Przez tak wielki kryzys najwybitniejszy trener i filozof współczesnego futbolu nie przechodził jeszcze nigdy. Co więcej: wiele wskazuje na to, że oprócz wymiaru sportowego, kryzys ma również wymiar egzystencjalny. Podczas rozmów z dziennikarzami Pep Guardiola zastanawia się głośno, czy wciąż nadaje się do tego fachu. Wyznaje, że ma kłopoty ze snem i z trawieniem. Przed miesiącem, desperacko drapiąc się po twarzy w trakcie kolejnego przegranego meczu, poranił się do krwi. „Chciałem zrobić sobie krzywdę” – wypalił przed kamerami, za co później przepraszał, podkreślając, że jest świadom, ilu ludzi boryka się na co dzień z samookaleczeniami.
Każdy inny trener w trakcie tak fatalnej serii (gdy piszę te słowa, przegrał dziewięć z ostatnich dwunastu spotkań) drżałby o posadę, on jednak przedłużył umowę z Manchesterem City o kolejne lata. Pytanie tylko, czy nie stał się zakładnikiem wałęsowskiej formuły „nie chcem, ale muszem”? I czy z takiej pozycji będzie jeszcze w stanie przerwać zaklęty krąg klęsk?
Niepokój geniusza: jak funkcjonuje mózg Guardioli
Skala kryzysu ostatnich tygodni jest wprost proporcjonalna do skali sukcesów, które je poprzedzały. Nie chodzi przy tym jedynie o kolekcję trofeów 53-letniego szkoleniowca – choć były wśród nich 3 wygrane Ligi Mistrzów oraz 12 mistrzostw Anglii, Niemiec i Hiszpanii. Ważniejszy od tytułów był zawsze styl, w jakim po nie sięgał – styl, który kazał angielskiemu napastnikowi Wayne’owi Rooneyowi, oglądającemu przed laty mecz trenowanej wówczas przez Guardiolę Barcelony z Realem Madryt, wstać z krzesła i klaskać do telewizora. Wytłumaczmy Rooneya: podobnie jak my wszyscy zobaczył futbol wymyślony na nowo. Oczu nie można było oderwać. Barcelona ograła swojego największego rywala 5:0.
A może właściwie nie o stylu należałoby mówić, tylko o nieustannym nowatorstwie, wyznaczającym trend rozwoju całej dyscypliny? Zainteresowanych odsyłam do tekstu „Jesień patriarchy”, gdzie pokrótce opisywałem zasady guardioliańskiej gry pozycyjnej, nieustannie urozmaicanej przez zmiany ustawienia poszczególnych formacji i wymyślanie zawodnikom nowych ról na boisku. Tutaj dość powiedzieć, że biografów Pepa fascynowała nie tyle jego taktyka, co sposób funkcjonowania jego umysłu, wiecznie trawionego futbolową gorączką.
Przyjaciel i współpracownik Katalończyka, Manel Estiarte, opowiedział Martiemu Perarnauowi o „zasadzie trzydziestu dwóch minut” – to, jego zdaniem, maksymalny czas, w jakim Guardiola jest w stanie nie myśleć o swojej pracy. Nawet kierowcą jest kiepskim: prowadząc, rozprasza się, rozbija boczne lusterka, powoduje wypadki. Zdarzyło mu się zatankować benzyną samochód z silnikiem diesla.
„Gdy widzę, jak chodzi tam i z powrotem po korytarzu, zrywam boki ze śmiechu. Zwykle jest boso i gada sam do siebie. Wygląda, jak gdyby nie miał pojęcia, gdzie się w ogóle znajduje” – taki obraz swojego trenera w dniu meczu narysował w książce Pola Ballúsa i Lu Martína „Manchester City Pepa Guardioli. Budowa superdrużyny” argentyński napastnik Sergio Agüero. A Perarnau w książce „Herr Pep” portretuje go jako człowieka, który wątpi we wszystko – nie z powodu niepewności czy strachu, a raczej poszukiwań nieistniejącej perfekcji.
Jego umysł ma przypominać „umysł szachisty, który ocenia i rozważa wszystkie ruchy własne i rywala, starając się przewidzieć rozwój zdarzeń”; zważywszy, że pionki i figury są w jego przypadku żywe, niepokój i cierpienie arcymistrza muszą być naprawdę nieznośne. Pisze o tym również inny z biografów Katalończyka, Guillem Balagué: „W głowie Guardiola często ma mętlik. By podjąć decyzję, jego mózg musi pracować na najwyższych obrotach. Ale nawet po wyciągnięciu ostatecznych wniosków wciąż powraca do sprawy i rozważa słuszność swojego postępowania. Jego świat jest pełen wątpliwości, rozważań i oczekiwań, którym nie potrafi sprostać”.
Czasami Guardioli wydaje się, że dobrych rozwiązań ma zbyt wiele. Czasami dławi pokusę zarzucenia piłkarzy zbyt wieloma informacjami. Najczęściej jednak musi godzić się z faktem, że są tylko ludźmi.
Cena intensywności: jak Guardiola odrzucił wyzwanie Mourinho
Wydaje się właściwie niebywałe, że książki Perarnaua i Balagué’a mają tyle lat. Już dekadę temu ten drugi pisarz portretował swojego bohatera jako człowieka niepotrafiącego uciec przed przeznaczeniem (wyborem trenerskiego fachu, podjęciem pracy w Barcelonie, w której wcześniej zrobił karierę jako piłkarz…), a jednocześnie niezdolnego do tak intensywnego życia, jakie prowadzi od chwili, gdy w 2007 r. został szkoleniowcem. Człowiek, który umożliwił mu wejście na tę ścieżkę, Johan Cruyff (Guardiola mówił o nim, że stworzył w Barcelonie katedrę, do której można jedynie dobudowywać kolejne kaplice), już w 2009 r. z zatroskaniem portretował Pepa jako człowieka, który pewnego dnia będzie musiał zdjąć nogę z gazu, bo inaczej się pochoruje.
Obserwując jego sukcesy, nie czytaliśmy tych słów z należytą uwagą. Kiedy po czterech latach pracy w Barcelonie Guardiola oświadczył, że czuje się wypalony i musi odpocząć od futbolu, myśleliśmy, że to kwestia zmęczenia toksyczną wojną, jaką wypowiedział mu prowadzący wówczas Real José Mourinho. Rywal został wcześniej odrzucony przez kataloński klub, który wybrał zamiast niego właśnie niedoświadczonego Pepa – i poprzysiągł zemstę; autor „Dziedzictwa Barcelony” Jonathan Wilson portretował później Mourinho jako Miltonowskiego szatana wygnanego z raju, bo w przeszłości Portugalczyk pracował jako tłumacz i asystent trenera właśnie w katalońskim klubie. Po zakończeniu któregoś z El Clásico – tak nazywa się spotkania dwóch najsłynniejszych zespołów Hiszpanii – sfrustrowany porażką trener Realu włożył palec do oka asystenta Guardioli. Zdenerwowany Pep powiedział dziennikarzom, że w medialnych gierkach to Mourinho jest „pieprzonym szefem” i że nie zamierza z nim rywalizować. Ale na boisku był zwykle lepszy.
Balagué pisał, że sprawy przybrały taki obrót, iż jedynym sposobem na odzyskanie przez Guardiolę części swojej prawdziwej osobowości było zostawienie za sobą wszystkiego, co stworzył. Pep wziął roczny urlop, schronił się w Nowym Jorku, później przez trzy sezony trenował Bayern Monachium. Kiedy w 2016 r. przeniósł się do Premier League, nikt się chyba nie spodziewał, że zostanie w Manchesterze tak długo.

Szkoła angielska: jak Guardiola przyjął wyzwanie Kloppa
Są powody, dla których w Anglii Guardiola o wiele dłużej bronił się przed wypaleniem. Po pierwsze, cieplarniane warunki, stworzone mu przez nieżałujących pieniędzy arabskich szejków, którzy w 2008 r. kupili Manchester City, oraz przez sprowadzonych na dyrektorskie funkcje dawnych przyjaciół z Katalonii, Ferrana Soriano i Txikiego Begiristaina. Żaden trener świata nie miał w ostatnich latach podobnego komfortu pracy, swobody w kupowaniu zawodników, ba: nawet prawa do pomyłek.
Po drugie, nieporównywalna z innymi krajami kultura futbolowa i dużo bardziej urozmaicona rywalizacja w Premier League, gdzie – inaczej niż w Niemczech czy Hiszpanii – superkluby częściej doznają zaskakujących porażek z teoretycznie słabszymi drużynami. Dla szukającego ucieczki od umysłowych rutyn Guardioli świat wysyłający tyle bodźców wydawał się idealny.
Po trzecie, kolejna w jego życiorysie, tym razem jednak nietoksyczna rywalizacja – z prowadzącym Liverpool Jürgenem Kloppem. Symbolem jej znaczenia dla dziejów współczesnej piłki może być okładka fundamentalnej pracy Davida Goldblatta „The Age of Football: The Global Game in the Twenty-first Century”, na której rozdyskutowani Katalończyk i Niemiec przypominają Arystotelesa z Platonem w „Szkole ateńskiej” Rafaela.
Dla chwalącego rozum Guardioli wyzwanie rzucone przez stawiającego w futbolu na emocje Kloppa było źródłem potężnej inspiracji – w ciągu ostatnich siedmiu lat wprawdzie Manchester City wygrywał ligę sześciokrotnie, ale ten jeden raz tytułu pozbawił go Liverpool. I, co ciekawe, o ile wcześniej gra drużyn Pepa wydawała się dużo bardziej ustrukturyzowana, Jürgen zaś stawiał na, jak mówił, heavy metal football, lata ich angielskich starć doprowadziły do zbliżenia stanowisk. U podopiecznych Guardioli pojawiło się więcej gry bezpośredniej (także za sprawą transferu norweskiego superstrzelca Erlinga Haalanda), a piłkarze Kloppa zaczęli się lepiej utrzymywać przy piłce. Uczyli się od siebie.
Czy kiedy wiosną 2024 r. trener Liverpoolu, Jürgen Klopp, nagle zapowiedział, że odejdzie po sezonie, bo i jemu w baku „skończyło się paliwo”, Guardiola stracił jedno z tak mu potrzebnych wyzwań?
Zmęczenie mistrzów: jak Guardiola radzi sobie bez Rodriego
To, co w ostatnich tygodniach dzieje się z jego drużyną, z początku ekspertów szokowało. Jeszcze latem drużyna Guardioli była faworytem do kolejnego mistrzostwa Anglii i – rzecz jasna – wszelkich innych tytułów. Owszem: poprzedni tytuł wywalczyła dopiero na finiszu, nie zbliżając się poziomem do tego, co pokazywała w sezonie 2022/23 – sezonie tzw. potrójnej korony, czyli triumfu w Lidze Mistrzów, Pucharze Anglii i Premier League; owszem: jej trzon stanowili starzejący się zawodnicy, z Kevinem de Bruyne na czele, ale zarazem eksplodował talent młodego Phila Fodena, uzupełniającego w ofensywie Haalanda, w środku pola zaś Rodri wyrósł na najlepszego piłkarza świata. W sierpniu 2024 City rozpoczęło sezon gradem bramek norweskiego napastnika i pasmem zwycięstw – kiedy przegrało po raz pierwszy, pod koniec października, było ostatnim niepokonanym zespołem w Anglii.
Oczywiście niepokojące sygnały można było widzieć już wtedy. Najważniejszy trybik w guardioliańskiej maszynie, Rodri, we wrześniu zerwał wiązadła w kolanie i przeszedł operację, która wyłączyła go z gry na długie miesiące (co charakterystyczne: wcześniej narzekał na zbyt wiele meczów, w których muszą występować najlepsi piłkarze, po 60-70 spotkań rocznie, i sugerował, że w trosce o swoje zdrowie powinni zastrajkować). Kontuzje dopadły też innych podstawowych graczy. Zmęczony występami na mistrzostwach Europy Foden nie przypominał zawodnika, którego w poprzednich rozgrywkach okrzyknięto najlepszym w lidze.
Ale przecież – uspokajano, kiedy Manchester City zaczął przegrywać – do tego również Guardiola zdołał nas przyzwyczaić. Od lat przecież jesienią jego drużyna dopiero się rozkręcała, on zaś nieustannie ją udoskonalał, eksperymentował, wypróbowywał kolejne taktyczne formuły, by wiosną stała się już nie do zatrzymania. Kwestia kontuzji Rodriego jawiła się w tej perspektywie niemal jak kolejne pytanie Sokratesa, umożliwiające dalszy rozwój filozofii futbolu. W jaki sposób Katalończyk zdoła zastąpić najlepszego piłkarza świata? Jaką nową ideą nas zainspiruje?
Tak upadają imperia: jak Guardiola ograniczył mistrzów z Manchesteru
Jak widać, niejednemu trudno się pogodzić z interpretacją najprostszą: że kluczem do obecnego kryzysu jest plaga kontuzji i zmęczenie, o którym mówił Rodri. Liczby, którymi przerzucają się w tych dniach futbolowi analitycy, nie pozostawiają wprawdzie złudzeń: piłkarze Pepa popełniają coraz więcej błędów, prowadzących do utraty gola. Rywale – których, zauważmy na marginesie, coraz częściej prowadzą uczniowie Guardioli (bijący się o mistrzostwo Anglii Enzo Maresca z Chelsea i Mikel Arteta z Arsenalu to jego niedawni asystenci) – coraz łatwiej omijają pressing MC.
Wielu jest jednak takich, których cytowanie statystyk nie zadowala. „Czasami jedynym sensownym wyjaśnieniem jest to, że piłką nożną rządzą nie prawa fizyki, dane, xG [używane przez analityków kryterium tzw. goli oczekiwanych, służące do oceny stwarzanych przez piłkarzy szans na tle analogicznych sytuacji z przeszłości], a nawet logika, ale że jest ona złowrogim, kapryśnym i złośliwym bóstwem, które czasami zwraca się przeciwko tobie i tak naprawdę niewiele możesz z tym zrobić” – pisze np. cytowany już autor „Dziedzictwa Barcelony”.
Jürgen Klopp potrafił wprawdzie otrząsnąć się z fatalnej serii Liverpoolu w sezonie 2020/21, ale to raczej wyjątek potwierdzający regułę. Kiedy wokół piłkarzy Manchesteru rozwiała się aura niepokonanych, kiedy oni sami widzą, w jakim stanie jest ich trener, trudno się dziwić, że przypominają gladiatorów wychodzących na arenę bez nadziei zwycięstwa.
Skądinąd jeden z nielicznych zarzutów formułowanych pod adresem warsztatu Guardioli (zgłaszał go np. szwedzki napastnik Zlatan Ibrahimović, którego Pep pozbył się z Barcelony) polega na tym, że obsesyjnie skupiony na systemie trener ogranicza indywidualizm zawodników. Że Leo Messi był jedynym, któremu pozwalał być wolnym na boisku, a pozostali musieli realizować misternie utkane plany. Trudno się dziwić – powiadają krytycy – że kiedy coś idzie nie tak, zamiast wziąć sprawy w swoje ręce, piłkarze Guardioli patrzą bezradnie w jego kierunku, licząc, iż rozwiąże problem za nich.
Weterani trenerskiego fachu wiedzą jednak, jak ulotne bywa zaufanie piłkarzy. Słynny węgierski szkoleniowiec Béla Guttmann porównywał kiedyś swój zawód z rolą poskramiacza lwów, bezpiecznego w ich klatce tak długo, jak wyczuwają jego nieugiętą wolę. Przy pierwszym momencie zawahania treser zostaje pożarty (zbyteczne dodawać, że Guttmann w żadnym klubie nie zapuszczał korzeni) – i pewnie dlatego niejeden autor tekstu o Guardioli przywołuje dziś obraz mieszkańców starożytnego Rzymu, bezsilnie wpatrzonych w nadciągających Wizygotów. Czy naprawdę za chwilę zapłaczemy nad tym, że – jak pisał św. Hieronim, do którego wieści o splądrowaniu Wiecznego Miasta dotarły, gdy tłumaczył zawierającą proroctwo upadku Jerozolimy księgę Ezechiela – „jasne światło całego świata zostało zgaszone”?
Jesień patriarchy: jak Guardiola stał się zakładnikiem zarzutów Premier League
Nie całkiem jasne jest to światło – i skoro już jesteśmy przy Ezechielu, prosiłoby się raczej o przywołanie frazy „biada z powodu wszystkich obrzydliwości domu Izraela”. Rzecz w tym, że władze Premier League kilkanaście miesięcy temu postawiły Manchesterowi City ponad sto zarzutów, związanych z naruszaniem obowiązujących w tej lidze przepisów finansowych podczas pospiesznej – sponsorowanej przez szejków – budowy superklubu. Jeśli wina zostanie wykazana, jeśli nie pomogą zaangażowani przez klub najlepsi angielscy prawnicy, drużynie może grozić nie tylko sroga kara finansowa, ale także odjęcie punktów czy nawet relegacja z ligi.
Zarzuty, podkreślmy, dotyczą lat poprzedzających sprowadzenie Guardioli, a on sam powtarza, że jest przekonany o niewinności swoich mocodawców, ale atmosfera jest na tyle gęsta, że Katalończyk deklaruje, że ani myśli zostawiać klub w tarapatach. To ten aspekt „nie chcem, ale muszem”, który kazał mu przedłużyć kontrakt.
Być może w innych okolicznościach zmęczony Pep poszedłby w ślady Kloppa, biorąc kolejny długi urlop od piłki – ale teraz poczucie odpowiedzialności zmusza go dalszej pracy. Nawet jeśli w głębi duszy zdaje sobie sprawę, że znalazł się w miejscu, o które w 2012 r. pytał podczas nowojorskiej kolacji Garriego Kasparowa, wie również, że teraz nie może powiedzieć sobie dość.
To o tej scenie wspomniałem w listopadzie w tekście „Jesień patriarchy”: 41-letni wówczas Katalończyk pytał 49-letniego Rosjanina, czy byłby jeszcze w stanie pokonać idącego po pierwsze szachowe mistrzostwo świata, 22-letniego wtedy Magnusa Carlsena. „Mam zdolności, żeby z nim wygrać, ale to niemożliwe” – odpowiedział Kasparow. A żona szachowej legendy doprecyzowała, że gdyby gra trwała dwie godziny, to owszem – ale gdyby mecz się wydłużył, cierpienie związane z wysiłkiem umysłowym, który trzeba byłoby włożyć w analizę tylu wariantów i możliwości, okazałoby się zbyt wielkie.
Dziś Guardiola ma 53 lata.
Samotność zwycięzcy: jak Guardiola uczy się od Bielsy
Ballús i Martín piszą, że poza statuetką Cruyffa Katalończyk nie ma w manchesterskim gabinecie zbyt wielu osobistych przedmiotów. Na ścianie umieścił jednak – przepisany osobiście czarnym markerem – obszerny cytat z innego swojego mentora, Marcelo Bielsy, argentyńskiego trenera, do którego pielgrzymował przez Atlantyk jeszcze przed rozpoczęciem pracy w Barcelonie.
„Te chwile w moim życiu, w których stawałem się lepszy, były blisko związane z porażkami. Te chwile, w których robiłem krok wstecz, były blisko związane z sukcesami. Sukcesy deformują nas jako ludzi, rozluźniają nas, otumaniają, czynią gorszymi ludźmi, karmią nasze ego. Porażka działa dokładnie na odwrót: kształtuje nas, hartuje, zbliża do naszych wewnętrznych przekonań, czyni nas bardziej wewnętrznie spójnymi” – tako rzecze Bielsa. I dalej: „Radość płynąca ze zwycięstwa trwa jakieś pięć minut, a po niej pozostaje ziejąca pustka i trudna do opisania samotność”.
Dziedzictwo Guardioli jest równie przemożne jak dziedzictwo Cruyffa: dziś nie da się grać w piłkę bez uwzględnienia jego pomysłów, nawet jeśli kolejne pokolenia szkoleniowców twórczo je rozwijają. Chciałoby się więc, żeby puentą tej opowieści było odrobienie przez Guardiolę lekcji z nauczania Bielsy – i żeby to nie musiało koniecznie oznaczać powrotu na ścieżkę wygrywania. Tylko czy takie rzeczy są możliwe w świecie, którym – oprócz arabskich szejków, rzecz jasna – rządzi złowrogie, kapryśne i złośliwe bóstwo?
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.



















