Nazywano ich werchowyńcami bądź hyrniakami. Za zachodnich sąsiadów mieli Łemków, od wschodu Hucułów. Choć wszystkie te grupy etniczne zamieszkujące Karpaty są zaliczane do Rusinów, to o Bojkach wiadomo najmniej.
Nie ma jednej teorii wyjaśniającej pochodzenie ich nazwy. Iwan Franko twierdził, że słowo bojko pochodzi od „wojownika”. XIX-wieczny ukraiński językoznawca Iwan Werchacki uważał, że od słowa boje, co w dialekcie znaczy „tak po prostu”. Możliwe też, że jest to przezwisko nadane przez sąsiadów od słowa oznaczającego „upartego wołu”. Najczęstszy pogląd głosi, że Bojkowie są potomkami Wołosów: pasterzy, którzy setki lat temu przybyli w Karpaty z Półwyspu Bałkańskiego.
W latach 1918-39 Bojkowszczyzna była w granicach II RP. Po 1945 r. część tych ziem anektował Związek Sowiecki. Z tego, co zostało w Polsce, ludność rusińską (nazwijmy ją tak, gdyż nie wszyscy utożsamiali się z narodem ukraińskim) wysiedlano początkowo do Związku Sowieckiego. Potem, w akcji „Wisła”, do północnej i zachodniej Polski.
Nie był to koniec wydarzeń, które wstrząsnęły Bojkami. A ich ciąg dalszy ma miejsce dziś.
Rok 1951: wygnanie Bojków z Liskowatego do Donbasu
W 1951 r. Moskwa narzuciła Warszawie umowę o tzw. korekcie granicy: pojałtańska Polska musiała oddać ziemię, w której znaleziono złoża węgla (część województwa lubelskiego), a Stalin przekazał za to kawałek Bieszczad: Ustrzyki Dolne i okoliczne wsie. Administracyjnie była to część obwodu drohobyckiego, a historycznie – Zachodniej Bojkowszczyzny.
Zanim administracja PRL objęła ten teren, władze sowieckie wysiedliły przymusowo Bojków w głąb sowieckiej Ukrainy. Z kolei przed oddaniem Sowietom okolic Sokala władze PRL wysiedliły stamtąd przymusowo ludność polską – część na ziemie poniemieckie, a część w Bieszczady, do opuszczonych niedawno chałup.
Tak do Donbasu trafili również Bojkowie, którzy od pokoleń żyli w Liskowatem koło Krościenka nad Strwiążem. W 1939 r. populacja tej wsi liczyła 1870 osób (w tym 20 Polaków i 30 Żydów).
Wywieziono ich w samą „Trójcę” – w obrządkach wschodnich dzień Zesłania Ducha Świętego i zarazem Świętej Trójcy. Osadzono w okolicy Bachmutu (wtedy Artiomowsk): we wsiach Zwaniwka, Rozdoliwka i Werchno-Kamiańskie.
Rok 2025: ewakuacja z Donbasu na Ziemię Lwowską
Wspomnienia wygnańców, budujących swoje życie na nowo, a także historia regionu znalazły schronienie w książce „Bojkowszczyzna-Donbas”. Napisała ją, wraz z mężem i córką, Nadia Tutowa. Jej rodzice zostali zesłani do Donbasu w 1951 r.

Spotykam ją w Nowym Rozdole – miasteczku położonym między Lwowem a Stryjem, ponad 1000 km od wsi, w której się urodziła, a do której zbliża się front. To on zmusił potomków wysiedleńców z 1951 r. do podzielenia losu ojców i dziadów. Ewakuowani, trafili m.in. tutaj, do Nowego Rozdołu.
Rozmawiamy w miejskiej bibliotece. Towarzyszy nam troje innych uchodźców spod Bachmutu: starsze małżeństwo Nadia i Stanisław Gliwiak oraz Wołodymyr Styraniec. On małomówny, choć także z głową pełną wspomnień własnych i usłyszanych od rodziców, którzy pamiętali Liskowate.
Nostalgiczne wspomnienia o bieszczadzkiej wsi
Bo w Liskowatem było pięknie.
– Las wokół, tyle zieleni i łąk, gdzie wypasano krowy. Tam był dom, tam wszystko było. Tam była góra Kiczera – mówi Nadia Gliwiak. – Na Kiczerę chodziło się na grzyby i jagody.
– A jak wesoło chodziło się z kolędą! – dodaje mąż Stanisław. – Wszystko to opowiadali nam rodzice, a my naszym dzieciom. W Boże Narodzenie siano kładło się i na stole, i pod nogami. Na tym stole miało być koniecznie dwanaście potraw. Rozsypywało się trochę orzechów, a dzieci biegały po izbie, gdacząc, żeby kury dobrze niosły.
Nadia: – Ulubionym wspomnieniem mojej mamy było to, jak niemal każdego wieczoru w Liskowatem ludzie zbierali się u kogoś w chacie, żeby wspólnie śpiewać. Razem muzykowali, tańczyli, wioska zawsze pełna była muzyki!
Wertep i pisanki: bojkowskie zwyczaje
W Liskowatem zostały bojkowskie chaty, sady i mogiły przodków. Oraz cerkiew. Wygnańcom, którzy musieli wsiąść ze skromnym dobytkiem do wagonów jadących na wschód, prócz wspomnień zostało dziedzictwo niematerialne.
Charakterystycznym elementem kultury bojkowskiej, rozpowszechnionym także w Ukrainie, jest wertep: bożonarodzeniowe przedstawienie kolędnicze. Wertep dosłownie oznacza betlejemską jaskinię, w której Jezus przyszedł na świat.
W przywiezionym z Liskowatego scenariuszu są postacie: Anioł, Pastuchowie, Żyd i Żydówka, Herod i Żołnierze, Rabin, Setnik, Śmierć i Trzej Królowie. W donieckich wsiach, gdzie zamieszkali Bojkowie, do lutego 2022 r. odbywały się festiwale wertepów. Ich uczestnicy zjeżdżali z całego kraju.

Inny zwyczaj, opisany w książce „Bojkowszczyzna-Donbas”, to malowanie pisanek. Traktowane z powagą: nie można było zabierać się za ten rytuał, uprzednio nie umywszy się i nie włożywszy najlepszego ubrania. Do zdobienia jajek przystępowano w piątkowy wieczór, przy świecy. Tego dnia nie wolno było się kłócić ani patrzeć w lustro. Miejsce pracy skrapiano święconą wodą.
Bojkowskim elementem zdobniczym były krywulki, fale symbolizujące nić życia, płynącą wodę i wieczność ruchu słońca. Święcone jajka miały chronić przed burzą i ogniem, a rozdrobnione z zieloną jeszcze pszenicą i zakopane w ziemi w dniu świętego Jury miały dać urodzaj.
Jak wygląda dzisiaj wieś Liskowate
Gdy powstała niepodległa Ukraina, Cerkiew greckokatolicka wyszła z podziemia. W każdej z trzech wiosek mieszkańcy zbudowali świątynię. W Zwaniwce powstał nawet klasztor.
Jeśli zaś idzie o cerkiew Narodzenia NMP w Liskowatem: jej budowę – w klasycznym bojkowskim stylu, reprezentowanym dziś w Polsce przez tylko trzy świątynie – przypisuje się uzdolnionym cieślom: Iwanowi Rakowi i Wasylowi Tymczakowi. Datowana jest na rok 1832, choć niektórzy sugerują, że może być z wieku XVII.
Szczęśliwie nie podzieliła losu wielu cerkwi w tym rejonie, zrujnowanych. Po wysiedleniu Bojków służyła w PRL-u początkowo jako magazyn i obora dla owiec. Potem, zanim nie zbudowano tu małej rzymskokatolickiej kaplicy (parafia jest w Krościenku), używali jej nowi mieszkańcy, Polacy. W 2021 r. wieś liczyła 187 osób.
Cerkiew jest dziś zamknięta (wpisano ją na listę zabytków Szlaku Architektury Drewnianej). Zabytkowe ikony z Liskowatego są dziś w zbiorach Muzeum Narodowego we Lwowie. Trafiły tam prawdopodobnie w latach 30. – jak wiele innych cennych obiektów wiejskiej sztuki sakralnej, z inicjatywy założyciela tego muzeum, greckokatolickiego arcybiskupa Andrija Szeptyckiego.
Dlaczego warto ocalić jak najwięcej wspomnień
Co było dla Nadii Tutowej impulsem, by zagłębić się w historię?
– Trzynaście lat temu zabraliśmy mojego tatę, dziś już nieżyjącego, do Liskowatego – wspomina. – On zawsze o tym marzył, by tam pojechać, a to długa droga. Gdy zobaczyłam go na jego rodzinnej ziemi, jak jest mu bliska, gdy padł na kolana przed cerkwią i zaczął całować ziemię, pojęłam, że trzeba ocalić jak najwięcej wspomnień. Dla potomków, żeby znali swoje pochodzenie.
Bo wśród żywych nie ma już niemal nikogo z wysiedlonych w 1951 r.
Tutowa: – Razem z mężem, Petrem, który był historykiem i prawnikiem, zaczęliśmy zbierać materiały. O Zachodniej Bojkowszczyźnie, historii Kościoła greckokatolickiego i cerkwi w Liskowatem. Spisywać tradycje, zwyczaje i święta, zachowane ustne przekazy.
Nadia Tutowa: – Tata miał na imię Oleksij. W 1951 r. służył w armii sowieckiej, a gdy został zwolniony z wojska, nie wrócił już do Liskowatego, lecz do Rozdoliwki w Donbasie, gdzie czekali na niego rodzice. Jego tata, a mój dziadek, nie wspominał Liskowatego inaczej niż słowami: u nas w domu. Nawet jeśli Donbas stał się jego nowym domem, a dla kolejnych pokoleń jedynym, jaki znały.
Rok 2025, Nowy Rozdół: rodzinne wspomnienia
– Dziadek dom miał jeden – wspomina Nadia. – On służył przed wojną w polskiej armii, pięknie mówił po polsku. Drugiego dziadka zesłali na Sybir w 1947. Nie chciał iść do kołchozu, miał dużo ziemi i rolniczego sprzętu. Takich zsyłali. Jeszcze się nie pali, mówił, pójdę w przyszłym tygodniu, zdążę ziemię obrobić. Nie zdążył, zabrali go rano.
– On biedny był, pół morga ziemi u niego było. Ciotka mi mówiła – polemizuje Wołodymyr.
– Za to u mojej babci było kilka koni i też ziemia, na którą miała papiery, ze złotymi literami i polską pieczęcią – dodaje Stanisław. – Babcia umarła, jak miałem sześć lat. Papiery nic nie warte, ale pamiątkowe. Bawiłem się nimi w dzieciństwie, potem przepadły.
– Tam zabrano wszystko naszym ojcom. Teraz my wszystko tu straciliśmy. Wyszło, że tułamy się po świecie jak Cyganie – mówi Wołodymyr.

Większość ich dobytku, a także pamiątek, jest dziś pod gruzami wsi zniszczonych przez Rosjan. Werchno-Kamiańskie i Rozdoliwka są już pod rosyjską okupacją. Zwaniwka, w dużym stopniu zrujnowana, wciąż jest po stronie ukraińskiej, ale Rosjanie robią postępy w jej kierunku.
– Zostało tylko to, co w głowie – mówi Nadia Gliwiak. Uchodząc przed armią Putina, zostawiła pamiątki po rodzicach: starą maselnicę, obrzędowy ręcznik, koszule-wyszywanki. Nie sądziła, że już tam nie wróci. Tylko kilka zdjęć rodzinnych udało się jej ocalić.
– A u mnie zostało trzypokojowe mieszkanie w Bachmucie – mówi Wołodymyr.
Donbas, kilka dekad wcześniej: miejscowi i przybysze
Przybywając w 1951 r. do donieckich wsi, Bojkowie trafiali w środek obcej im kultury. Wyzywano ich od banderowców. Śmiano się z języka (z czasem zaczęli przyswajać rosyjski). Początkowo dopuszczano ich tylko do najprostszych prac. W dniach, gdy wypadało ich święto, nie szli do pracy i za to byli karani. Tak samo za kolędowanie. Inny był nawet humor bojkowski od tutejszego.
Różnice widać, jak słyszę z opowieści, także na wiejskim cmentarzu w Zwaniwce. Z jednej strony: miejscowi prawosławni (bądź tzw. chrześcijanie kulturowi, takich było w Donbasie wielu), chowani głową na zachód. Z drugiej: greckokatoliccy Bojkowie, zwróceni głową na wschód.
Inny był olej używany do gotowania. W Donbasie słonecznikowy, gdy ludzie z Liskowatego przywykli do lnianego lub konopnego.
Wielu początkowo chorowało. Może z tęsknoty, a na pewno ze zmiany klimatu: z wilgotnego górskiego przybyli w suchy stepowy.
Nadia Tutowa: – Andrij Jacynicz, brat mojej babci, wyjątkowo źle zniósł tę zmianę. Długo leżał w Doniecku w szpitalu. W końcu pozwolono mu wyjechać. Rzecz jasna nie mógł wrócić do Polski, więc osiadł z rodziną niedaleko, w rejonie Chyrowa. To blisko Liskowatego. Zamieszkali 10 km od granicy. Stąd widzieli rodzime góry, którymi biegnie granica.
Dodaje: – Mimo konfliktów, miejscowi pomagali też w adaptacji, w końcu musieli razem żyć. Potem zaczęto nawiązywać przyjaźnie. Już w 1953 r. moja ciotka Hanna wyszła za miejscowego, to było pierwsze takie mieszane małżeństwo. Petro, mój mąż, zmarły tuż przed pełnoskalową wojną, też był miejscowym Ukraińcem.
– Jednak wysiedleńcy nie zostali zasymilowani w pełnym tego słowa znaczeniu – uważa Nadia. – Częściej to miejscowi przejmowali część ich zwyczajów.
Uciekinierzy ze Zwaniwki rozproszyli się po Ukrainie
Dlaczego ich potomkowie, uciekający dziś przed wojną, osiedli właśnie pod Lwowem?
– Najpierw ze wsi wyjechały nasze dzieci z wnukami. Niektórzy do Kijowa, inni do Krzywego Rogu. A niektórzy aż tu, do Rozdołu. Albo do Chyrowa i okolic. Rozproszyliśmy się – mówi Nadia Gliwiak.
– A synowie poszli na wojnę – dodaje.
Dziś w Nowym Rozdole mieszkają 34 rodziny przybyłe z rejonu (powiatu) bachmuckiego.
Pod wodzą Nadii Tutowej działa tu oddolna inicjatywa: wspiera uchodźców wewnętrznych, angażuje ich w akcje pomocy dla wojska (jak plecenie siatek maskujących).
Spotkanie w Kramatorsku, lato 2025 roku
Chciałam pojechać do wsi, w których Bojkowie i ich potomkowie żyli w Donbasie. Jednak to było niemożliwe, front był zbyt blisko.
W Kramatorsku, który jest centrum administracyjnym tej części obwodu donieckiego, jaka pozostaje pod kontrolą Ukrainy, spotykam za to w sierpniu Aleksandra Biłyckiego. Jest przewodniczącym hromady (odpowiednik gminy), do której należy Zwaniwka.
Także on jest etnicznym Bojkiem: pradziadowie, Hanna i Fedor Bandriwscy, w 1951 r. wraz z maleńkimi dziećmi trafili do Zwaniwki. Ale nie ta nazwa figurowała w dokumentach. Wysiedleńcy byli przypisywani lokalnym kołchozom, tłumaczy Biłycki. W przypadku Zwaniwki był to kołchoz „Artioma”.
– Bez znajomości historii nie będzie przyszłości – jest przekonany Biłycki. Przez lata współorganizował festiwale wertepów, przewodniczył inicjatywom skierowanym do ludzi młodych, aby przybliżyć im ich korzenie.
Teraz, gdy hromada została oficjalnie ewakuowana, stara się kontynuować tę pracę na odległość. Jest w kontakcie ze sporą częścią uchodźców, rozsianych po całym kraju. Dzieci z hromady spędzają teraz czas na koloniach w Karpatach i innych częściach Zachodniej Ukrainy, aby odpoczęły.
– Robimy wszystko, żeby miały jakiekolwiek wspomnienia z dzieciństwa – mówi Biłycki. Nie tylko wojnę i ucieczkę z domu.
Bojkowska pieśń o wygnaniu
Słuchając opowieści o rozśpiewanym Liskowatem i zabranym ze sobą do Donbasu zamiłowaniu do muzyki, nie sposób pominąć pytania: czy tęsknota za rodzimą ziemią wyrażała się także w pieśni?
Bo nietrudno sobie wyobrazić, jakim szokiem musiała być zmiana górskiego krajobrazu, będącego częścią bojkowskiej kultury i tożsamości, na doniecki step.
We wspomnieniach o roku 1951 zachował się wielki płacz. Obrazy ludzi całujących ziemię, przyciskających jej grudki do serca. Oraz powstała później, już w Donbasie, „Pieśń o wysiedleniu”:
W górach się rodziliśmy, w górach mieliśmy żyć,
Ale umyślili rusińskich ludzi wywozić.
W niedzielny poranek dzwonią dzwony,
Pędzą ukraiński naród zgromadzony.
Zganiają wszystkich, zganiają do szkoły
I każą ludziom porzucić ich góry.
Porzućcie góry, łąki i doliny,
Bo my was wieziemy do wschodniej Ukrainy.
Wieziemy do Donbasu, na bagna, na stepy,
Naszą ziemię rodzinną zabiorą Polacy.
W niedzielny poranek wstaje słoneczko,
Ukraiński naród do wagonów jest gnany.
Pociąg kołysze się w dalekiej drodze,
Niech jeszcze raz spojrzę na góry rodzime.
Niech wspomnę kraj rodzinny i gaje zielone,
Bo teraz żyć będziem już na obcej stronie.
Postscriptum: Zwaniwka, jesień 2025 roku
Czwartek, 23 października. Ukraińska prokuratura podaje na Facebooku, że rosyjscy żołnierze wkroczyli do Zwaniwki i zastrzelili pięcioro cywilów, którzy ukrywali się w piwnicach (ludzie ci najwyraźniej nie chcieli się ewakuować).
Informację o tym przekazała 57-letnia kobieta, która była w tej grupie – ranna w głowę, przeżyła i po odejściu Rosjan dotarła do ukraińskich pozycji. W masakrze straciła męża i dwóch synów.
Kolejny rozdział tej historii się zamyka.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















