To było w Bułgarii, nad morzem, gdzieś pomiędzy Kawarną a Kamen Briagiem. Za stołem w jednej z nadmorskich knajp, stylizowanych już od dawna milutko i globalistycznie, zasiadła bułgarska rodzina, której królowała matrona o posturze menhira oraz jej małżonek: łysy, równie zwalisty i ciężki. Zasiedli za stołem i rozmawiali. W tle chałturzył jakiś wesoły muzyk, który grał na przemian covery Abby i Metalliki. Muzyk był wesoły – a sala smutna. Choć robił, co mógł, nawet kawały opowiadał między kawałkami, to prawie nic nie osiągał, czasem jakiś lekki chichot. Aż mi go żal było.
Ale gdy muzyk przestał grać i nastała cisza – wtedy ten łysy, zwalisty zaczął śpiewać. Normalnie, jako gość przy stoliku. Z zamkniętymi najpierw oczami śpiewał. I była to pieśń jakaś stara, ludowa, z tym zawijasem bliskowschodnim, charakterystycznym dla Bałkanów, i po chwili do męża dołączyła matrona, do matrony – pozostali ludzie przy stole, a po chwili inni goście lokalu. Słuchałem zachwycony, i sam bym śpiewał, tylko że tekstu nie znałem. A i muzyk dołączył.
W innych miejscach było podobnie. W Macedonii, w Kratowie, podczas miejskiego święta, ludzie znali nie tylko słowa własnych pieśni, ale i kroki wspólnych tańców. Patrzyłem więc, zachwycony, jak kratowianie – trzymając się za ramiona – odtańczali je na ulicach.
Na Słowacji i na Węgrzech ludowość aż kipiała: tu i tam w niektórych wsiach starsze kobiety chodziły w święta do kościołów w tradycyjnych strojach, na wiejskich festynach roiło się od lokalnego jedzenia, trunków, pieśni i gadżetów. To samo w Bośni, w Serbii, w Ukrainie. A znajomi Ukraińcy, którzy przy każdej okazji śpiewają swoje ludowe piosenki, pytają często z ironią, dlaczego, jeśli w Polsce przychodzi do zaśpiewania czegoś tradycyjnego, to zaczyna się i kończy na „Hej, sokoły”. Nie mogą uwierzyć w to, że my, Polacy, właściwie nie znamy swoich ludowych piosenek.
Kto nie cierpi ludowej muzyki
Jeżdżąc dużo po Europie Środkowej zrozumiałem, że mechanizm, który – jako Polak – odbierałem za zupełnie naturalny, wcale naturalny nie jest. Wydawało mi się, że ludowe piosenki to się śpiewało kiedyś, dawno temu, a teraz ludowość się skończyła i słucha się wyłącznie zglobalizowanych hitów.
Swoją mamę, która pochodzi ze wsi w zachodniej Małopolsce, pytałem, ile zna lokalnych piosenek, i niespecjalnie się zdziwiłem, że niewiele jej przychodzi do głowy. Skąd miałaby je znać. Od babci? Babcia śpiewała w domu „Kiedy ranne wstają zorze” i inne katolickie pieśni. Czasem tylko podrzucała jakieś przyśpiewki, ale nigdy nie wiedziałem, czy je zmyślała, czy były prawdziwe. Jeden z braci mojej mamy wspomina, że gdy był młody, to „nie cierpiał ludowej muzyki”. Odcięcie.
Odcięcie i wymazanie. Wystarczy bowiem pojeździć po Polsce, żeby dostrzec rzecz ważną: u nas po wsiach jest mało starego. Domy są nowe, nowe są ogrodzenia, i choć to się zmienia, to nadal często tandetne, betonowe. Bo to, co było tu wcześniej – to było nasze wstydliwe dziedzictwo, którego się pozbyliśmy. Bo co mieliśmy trzymać – drewniane, zatęchłe chałupy, w których mieszkaliśmy razem z bydłem i których się wstydziliśmy przed światem?
Stara tkanka nie przetrwała ani polskiej historii, ani polskiego wstydu. Nie tak, jak w Niemczech, Francji czy Hiszpanii, ale choćby i na Bałkanach: tam nadal stoją przecież stare domy, często proste, w formie kostki, właściwie wszędzie podobne, od europejskiej części Turcji aż po sam Dunaj, ale kryte piękną czerwoną dachówką. To samo Węgry: ciemnoruda dachówka, wsie o jednolitych formach, o rynkach wrzecionowatych ze starymi kościołami pośrodku. Tynkowane wszystko, brama w bramę, szeregiem stojące. To samo Słowacja: „Słowackie wsie przypominały małe miasteczka” – Andrzej Stasiuk.
W Polsce jest inaczej. To znaczy – w tej Polsce „wiślanej”. Bo wystarczy przekroczyć granice Poniemiecji, żeby zobaczyć, że tam stare jednak pozostało. Było porządniejsze. Murowane. Nie trzeba było wszystkiego ze wstydem burzyć, by zbudować sobie nowe państwo. Więc polska poniemiecka wieś nadal ma swoją strukturę, której brakuje polskiej wsi popolskiej.
Mój dziadek był niemieckim niewolnikiem. Wysłano go podczas wojny na przymusowe roboty do Niemiec. Miał szczęście, trafił na „dobrego bauera”. Żył w poczciwym, porządnym niemieckim gospodarstwie. Co nie zmienia faktu, że jednak tym niewolnikiem był. Ale gdy wrócił, pierwsze, co zrobił, to w miejsce starego, drewnianego domu zaczął, razem z całą rodziną, stawiać nowy. Ładny, przestronny, prosty, modernistyczny, dwuspadowy. Klasyczny powojenny wzór, sporo takich można w całej Polsce znaleźć.
Nie chciał już mieszkać w drewnianej chałupie, jak jego przodkowie. Wolał żyć tak, jak podpatrzył to u Niemców, którzy go niewolili. Tak, historia Polski naładowana jest kompleksem i wstydem, i warto przestać to wypierać.
Galicyjskie błoto
Jestem pierwszym pokoleniem, które nie pamięta starej, drewnianej Polski. A przecież od zawsze, od zarania polskiej historii była drewniana. Jeszcze moja mama, jeżdżąc ze wsi na studia do Krakowa, pamięta, że wzdłuż trasy prowadzącej przez pół Jury Krakowsko-Częstochowskiej domy były drewniane, błękitno bielone.
I tej Polski już nie ma. Stare, drewniane chałupy, jako symbol wstydu i zacofania – zrównano z ziemią. Za Gomułki, za Gierka. Drewnem z nich długo palono w piecach. Z kamieni z podmurówek zrobiono podjazdy albo pobudowano komórki czy chlewy. Zaorano tę wstydliwą, prymitywną przeszłość. Przecież wstydzono się jej jeszcze przed wojną. Intelektualiści pisali felietony o „wstydliwym polskim problemie”, jakim był poziom życia chłopów w ich wiecznie zaczadzonych, zatęchłych, śmierdzących często po prostu prostych chałupach z błotem zaraz przed progiem i polepą za progiem.
Kto wie, czy tego samego losu nie podzieliły ludowe pieśni. Wymazaliśmy je ze wstydem, jak te stare chałupy.
– Tak, może tu chodzić o wstyd – mówi Natalia Kościńska, popularyzatorka projektów związanych ze Słowiańszczyzną. – W takim PRL przecież modelowym obywatelem był miastowy robotnik. Ludzie opuszczali zacofane wsie i uczyli się życia w mieście.
Tak. Moi rodzice też przenieśli się do miasta w czasach PRL. Ojciec – z przedmieść galicyjskiego miasteczka; matka – z podolkuskiej wsi. W środowisku ich znajomych, a było to środowisko technicznej inteligencji – bardzo wiele osób pochodziło z podobnych środowisk. Ja już urodziłem się w mieście, ale moja „mieszczańskość” pełna była wiejskich czy podmiejskich wzorców, z czego nie zdawałem sobie nawet sprawy, do czasu, gdy dorosłem i zacząłem u bardziej miejskich rówieśników zauważać nieco inne podejście do niektórych spraw.
– Mój dziadek, rocznik 1940, spod Kielc, wspominał, że w ciągu całego życia przeskoczył tak naprawdę od średniowiecza do XXI wieku – mówi Kościńska. – Więc było tak: wieś to bieda i zacofanie, czyli wstyd. PRL, który stawiał na edukację, wzmacniał chęć odcięcia się od wsi i niewykształconych przodków.
W PRL-u, oczywiście, promowano ludowość, ale ta ludowość była dziwna, bo odgórna. Państwowa.
– Pojawiły się Cepelie, zespoły pieśni i tańca – mówi Kościńska. – Ale było to tak, że na wieś przyjechali etnografowie z miasta i powiedzieli ludziom ze wsi, co jest sztuką ludową, a co nią nie jest. No i to wpłynęło oczywiście na tę „ludową” twórczość. To też odsunęło ludzi od dziedzictwa wsi.
To, co mówi Natalia Kościńska, potwierdza pani Maria Sierka z zachodniomałopolskiego Chechła. Śpiewa na scenach ludowe pieśni od dawna, należy do lokalnego Koła Gospodyń Wiejskich: – Przyjeżdżali etnolodzy i kazali nam wyrzucać z repertuaru piosenki bardziej rubaszne. Tak to szło na przykład: „Szedł chłop z roboty, poszedł do kobiyty, żeby mu dała – skóry na buty”. Nam tego nie było wolno śpiewać, więc śpiewaliśmy o tym, jak to się chodziło „z konewecką po wodę”.
Pytam, jak jest teraz. Słyszę: – Mamy już swoje lata i nie ma komu śpiewać, młodych to nie interesuje. Myślałam, że tak jest wszędzie, ale jak pojechałam z zespołem do Ukrainy, na festiwal, to wyjść z podziwu nie mogłam, za głowę się złapałam, ile tego było. Nasze dziewczyny się wstydziły swoich strojów ludowych, a tamci się z nimi wręcz obnosili! Ludzie siedzieli godzinami w parku i śpiewali. Wszyscy. To samo na Węgrzech. A u nas?
– Jak upadł PRL z tymi wszystkimi Cepeliami – mówi Kościńska – to zachłysnęliśmy się Zachodem, i to już był klasyczny wjazd kompleksów: wierzyliśmy, że na Zachodzie wszystko jest lepsze, że my jesteśmy zacofani, a te nasze pieśni ludowe kojarzyły się nie tylko z biedną wsią, ale i z pijanymi wujkami na jakiejś kiczowatej biesiadzie.
Tak to wyglądało i to zresztą nie tylko z polskiej strony. Jeszcze na początku XXI wieku Marcel Reich-Ranicki, polsko-niemiecko-żydowski „papież krytyki literackiej”, który miał wielki wpływ na niemieckie gusta czytelnicze, grzmiał, że pisarz Andrzej Stasiuk, który zamiast opiewać polską drogę do nowoczesności grzebie się w jakimś galicyjskim błocie i opisuje prowincję – to „ciemnogród i powrót do średniowiecza”.

Dlaczego wstydzimy się wsi
– Dlaczego nie śpiewamy? Tak, najprościej byłoby powiedzieć, że ze wstydu – zastanawia się Dorota Majkowska-Szajer antropolożka kultury z Muzeum Etnograficznego w Krakowie. – Bo tradycja wiąże się z niechcianą spuścizną po przodkach: wiejskich, biednych, wstecznych. Zerwaliśmy z tym, co uznawaliśmy za przaśne, zacofane, ograniczające nasze aspiracje. Porzuciliśmy to jak niemodne ubranie. A teraz nie wiemy, co mielibyśmy wspólnie śpiewać, nie czujemy konwencji.
Jeszcze dalej idzie Adam Leszczyński, historyk, socjolog i autor znanej książki „Ludowa historii Polski”: – Polski chłop był traktowany bardzo długo, właściwie aż do powstania nowoczesnych nacjonalizmów, jak osoba innego gatunku – mówi Leszczyński. – Osoba fizycznie odmienna od »Polaków właściwych«, za jakich uważała się szlachta. Chłopska spuścizna to było dla niej coś w rodzaju kultury dzikiej. A po szlachcie przejęła tę perspektywę polska inteligencja, która zawsze aspirowała do szlacheckiej kultury. No i awans automatycznie oznaczał pozbycie się chłopskich korzeni.
– Polecam książkę „Totem inteligencki” socjologa Tomasza Zaryckiego – mówi Leszczyński. – Jej teza jest taka, że hegemonia inteligencji w Polsce jest prostym przedłużeniem kultury szlacheckiej. I że członek polskiej elity musi być zawsze inteligentem. A jeśli ktoś jest, powiedzmy, mechanikiem i zarabia więcej od inteligenta – to i tak się czuje gorszy.
To właściwie zjawisko uniwersalne: warstwy uznawane za niższe zazwyczaj aspirują do statusu lokalnych warstw uznawanych za wyższe, nawet wtedy, gdy wydaje się to bardzo mocno niewłaściwe: po obaleniu apartheidu wielu czarnoskórych obywateli RPA przejęło część obyczajów, które do tej pory kojarzyły się głównie ze stylem życia białych.
Rzecz w tym, że takie przejmowanie wcale nie musi łączyć się z zupełnym odrzucaniem swojej dawnej czy „bazowej” kultury. A tak przecież było na linii chłop–polski inteligent.
- Pokolenie powojennego awansu świadomie odwróciło się od tego, co wiejskie – twierdzi Kościńska. – Zerwało łączność z przodkami i ziomkami. Ale do zaniku łączności z tradycją przyczyniły się także działania systemowe. PRL udawał, że promuje kulturę ludową na salonach i na stadionach, ale tak naprawdę prowadził przede wszystkim politykę unifikacji. Czyli gorzej się działo kulturom lokalnym, bo mniejszości były podejrzane. Polska miała być krajem jednolitym etnicznie. A potem był rok 1989, transformacja i kult wielkomiejskości, które ugruntowały w mieszkańcach małych miejscowości i wsi przekonanie, że żyją tam, gdzie nic ciekawego się nie dzieje. I że trwając przy swoim, hamują postęp.
Ale czy postęp koniecznie musi znaczyć oderwanie się od ludowej kultury? Większość europejskich krajów bardziej rozwiniętych niż Polska nie ma problemów ze swoją własną tradycją, odwrotnie: wkomponowuje ją we własną nowoczesność. Czy taka Japonia straciła coś ze swojej starej kultury, gdy podlegała modernizacji? Przeciwnie – sprawiła, że jej wyjątkowa kultura podbiła świat. A przy okazji nie zamknęła się przecież na wpływy zewnętrzne, tworząc niesamowite połączenie starego i nowego, swojego i obcego.
Podhale i Podlasie – tam się jeszcze spontanicznie śpiewa
Ale czy chodzi wyłącznie o wstyd? Pisarz Wit Szostak, który swego czasu podróżował po polskiej prowincji i zbierał ludowe utwory, zwraca uwagę na jeszcze inne sprawy: – Czytałem kiedyś, że zanik śpiewu związany jest z podziałem na katolicyzm i prawosławie. Organy wyparły śpiew, zwłaszcza męski, bo w kościołach śpiewają głównie starsze kobiety. A brak kultury śpiewu wśród facetów może – na przykład – przekładać się na wstyd przy ognisku.
– Zwróciłbym też uwagę na repertuar – dodaje Szostak. – W polskim folklorze jest stosunkowo mało pieśni lirycznych. Było wiele pieśni powiązanych z obrzędami kościelnymi, ale to nie na ognisko. Poza tym polska muzyka ludowa stoi przyśpiewkami: czterowersowe krótkie formy, śpiewane jako przerywniki do oberka lub innych tańców, a te by się źle śpiewało przy grillu czy ognisku. Mało mamy takich piosenek. Musiałyby mieć kilka zwrotek i chwytliwy refren, który powtarzają wszyscy. Więc może problem jest muzykologiczny, a nie socjologiczny – zastanawia się pisarz.
Andrzej Stasiuk nazwał kiedyś oberek „polskim pra-techno”. „Myślę, że wynalazek oberka, najbardziej polskiego z polskich tańców, był podświadomą reakcją ludu na niewolniczą opresję. Kolista, spiralna, obsesyjna nuta tego tańca miała nieść wyzwolenie i zapomnienie” – pisał w zbiorze felietonów „Nie ma ekspresów przy żółtych drogach”.
Cóż poradzić: gdyby to nasza „oberkowatość” faktycznie była głównym powodem naszego braku znajomości własnych pieśni, to bylibyśmy bardziej kulturą, nazwijmy to, „techniawki” niż nastrojowych ballad, ciekawych aranżacji muzycznych opowieści i dobrych tekstów.
Zapytałem o to Stasiuka. Odpowiedział tak:
– Pisałem o oberku jako o polskim tańcu szamańskim, który uwalniał lud od błota i stodoły i przenosił w jakąś lepszą rzeczywistość. Dawał zapomnienie. Taki polsko-chłopski trans. Więc, tak, jakoś blisko techno. Ale muzycznie to chyba ślepa uliczka, bo tego nie dało się za bardzo rozwinąć. Jak z całą polską muzyką ludową. W odróżnieniu na przykład od ukraińskiej czy irlandzkiej. A z oberkiem jest tak, że kręcisz się, odlatujesz, z powrotem jeb na ziemię i kac. Istotą oberka jest zdaje się to, że można go tylko grać coraz szybciej i szybciej. Do zatracenia. Najbardziej polski ze wszystkich polskich tańców. Nie tam jakiś pieprzony polonez. A może zresztą w tym tkwi idea? W tym napięciu między oberkiem a polonezem? Dwubiegunówka polska?
Oberek teraz zresztą wraca. Zainteresowani własną ludową kulturą ludzie, najczęściej młodzi, wyzbyci już ludowego kompleksu rodziców, próbują nadać oberkowi drugą młodość. Byłem kiedyś na takiej imprezie w Lublinie: oberka wywijali młodzi i starzy, hipsterzy i alternatywki oraz ludzie ubrani jak Sławomir Mentzen. Na imprezę zaproszone były panie z lokalnych zespołów ludowych: skończyłem siedząc między nimi i zawodząc razem z nimi teksty, których nauczyłem się od nich przed chwilą i o których nie miałem wcześniej zielonego pojęcia. Były to piosenki lokalne, z terenów nadwiślańskich, spomiędzy Radomia, Kielc i Lublina.
Co by razem z tymi paniami miał śpiewać góral? Albo Kaszuba? Może w tym jest też część problemu: pieśni „ogólnopolskie”, spajające naród, wywodziły się przecież raczej z tradycji szlacheckiej, być może inteligenckiej: narodowo-wyzwoleńczej, rewolucyjnej czasem.
– Tak naprawdę to przecież znaleźlibyśmy i w Polsce miejsca, gdzie się spontanicznie i wspólnie śpiewa – mówi Dorota Majkowska-Szajer. – To Podhale i Podlasie. Poza tym, znów upraszczając, wydaje się, że śpiewaniu sprzyjają trwałość poczucia lokalnej wspólnoty i siła rodzinnych więzi. A przynależność do wspólnoty bywa opresyjna – trzeba się liczyć z opinią grupy, podporządkować konwencji. Wie to każdy, kto przeżył choćby przymus dobrej zabawy na polskim weselu – to chyba ostatni polski żywy rytuał. W byciu razem jest i frajda, i opresja, i poczucie bezpieczeństwa, i konieczność dostosowania się. Podobnie jak we wspólnym śpiewaniu. Może faktycznie jesteśmy narodem solistów?
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.



















