Naprawdę nie zmyślam: w pociągu londyńskiej kolei podmiejskiej, wypełnionym o tej porze niemal wyłącznie fanami futbolu, zobaczyłem młodego mężczyznę czytającego „Człowieka w poszukiwaniu sensu”. Jeśli, jak ja i większość współpasażerów, udawał się na mecz Tottenhamu, nie mógł wziąć na drogę lepszej lektury. Chcecie wiedzieć, dlaczego?
Dziesięć tysięcy pint na minutę
Z wysokości trybun supernowoczesnego Tottenham Hotspur Stadium widać dużo więcej niż w telewizji. Zgoda: nie ma powtórek i zbliżeń na twarze zawodników. Kiedy sędzia z powodu zagrania ręką nie uznaje drugiej bramki Erlinga Haalanda, a decyzję weryfikuje asystent wideo, przez dobrych kilka minut nie wiadomo, co się naprawdę wydarzyło i czy analizowanie tej sytuacji faktycznie musi trwać aż tak długo. Szalejący przy linii bocznej trener Manchesteru City Pep Guardiola przypomina z tej odległości piłeczkę, odbijającą się chaotycznie o przeszklone ściany boksu do squasha, a co do znieruchomiałego szkoleniowca Tottenhamu Ange’a Postecoglou z kolei – długo nie jest jasne, czy to naprawdę on, czy może jego kartonowa podobizna. I pytanie tylko, co można przy jej pomocy zareklamować, bo chyba jednak nie przepis na wygrywanie.
Słowo „zareklamować” jest tu nie od rzeczy, bo z wysokości trybun widać głównie to, że ten stadion służy do zarabiania pieniędzy – i że owo zarabianie odbywa się na nim z porażającą sprawnością. Mistrzostwami i pucharami wprawdzie Tottenham od lat nie może się pochwalić, ale za to szczyci się aż dwupiętrowym supermarketem z pamiątkami. Oraz najdłuższym w świecie piłki, bo ciągnącym się wzdłuż całej linii końcowej boiska, 65-metrowym barem, przy którym można napełnić ponoć 10 tysięcy pint na minutę. Rozliczne inne stoiska spożywcze, budki służące dystrybucji gadżetów i programów meczowych… w sumie działa tu 878 punktów sprzedaży bezgotówkowej. Czy mam jeszcze dodawać, że choć forma koreańskiego kapitana drużyny Heung Min Sona nie może się ostatnio ustabilizować, to i tak klub przedłużył z nim kontrakt, bo azjatyccy turyści zwiększają sprzedaż koszulek z jego nazwiskiem na plecach do blisko tysiąca w dniu meczu?
Powiedzieć w tym kontekście, że dominujący nad jedną z najbardziej zaniedbanych dzielnic Londynu stadion wygląda jak statek przybyszów z obcej planety, to nic nie powiedzieć – i lepiej chyba w tym miejscu postawić kropkę, zanim zacznie się komplikować obraz, przypominając, ile dzięki tej inwestycji powstało miejsc pracy i o ile bezpieczniej można się czuć w okolicy w porównaniu np. z poprzednią dekadą. Bo choć można skwitować całą tę historię frazą o niegodziwości świata, w którym bezwzględni kapitaliści monetyzują ślepą miłość kibiców, to może lepiej zobaczyć ich nie jako przybyszów z obcej planety, ale jako przypływających na imponującej karaweli konkwistadorów. Owszem, niszczących kulturę, do której przybyli, ale również oferujących coś w zamian.

Najbardziej hipsterski klub w Londynie
Nie wiem, co widać z wysokości trybun mającego już swoje lata Champion Hill, bo w ogóle nie musiałem na nie wchodzić: ćwierćfinał przeznaczonego dla drużyn nieprofesjonalnych London Senior Cup, między Dulwich Hamlet a młodzieżówką Charlton Athletic, oglądałem stojąc metr od linii bocznej. W pociągu, który mnie przywiózł na pobliską stację, nikt nie oddawał się filozoficznym lekturom, a jeśli fani futbolu rozpoznawali we współpasażerach piłkarzy, których za kilkadziesiąt minut mieli dopingować, szanowali ich prywatność: wszystko wydawało się równie proste jak komunikat stadionowego spikera, że tego wieczora przybyło tu 556 kibiców i 7 psów (był środek tygodnia – w weekendy frekwencja wzrasta do kilku tysięcy). Może tylko to jedno powinienem był wcześniej wiedzieć – że po deszczu w trosce o stan obuwia lepiej omijać alejki pobliskiego parku, a zamiast tego przeciąć parking supermarketu i skrócić sobie drogę przez myjnię samochodową.
Podobnie jak w północnym Londynie, tu na południu mecz również odbywa się przy sztucznym oświetleniu, ale jedynymi kamerami, które zostaną włączone na czas spotkania, będą te, z których zapis posłuży później trenerom jako materiał szkoleniowy. „Dulwich Hamlet nie będzie transmitowany przez telewizję” – głosi dumnie graffiti przy toaletach; baner za jedną z bramek apeluje o niekupowanie tabloidu „The Sun”, a inny potępia pasożytujące na współczesnym futbolu mroczne zjawisko bukmacherki. Fanów Dulwich Hamlet nie bez racji nazywa się najbardziej hipsterskimi w mieście.
Miejscowa drużyna występuje na siódmym poziomie rozgrywkowym, a w zarządzie klubu zasiadają przedstawiciele kibiców. Tylko część zawodników otrzymuje jakieś minimalne startowe, większość pracuje w swoich zawodach, a czasem drużynę wspierają juniorzy wypożyczeni z silniejszych klubów. Co w świecie futbolu na tym poziomie nieoczywiste, ale co w Dulwich z dumą się podkreśla – w piłkę grają tu zarówno mężczyźni, jak i kobiety. Publiczność także jest zróżnicowana: różowo-czarne szaliki nabyte w otwieranym na kilkadziesiąt minut przed meczem baraczku (przyznajmy: to również punkt sprzedaży bezgotówkowej…) noszą i ci, którzy wspierają Dulwich od dekad, i ci, którzy do gentryfikującej się okolicy przybyli niedawno: młodsi i pozbawieni rzekomo typowych dla świata futbolu uprzedzeń. To ci ostatni zaczęli przynosić na trybuny transparenty wymierzone w faszyzm i homofobię, to oni zaangażowali autorytet klubu w kampanie społeczne wspierające banki żywności czy pracowników bankrutujących kin.
W kontekście tych wszystkich informacji jedno z haseł fanów Dulwich Hamlet, „Nikt o nas nie słyszał, ale mamy to gdzieś”, wydaje się głęboko niesprawiedliwe.

W Premier League sport leży na ołtarzu biznesu
O budowie nowego stadionu Tottenhamu słyszało wielu, nie tylko w świecie futbolu. Powstał w miejscu starego obiektu; jak w wielu klubach, także i tu uznano, że do dalszego rozwoju trzeba zwiększyć dochód z biletów. Pojemność trybun wzrosła z 36 do ponad 62 tysięcy i trzeba przyznać: dziś w Europie mało jest stadionów równie imponujących. Widok z każdego krzesełka jest znakomity, akustyka wspaniała, komfort zapewniony zarówno przeciętnemu kibicowi, jak i wynajmującym superluksusowe loże VIP-om, a nawet dziennikarzom (choć tu akurat nie wiem, czy inwestycja się zwraca: nawet świetnie nakarmieni w biurze prasowym nie chcą pisać o Tottenhamie życzliwiej…). Efekt? Dochody z dni meczowych wynoszą ponad 117 mln funtów rocznie, dzięki czemu klub na liście najbogatszych w świecie wspiął się już na ósme miejsce.
Politycy odpowiedzialni za rozwój północnego Londynu – niewykluczone, że zamieszki, które wybuchły tu w 2011 r., po tym jak policja zastrzeliła podczas pościgu czarnoskórego chłopaka podejrzewanego o handel narkotykami, przyspieszyły tylko wydanie zgód na gigantyczną przebudowę – powiedzieliby pewnie, że gra była warta świeczki. Jednym z entuzjastów projektu był zresztą obecny szef brytyjskiej dyplomacji David Lammy, członek Izby Gmin z okręgu Tottenham. Z drugiej strony na ołtarzu rozwoju ofiarę musiało złożyć kilku lokalnych przedsiębiorców, zmuszonych do sprzedaży gruntu pod o wiele większy od poprzedniego stadion. Najdłużej opierający się, a nawet procesujący się z klubem właściciele fabryczki działającej tu od kilku pokoleń poddali się po tajemniczym pożarze. Obiekt zburzono i wybudowano w jego miejsce nowy, a w międzyczasie drużyna grała na wynajmowanym Wembley.
Opisując sportowe losy Tottenhamu w tamtym okresie można postawić tezę, że inwestycja w stadion wyhamowała rozwój samej drużyny – pod trenerem Mauricio Pochettino zespół walczył nawet o mistrzostwo Anglii, a w 2019 r. zagrał w finale Ligi Mistrzów, ale zdarzyło się takie okienko transferowe, w którym nie zasilił go ani jeden nowy zawodnik. Zbyt długo grający razem piłkarze zwyczajnie się wypalili, a za kryzys ich formy zapłacił posadą najlepszy szkoleniowiec w najnowszych dziejach klubu.
Chociaż tyle, że sympatycznemu Argentyńczykowi dane było wiosną 2019 r. poprowadzić drużynę podczas meczu otwarcia Tottenham Hotspur Stadium – podobnie zresztą jak w niezapomnianym spotkaniu pożegnalnym na starym obiekcie, w maju 2017 r., kiedy w trakcie ostatniego wyjścia na murawę wielu klubowych legend niebo nad stadionem ozdobiła tęcza. Dziś jednak czas jego pracy w północnym Londynie jest już tylko historią – podobnie jak czas wychowanka i najlepszego strzelca w dziejach Tottenhamu, zachwycającego teraz golami dla Bayernu Harry’ego Kane’a.
Choć lata gry Kane’a w północnym Londynie upamiętnia mural zdobiący kamieniczkę przy jednej z dróg wiodących ze stadionu na stację kolejki, to także on opuszczał północny Londyn z niedosytem, bo przecież bez żadnego trofeum. I Kane, i Pochettino musieli się zastanawiać, czy prezes Tottenhamu Daniel Levy w sportową stronę przedsięwzięcia inwestuje równie ochoczo jak w komercyjną.
Dulwich Hamlet w siódmej lidze: nie chcemy awansować
Na Champion Hill mają inne priorytety. Owszem, zdarzyło się, że do klubowego zarządu dołączył były reprezentant Anglii i celebryta Peter Crouch, na początkowym etapie kariery wypożyczony z Tottenhamu właśnie do Dulwich Hamlet – ale grzecznie mu podziękowano. Oczywiście fakt, że w dramatycznym dla futbolu okresie pandemii taka gwiazda wyraziła zainteresowanie zespołem z piłkarskich nizin – i że na fali jej zainteresowania zorganizowano mające przyciągnąć wielką widownię reality show – mógł być pomocny, fani jednak od początku nie kryli sceptycyzmu. I nie chodziło tylko o to, że czuli się traktowani przedmiotowo w kreowanym przez media obrazie ubogich krewnych wspieranych przez bogatego wujka. Crouchowi zarzucali też występy w reklamach zachęcających do hazardu – podczas gdy oni sami angażują się w kampanię mającą doprowadzić do zakończenia relacji sponsorskich między światem futbolu a branżą bukmacherską. A oprócz tego tłumaczyli, że wcale nie chcą, by ich klub zaczął piąć się w górę ligowej piramidy. Teraz czują się na Champion Hill u siebie (zwłaszcza że obronili to miejsce przed zakusami deweloperów, w batalii o zachowanie sportowego charakteru terenu zyskując wsparcie burmistrza Londynu i lokalnej parlamentarzystki), ale gdyby, odpukać, zaczęli zbyt często wygrywać i wywalczyli awans do rozgrywek w pełni zawodowych, wymogi profesjonalizmu nie tylko zniszczyłyby rodzinną atmosferę w klubie. Podróże na mecze wyjazdowe generowałyby wyższe koszta niż wyprawy po okolicy, a przede wszystkim – ligowe przepisy, zabraniające spożywania alkoholu w miejscach widocznych z murawy, ograniczyłyby możliwość picia piwa na trybunach.
A trunek z miejscowego kraftowego browaru jest naprawdę dobry, podobnie jak grecki street food (nawet jeśli wegetariańską pitę z halloumi zbyt sowicie posypują frytkami). Po którejś z kolei pincie fani śpiewają coraz głośniej, przerabiając stare hity pop i klasyczne pieśni innych drużyn tak, żeby pasowały do ich ulubieńców. Kiedyś rozpraszali bramkarzy rywali, głośno odczytując przez cały mecz ich stare posty z Facebooka. Teraz, kiedy napastnik Dulwich Hamlet wpada w pole karne i wyraźnie nie wie, co zrobić z piłką, ze śmiechem radzą, żeby zanurkował. Tutaj faktycznie nie ma VAR-u, który mógłby rzecz zweryfikować, ale kiedy sędzia dyktuje karnego, o symulacji nie ma mowy. Jest za to przepychanka między piłkarzami, gdy strzelec gola podbiega do bramkarza, żeby poczochrać go po głowie – może z ulgą, bo piłka przeszła golkiperowi po rękach. Prawdziwy futbol.
Prawdziwy futbol także dlatego, że nawet na tym poziomie rozgrywek odczuwa się przemożny wpływ filozofii Guardioli. Jeśli kiedykolwiek natrafiliście na stereotyp o angielskim „kopnij i biegnij” – chaotycznej młócce z piłką fruwającą wysoko nad głowami zawodników – zweryfikujcie go czym prędzej. Zawodnicy Dulwich, jak Pep przykazał, wymieniają szybkie podania na małej przestrzeni, a rozpoczynający akcje bramkarz rozgrywa piłkę z obrońcami. Wygląda to równie efektownie jak przemarsz fanów, dokonujących w przerwie zmiany stron za bramką z kibicami przyjezdnymi.
Zanim do Londynu przyleci kolejny szejk
Mural Kane’a, choć wielu wiernych fanów wciąż chodzi się pod nim fotografować, znajduje się jednak na uboczu. W ogóle na odwiedzających Tottenham Hotspur Stadium kibiców (czy w tej opowieści nie czas byłoby wreszcie użyć słowa bardziej adekwatnego: konsumentów?) spoglądają z gigantycznych reklam nie tylko piłkarze – z wielką podobizną Sona przede wszystkim – ale także artyści, którzy mają tu wystąpić; Beyoncé w czerwcu aż sześciokrotnie. Kiedy od wejścia dla mediów idzie się długimi podziemnymi korytarzami do biura prasowego, mija się szatnie przeznaczone dla występujących tu dwa razy w roku drużyn futbolu amerykańskiego z ligi NFL. W marcu na Tottenham Hotspur Stadium wybiegną rugbyści. Gdzieś pod południową trybuną znajduje się także tor kartingowy na licencji Formuły 1. Doprawdy: przypisywane Keithowi Burkinshawowi – trenerowi, który zdobył z Tottenhamem ostatni europejski puchar, bagatela, w 1984 r. – słowa, że „kiedyś był tu klub piłkarski”, nigdy nie brzmiały równie aktualnie.
Niestety z wysokości trybun widać również i to, że przedsiębiorczy prezes Levy trafnie rozpoznał potrzeby znaczącej części swojej publiczności. Nawet w trakcie meczu z naszpikowanym gwiazdami Manchesterem City doping jest niemrawy, a długimi chwilami głośniejsi są kibice gości. Już kilka minut przed przerwą setki ludzi zaczynają kierować się w stronę funkcjonujących na każdym ze stadionowych pięter barów – i nie wracają na czas wznowienia gry. Podobnie dzieje się przed końcem meczu – i nic to, że przegrywający 0:1 Tottenham wciąż walczy o wyrównanie. Z wysokości trybun – zwłaszcza dla kogoś, kto kibicuje tej drużynie od dekad i kto przeżywa wizytę na jej stadionie jak rodzinne święto – najbardziej poruszające są więc te momenty, w których jego ulubieni piłkarze unoszą po jakiejś akcji ręce, w błagalnym niemal geście prośby o wsparcie. Pomaga tylko na chwilę.
Kiedy sędzia gwiżdże po raz ostatni i jest już jasne, że Tottenham przegrywa, obchodzi to tylko kilkutysięczną garstkę najwierniejszych z wiernych. Dziękujący za, ekhem, doping zawodnicy podchodzą do niemal całkowicie opustoszałych trybun. Kilku desperatów na południowej trybunie rozciąga jeszcze baner wymierzony w prezesa Levy’ego, który rozmawia ponoć o sprzedaży udziałów w świetnie prosperującym klubie jakiemuś katarskiemu szejkowi. W tym czasie drużyna osuwa się już na trzynaste miejsce w tabeli. Spadek z Premier League jej nie grozi, więc interes będzie kręcił się dalej. Tylko jaki to wszystko ma sens?
Klub jako ostatni bastion wspólnoty
Kiedy przed kilkoma laty światem futbolu wstrząsnął paroksyzm Superligi – idea zorganizowania rozgrywek, w których najzamożniejsze drużyny Europy grałyby wyłącznie we własnym gronie (prezes Tottenhamu, rzecz jasna, był w gronie pomysłodawców) – masowe protesty fanów futbolu wymusiły na wielu z nas refleksję, czym właściwie powinien być klub piłkarski. Historyk tych największych drużyn w dziejach, Barcelony i Ajaksu, Simon Kuper napisał wtedy, że powinno się o nim myśleć nie jak o firmie nastawionej na zysk, ale jak o instytucji przypominającej muzeum – służącej społeczności, a przy tym w miarę wypłacalnej.
Podobną myśl wyraził na łamach „Guardiana” kibic Dulwich Hamlet i współgospodarz podkastu „Forward the Hamlet” Hugo Greenlagh. Narzekając na niedoinwestowanie przez rządzących wówczas krajem konserwatystów rozmaitych instytucji publicznych, takich jak biblioteki, szpitale czy świetlice dla dzieci, pisał o „ostatnim bastionie ducha wspólnoty”, jakimi są właśnie kluby. W dzisiejszym świecie nie ma zbyt wielu miejsc, wokół których możemy się jeszcze gromadzić i organizować w poczuciu sensu.
Oczywiście jeśli jesteśmy kibicami, nie konsumentami.
Autor dziękuje Jakubowi Krupie, Jerzemu Okońskiemu i Jarosławowi Wiśniewskiemu, bez których wyprawa na oba londyńskie stadiony nie miałaby sensu.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.



















