś to Ukraina): jako centrum gospodarcze i kulturalne przyciągały osadników z różnych części c.k. monarchii. Ośrodkami polskiego osadnictwa były też wciąż miasta i wsie na południowej Bukowinie.

Wiek XX przyniósł wielkie zmiany. Po rozpadzie Austro-Węgier w 1918 r. Bukowina została włączona do Królestwa Rumunii. Zaczął się proces rumunizacji: władze ograniczały działalność mniejszości, wprowadzając m.in. obowiązek nauczania w języku rumuńskim. Mimo to polskie organizacje działały, choć skromniej. Życie kulturalne toczyło się wokół Domów Polskich w Czerniowcach i Suczawie.

W 1940 r., zgodnie z postanowieniami paktu Hitler–Stalin, Sowieci anektowali Bukowinę. Potem, po ataku III Rzeszy na Sowietów w 1941 r. Rumunia – jako sojusznik Hitlera – chwilowo ją odzyskała. Trzy lata później wróciła Armia Czerwona, a region ten, wraz z Czerniowcami, wcielono do Ukraińskiej Republiki Sowieckiej. Tylko południowa jego część została w Rumunii.

Nowy Sołoniec: niektórzy jednak wracają na Bukowinę

Nowy Sołoniec to największa z polskich wsi, zamieszkana przez ok. 800 osób. W centrum stoi okazały Dom Polski z salą balową na 300 osób i miejscami noclegowymi. Przypomina górski dom uzdrowiskowy i jest prawdziwą wizytówką polonijnej przedsiębiorczości. Podobnie jak droga, zbudowana z inicjatywy Aleksandra Kwaśniewskiego po tym, jak ugrzązł tu w błocie podczas wizyty w 1996 r.

Carmen Zielonka, wiceprezeska Związku Polaków w Rumunii // Fot. Karol Fryta

Anegdotę na temat tego wydarzenia opowiada Carmen Zielonka, przedstawicielka młodego polonijnego pokolenia. Skończyła dziennikarstwo na Uniwersytecie Wrocławskim i myślała o pozostaniu w Polsce, jednak wróciła i objęła stanowisko wiceprezesa Związku Polaków.

– Poczułam, że muszę wrócić, że to mój obowiązek – wspomina. – Chciałam, by moje dzieci wyrosły w polskim duchu, który tu kultywujemy. W Polsce brakowało mi sołonieckiego kościoła, naszych wydarzeń religijnych i kulturalnych. Wyrośliśmy inaczej na Bukowinie. Nasze babcie nie wiedzą, jakimi problemami żyje teraz Polska, nie znają jej codzienności. Żyjemy tym, co nasi pradziadkowie przynieśli nam w czasach, gdy Polski nie było na mapie Europy.

W domu coraz częściej mówi się gwarą lub po rumuńsku

Niedaleko Domu Polskiego stoi szkoła podstawowa imienia Sienkiewicza. Językiem wykładowym jest rumuński, dzieci uczą się też polskiego literackiego, ale w domach posługują się gwarą. O język i tożsamość walczy w szkole polonistka Maria Ostrovschi-Chahula: – Jeszcze kilka lat temu dzieci chętniej uczyły się polskiego. W domu rozmawiają gwarą, w mieszanych rodzinach po rumuńsku, między sobą coraz częściej też. W języku miesza się wszystko: rumuńskie słowa z polskimi końcówkami.

Maria Ostrovschi-Chahula z uczniami // Fot. Karol Fryta

Trudno się dziwić. Aleks, ósmoklasista, z ojcem Polakiem mówi po polsku, gwarą, z matką Ukrainką po ukraińsku, a z kolegami po rumuńsku. Uczy się też angielskiego.

– Jakie mam plany? – zastanawia się. – Mój polski nie jest na tyle dobry, żeby iść na studia w Polsce. Zostanę tutaj.

Kim się czuje: Polakiem, Rumunem czy Ukraińcem? – Trudno powiedzieć. Chyba kimś pomiędzy.

Powrót do Polski po wojnie: pięć tygodni w bydlęcym wagonie 

Po 1945 r. pojawiła się opcja przesiedlenia ludności polskiej z Bukowiny na ziemie zachodnie pojałtańskiej Polski. Szacuje się, że wyjechało stąd 5 tys. Polaków. Osiedli głównie na Dolnym Śląsku, a także koło Piły. Także część potomków górników wyjechała do Polski, ci głównie do Zielonej Góry, Krosna, Bielawy i Warszawy.

Mimo to znaczna grupa Polaków pozostała na Bukowinie. Za komunizmu działalność polskich organizacji była tu ograniczona, kontakty z Polską utrudnione. Dopiero po 1989 r. nastąpiło odrodzenie życia polonijnego.

Jadwiga i Wiktor Bryjakowie oraz Anna Zielonka // Fot. Karol Fryta

Mam sporo szczęścia, bo u Anny Zielonki, kierowniczki zespołu folklorystycznego Sołonczanka, zjawili się Jadwiga i Wiktor Bryjakowie, których rodzice po 1945 r. wyjechali stąd do Polski. Wiktor miał wtedy sześć lat, Jadwiga rok; dziś mieszkają w Złotniku w Lubuskiem. Ze względu na liczbę przybyszów z Bukowiny wieś tę nazwano „Bukaresztem”.

– Po 1945 r. mama musiała zadeklarować, czy przyjmuje obywatelstwo rumuńskie, czy chce wyjechać. Powiedziała: „Będzie, co będzie, ale będziemy Polakami, nie Rumunami” –  wspomina Wiktor. – Później rwała włosy z głowy, bo kuzynostwo zostało, ale już nie było odwrotu. Po latach usłyszałem, jak w Polsce mówią do mnie „Rumun”.

Wiktor pamięta transport: – Pociąg był długi, z 50 bydlęcych wagonów. Znajomi taty wepchnęli do wagonu krowę. Wyrąbali dziurę w podłodze i matka rękami spychała tam krowie odchody. Na piecyku gotowała mleko dla dzieci. Jechaliśmy pięć tygodni do Polski.

Jadwiga: – Mama wspominała, że w wagonie nauczyłam się chodzić. Choć opuściliśmy Bukowinę jako dzieci, tęsknimy za nią i często tu wracamy. Mąż, jak widzi kościół, w którym został ochrzczony, płacze.

Plesza: beczki, czereśniówka i TikTok

Najmniejsza polska wieś, zamieszkana przez ok. 200 osób, to Plesza. Prowadzą do niej strome serpentyny. Dopiero dwa lata temu pojawił się asfalt – można sobie wyobrazić, że w śniegu podjazd nie był łatwy.

– Moi przodkowie to górale czadeccy, jestem już siódmym pokoleniem, które tutaj żyje – mówi Jadwiga Aleksandrowicz. Energiczna, roześmiana, w średnim wieku. Na TikToku publikuje filmy, na których pokazuje, jak gotuje regionalne potrawy i szyje ludowe stroje. Niektóre idą w setki tysięcy wyświetleń.

Kiedyś Plesza słynęła z bednarstwa. Cała okolica używała beczek od pleszańskich fachowców do produkcji serów z owczego mleka. Jadwiga Aleksandrowicz: – Brat męża robi jeszcze beczki, ale mówi, że chyba musi szukać innej pracy, bo nie jest w stanie się z tego utrzymać. Plastikową beczkę można zostawić na słońcu i nic się z nią nie dzieje. W odróżnieniu od drewnianej.

Jadwiga Aleksandrowicz z Pleszy // Fot. Karol Fryta

Także jednym z głównych problemów, gdy idzie o zachowanie polskości, jest wyludnianie się regionu. Niegdyś za zagrożenie uważano mieszane małżeństwa, dziś takie związki nikogo nie dziwią. – Kiedyś myślałam, że małżeństwa mieszane to zagrożenie – mówi Aleksandrowicz. – Moja córka wyszła za Rumuna, ze swoją córką rozmawia po polsku, a mąż po rumuńsku. Nie powiedziałam jej „nie wychodź za Rumuna”, bo może do dziś nikogo by nie znalazła. Wieś jest mała, nie ma dużego wyboru.

Powoli się zbieram. Jadwiga zachęca do spróbowania pleszańskiej czereśniówki. Na drogę dostaję produkty domowego wyrobu: ciasta, chleb, wędlinę.

– Staramy się utrzymać nasze korzenie i tradycje. Jeśli zgubimy tożsamość, zgubimy i siebie – mówi Jadwiga Aleksandrowicz.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 29/2025

W druku ukazał się pod tytułem: Świat pomiędzy