Mężczyzna przy stoliku obok wyjął z plecaka obuwie, bidon i kamizelkę. Usiadł na krześle, zdjął adidasy i założył buty do tanga. Miały migdałowe noski i brązowo-granatowe lakierowane wstawki z obwódkami ręcznie zdobionymi, wyprofilowane cholewki i twarde obcasy. W dobrych butach do tanga chodzi o to, żeby noga mogła swobodnie poruszać się w przód, w tył i na boki, a podeszwa przylegała do parkietu. Trzeba kupić odrobinę pod numer, żeby rozchodzić. Nawet najlepsze po pół roku używania nadają się na śmietnik. Tak mi powiedział Amir, kiedy rzuciłem: „O, piękne buty”.
Tango to nie jest żart
Amir był Hindusem z Paryża. Przyjechał do Buenos na miesięczny urlop, żeby tańczyć tango. Ale nie spotkaliśmy się na lekcji, to była sobota, otwarty wieczór w sali tanecznej „El Beso” w dzielnicy Recoleta. Z sufitu zwisały ciężkie, rozświetlone żyrandole, słup owinięty płótnem w błękitno-białe pasy sterczał na środku parkietu jak narodowy totem. Ustawione w czworoboku stoły przykryte bordowymi obrusami czekały na gości.
Parkiet zapełniał się leniwie. To był początek wieczoru, kilka par tańczyło, przy stołach były jeszcze miejsca. Niektórzy zamawiali coś do picia, inni siedzieli i czekali. Mężczyźni i kobiety pojawiali się oddzielnie, siadali po przeciwległych stronach. Każdą osobę wskazywał krzesło kierownik sali, łysy, na oko siedemdziesięciolatek, łagodny anioł stróż, którego rozbieganym oczom nic nie umykało.
Amir ubrał kamizelkę, pociągnął łyk z bidonu i zamówił butelkę szampana. Butelkę i cztery kieliszki. Dopiero wtedy ruszył. Zatańczył jeden zestaw numerów, wrócił do stolika i przywołał kelnerkę. Nalała szampana do wolnego kieliszka, Amir wskazał kobietę, z którą właśnie skończył tańczyć, kelnerka zaniosła. Wznieśli wspólnie toast na odległość, uśmiechnęli się do siebie.
Uczestniczyłem w rytuale, którego zasad nie rozumiałem, jak odkrywca, który nagle dotyka nieznanego. Byłem w środku bajki, którą doświadczałem, ale w niej nie uczestniczyłem. Nikt, włącznie z siedzącym obok Amirem, nie zwracał na mnie uwagi i to było idealne rozwiązanie. Mogłem się przyglądać tancerzom i słuchać tanga.
W przerwach między kawałkami kolejny mężczyzna podnosił się z miejsca i kierował w stronę kobiety po przeciwnej stronie sali, a ta wstawała niemal równocześnie z nim, wiedząc nieomylnie, że chodzi właśnie o nią, a nie o siedzącą obok sąsiadkę. Skąd wiedziała?
Uśmiech i kilka słów przed rozpoczęciem tańca, wejście w nastrój na pierwszych taktach, z początku delikatne ruchy, potem ona coraz mocniej wsparta na nim, jej ramiona jak rozłożyste skrzydła zarzucone na jego ramionach, jej nogi, bezwstydnie szukające miejsca między jego nogami, on coraz pewniejszy siebie, apodyktycznie wciągający ją w swoją intymność. Nikt się nie śmieje, nikt nie rozmawia w tańcu, nikt nie rozgląda się na boki. Tango to nie jest żart, tango to jest wykuta z uczuć ruchoma rzeźba dwóch ciał złączonych w jedno.

Tego wieczora w „El Beso” nie ma zawodowców. Są zwykli ludzie z Buenos, którzy przyszli wieczorem potańczyć. Kobiety ubrane w kolorowe sukienki, mężczyźni w koszulach, marynarkach, kamizelkach, ale bez specjalnej troski o wygląd. W tym mieście codziennie odbywa się wiele zawodowych pokazów tanga i są też potańcówki takie jak ta, gdzie może przyjść każdy pod warunkiem, że umie tańczyć. Niekoniecznie po mistrzowsku, ale przynajmniej kompetentnie. Dyletantom raczej nie polecam.
Argetyńskie tango: tradycja i ewolucja
Jako niewidzialny dla lokalsów turysta popijałem malbeca z Mendozy chłonąc obrazy i dźwięki. Przed wyjazdem do Buenos naczytałem się o mieście i o tańcu, który w nim się narodził, choć Urugwajczycy twierdzą, że to nieprawda, że tango powstało w Montevideo. Jak dla mnie wszystko jedno. Dla mnie tango powstało w „El Beso”. O tak, oglądałem film Saury, słuchałem Gardela i Piazzoli, znam historię tańca, który wyszedł z portowych burdeli i miejskich zaułków Buenos, rozrywki prostytutek i złodziei. Wiem, że to nigdy nie była zwykła rozrywka, a raczej fizyczna emisja dojmującego bólu duszy ludzi bez nadziei, że to oni wymyślili choreografię przepojoną bezwstydem, przemocą, seksem. I znam historię tangomanii, która od pierwszych lat XX wieku odzierała tango z jego pierwotnego sensu.
Historia popularnej kultury, w tym historia argentyńskiego tanga, to opowieść o przyjemnościach biednych ludzi przejmowanych przez ludzi mniej biednych, a potem już całkiem bogatych, i zmieniania ich w coś, czym nigdy nie były (to dotyczy zresztą tak samo tanga, jak i piłki nożnej, o czym za chwilę). W trakcie tego entuzjastycznego przejmowania masa wykształconych ludzi ubolewa nad „utratą duszy” tanga, flamenco, rumby, bluesa i jazzu, przekonując, że nic na świecie nie jest dziś autentyczne. I faktem jest, że zwykle zanim o czymś usłyszymy, jest to już coś innego, niż było przy swoich narodzinach. Tylko co ja mam z tym zrobić, siedząc przy stoliku w „El Beso” i oglądając rozdzierający mi serce spektakl najbardziej autentycznej kultury miejskiej?
Podróżnik ma do wyboru dwie postawy. Pierwsza to orientalizm: ronienie łez nad ciężkim losem argentyńskiej biedoty, odarciem tanga z jego autentyzmu i losem nieszczęśników, którzy po drodze padli ofiarą uzurpatorów. Można przy okazji przeanalizować, co kto komu ukradł i ile na tym zarobił. Druga, bliższa mi, to celebracja świata, zwłaszcza doświadczanego po raz pierwszy – w pełnej jego skali, we wszystkich wymiarach i odsłonach. Argentyńskie tango, podobnie jak argentyńska biedota, poradzą sobie bez mojej troski.
Co ciekawe, historia tanga pokazuje, jak bardzo rozjeżdżają się czasem drogi purystów-teoretyków gatunku i prawdziwych jego twórców. Po tym, jak Amerykę i Europę ogarnęła pierwsza tangomania, już w latach 20. XX wieku argentyńskie tango wyłoniło dwa nurty: „tradycjonalistów” i „ewolucjonistów”, czyli artystów, którzy poddawali się oczekiwaniom amerykańskich „gringos”. Tango stawało się „agringado”. Ewolucjoniści wygrali, a ich największym przedstawicielem był Astor Piazzola, który programowo zanieczyszczał tango jazzem. Argentyńska publiczność go uwielbiała. Podobnie zresztą jak – 20 lat przed Piazzolą – uwielbiała całkowicie tradycyjnego Carlosa Gardela.
Ani Gardela, ani tym bardziej Piazzoli nie słyszałem w „El Beso”. To były zestawy starych tradycyjnych wokalnych tang, zapewne popularnych przebojów – mój sąsiad trzy stoliki obok nucił pod nosem, znając doskonale słowa. Amir zamówił kolejnego szampana dla swojej kolejnej partnerki. Widziałem, że jest z siebie zadowolony, przez trzy godziny niemal nie schodził z parkietu.
Boca Juniors: nienawiść i radość
Tango i piłka nożna to do głębi konserwatywne, czasem reakcyjne – używając dzisiejszych standardów – zjawiska. Tango to taniec pełen przemocy, męskiej dominacji, opowieść o świecie, w którym kobieta jest gloryfikowana jako ideał piękna i dobra – dopóki nie rzuci mężczyzny stając się przyczyną jego nieszczęść, wynikającego z nich naturalnie alkoholizmu oraz skłonności do przemocy. Machismo w formie czystej.
A kibicowanie lokalnemu klubowi piłkarskiemu jest u swoich korzeni celebracją bezwarunkowej miłości do swoich i równie bezwarunkowej nienawiści do obcych, czyli zjawiskiem, które we współczesnym świecie zinstytucjonalizowanej tolerancji powinno podlegać ekspresowej ekskomunice. Idea, według której coś może być równie wartościowe jak coś innego, jest wymysłem ludzi wykształconych i bogatych. Ludzie biedni i niewykształceni z reguły nie mają problemu z tym, że coś albo kogoś lubią bardziej, a coś lub kogoś innego mniej. Co zresztą prowokuje amerykańskich i europejskich liberałów do wyzwalania niewyedukowanych mas w różnych miejscach świata z przesądów i braków tolerancji. A tymczasem biedni – ku przerażeniu potencjalnych wybawców – celebrują rzeczy, które utrzymują ich w byciu biednymi: programowy fatalizm, życie między euforią a beznadzieją, wiarę w spiski, które rzekomo powodują ich biedę, ale także w potęgę władzy i własną wyjątkowość.
– Wszyscy nas nienawidzą – mówi mi Martin Kohan, jeden z 350 tysięcy członków klubu piłkarskiego Boca Juniors – i nam to sprawia radość.
Martin jest pisarzem, w Polsce znanym z książki „Dwa razy czerwiec”, w Argentynie jednym z najpopularniejszych. Jest też ambasadorem literackim Boca Juniors (naprawdę istnieje taka funkcja). Dwa czerwce, które stanowią klamrę jego powieści to – jakże by inaczej – dwa mundiale, a ściślej mówiąc: dwa mecze Argentyny z Włochami, oba przegrane: z 1978 r. w Buenos i 1982 w Barcelonie. Pierwszy został wyparty ze świadomości narodowej, Argentyńczycy po prostu nie uznają, że miał miejsce, co jest łatwe, bo wygrali turniej w 1978 r. zostając mistrzami świata. Druga porażka była fatalną oczywistością: Maradona grał słabo, nie umiał poradzić sobie z włoskim brutalem o nazwisku Gentile, skład reprezentacji prawie się nie zmienił przez cztery lata.
Przez te cztery lata w Argentynie junta wymordowała co najmniej kilkanaście tysięcy osób, a książka Kohana zaczyna się od zdania: „Ot jakiego wieku można torturować dziecko?”. Z błędem ortograficznym, ten błąd jest ważny. Główny bohater książki, rekrut, staje przed dylematem, a właściwie dwoma. Po pierwsze, od jakiego wieku można torturować dziecko, a po drugie, co w krótkiej perspektywie jest ważniejsze – czy poprawić błąd popełniony przez sierżanta, czy lepiej odpuścić, nie narażając się na kłopoty.
– Unikam łączenia piłki nożnej i pisania literatury – mówi mi Martin, to są dwie różne rzeczy. Kiedy zwracam mu uwagę, że w tej książce właśnie to robi, nie widzi sprzeczności. – Piłka nożna jest odrębna, Boca jest odrębna. Nie umiem łączyć tych dwóch rzeczy, potrafię koncentrować się tylko na jednej.
Więc rozmawiamy tylko o piłce. Długo.
Jak kupić bilet na mecz
Kupowałem bilety na mecze w różnych okolicznościach, kiedyś na Camp Nou od konika, który miał biuro w bagażniku zdezelowanego seata, jego mama siedziała obok na krzesełku turystycznym i skrupulatnie prowadziła księgowość. Ale nigdy nie przeżyłem czegoś podobnego do zakupu biletów na mecz Boca.
Uzyskanie biletu drogą oficjalną jest niemożliwe, wszystkie trafiają do członków klubu. Ponieważ „La Bombonera”, jak nazywa się stadion Boca, mieści nieco ponad 50 tysięcy, żeby uzyskać karnet na cały sezon, trzeba czekać obecnie 10 lat, co nie przeszkadza kolejnym członkom dołączać do klubu w nadziei, że przed śmiercią dostaną swój przydział. Przyjezdny może wejść na stadion w jeden sposób: płacąc za wejście członkowi klubu, który użycza własnego karnetu.
Ten system jest stosowany nagminnie i praktycznie zalegalizowany – do tego stopnia, że pośredniczeniem w kontakcie między nabywcą a socio użyczającym karnetu zajmuje się w Buenos najbardziej znana globalna sieć wynajmu mieszkań. Podczas tej podróży nie korzystałem z jej usług, więc musiałem znaleźć inny sposób. Po wykonaniu kilku telefonów stanąłem przed drzwiami tajemniczego biura w centrum miasta, gdzie miła pani przyjęła ode mnie pieniądze nie dając mi nic w zamian. Inna pani przesłała mi WhatsAppem wiadomość zawierającą miejsce spotkania i niewyraźne zdjęcie człowieka, który miał wprowadzić mnie następnego dnia na stadion. Po wyjściu z owego biura, lżejszy o prawie sto dolarów, przez moment zadałem sobie pytanie, czy dobrze robię, ale odgoniłem złe myśli.
Następnego dnia Osky, jak przedstawiał się mój socio, pojawił się w wyznaczonym miejscu z przyjacielem, ósemka szczęśliwców takich jak ja została przez nich obdarowana karnetami na czas wejścia przez bramę stadionu, po czym dwójka naszych darczyńców (po wejściu na „Bombonerę” tak już o nich myślałem) odebrała swoją własność i znikła bez materialnego śladu. Odczuwałem prawdziwy podziw dla sprawności systemu.
Ważniejszy od Maradony
„La Bombonera” jest gigantycznym, rozpadającym się, zabytkowym obiektem zbudowanym w 1940 r., którego strażacy prawdopodobnie nie dopuściliby do rozgrywek III ligi w Polsce. Dwa lata temu na YouTubie pojawiły się filmy pokazujące szczeliny w konstrukcji trybun, które regularnie chwieją się w trakcie meczów pod nogami tupiących kibiców. Zdarzają się propozycje modernizacji stadionu (ostatnia przebudowa miała miejsce w latach 80. XX wieku), a także budowy nowego stadionu na sto tysięcy miejsc, choć wszyscy wiedzą, że w dającej się przewidzieć przyszłości to się nie stanie. Członkowie klubu nie zgodzą się na przeniesienie stadionu poza dzielnicę Boca, bo Boca, klub i dzielnica, to jedno i to samo.
Boca to jedna z uboższych części Buenos, przyjezdni znają ją z „El Caminito”, turystycznego skansenu z kolorowych domkami, ale jej prawdziwe życie jest biedne, brudne i brutalne. Położona wzdłuż strumyka, który kiedyś wyznaczał granice miasta, tradycyjnie zagarniała miejskie szumowiny. I tak zostało do dziś, a drużyna Boca Juniors jest częścią tej opowieści i jak dotąd nikomu nie udało się zmienić jej zasad. Przydomek Boca Juniors to „Bosteros”, bosta to odchody koni, którymi śmierdziała dzielnica w dawnych czasach. Etos tego klubu, cała jego historia, jest zaprzeczeniem nowoczesności, pokazaniem środkowego palca nie tylko lokalnym rywalom z Buenos, takim jak River Plate (przydomek „Milionerzy”), ale wszystkim, którzy chcieliby cokolwiek perfumować, upiększać i modernizować.
Maradona, który spędził w Boca tylko niecałe półtora roku, miał na Bombonerze prywatną lożę i uważał, że to najlepszy stadion świata. Jego zdanie się liczy, ale to nie on jest najbardziej ukochanym piłkarzem Boki. Na to miano zasługuje Juan Roman Riquelme, być może jeden z najbardziej niedocenionych geniuszy futbolu w historii. Ściśle mówiąc: niedocenionych przez analityków piłki, ewentualnie trenerów (w reprezentacji rozegrał zaledwie 51 meczów), ale nie przez kibiców. W grudniu socios wybrali go na prezydenta klubu z nadzieją, że przywróci mu dawną świetność po okresie zastoju.
Gangi kibicowskie
Riquelme jest w argentyńskiej piłce wyjątkowy jeszcze z jednego powodu. W czasie kariery jako jedyny znany piłkarz odmówił płacenia haraczu barras bravas, czyli gangom kibicowskim, które od dekad kształtują wizerunek argentyńskiego futbolu. Barras bravas rządzą na trybunach i poza stadionem: to oni ściągają pieniądze od sklepikarzy handlujących pamiątkami i jedzeniem w dniach meczowych, oni dopuszczają się również aktów agresji, w tym morderstw, i to nie tylko wobec kibiców innych drużyn. Przez wiele miesięcy dwóch szefów barras Boca Juniors walczyło między sobą o władzę, a jeden z nich nawet stanął do grudniowych wyborów jako kontrkandydat Riquelme.
Kiedy zapytałem Martina Kohana o ocenę działań barras bravas, nie była jednoznaczna: – To grupy kibiców, którzy bezwarunkowo wspierają klub. Na meczach dopingują, powiewają flagami, grają na bębnach. To wszystko kosztuje, a kibice nie mają pieniędzy. Proponują więc klubowi współpracę, czyli żądają, żeby klub i piłkarze płacili im za oprawę meczów. I szefowie klubów zwykle się godzą, bo zależy im na tym, żeby podczas meczów był głośny doping.
Martin mówi, że Riquelme, od kiedy jest prezydentem, nie jest w stanie kontrolować barras bravas. A w Argentynie nie da się zarządzać klubem bez negocjowania z jego liderami. Były przypadki prezesów, którzy postawili się barras bravas, ale konsekwencje okazały się zgubne, kluby traciły kibiców.
Nasza drużyna wychodzi na boisko
Boisko Boca wciśnięte jest między zawieszone nad nim trybuny. Linie boczne są tak blisko trybun, że rezerwowi zawodnicy nie mają miejsca na rozgrzewkę. Przez cały mecz trwa nieustanna fiesta, ludzki ryk połączony z biciem bębnów i dźwiękami innych instrumentów. Dla przyjezdnej drużyny, atakującej bramkę, za którą stoją, tańczą, krzyczą i śpiewają tysiące postaci ubranych w żółto-niebieskie barwy, kontakt z nimi musi być jak zderzenie z rozpędzonym pociągiem.
– Są dwa momenty szczęścia, które przeżywam zawsze – mówi Martin Kohan. – Pierwszy, kiedy wchodzę na trybunę i stadion mnie wchłania. Pierwszy raz przyszedłem tu w roku 1977, ale nie ma we mnie znużenia ani rutyny, po wejściu na trybunę jestem za każdym razem tak samo wzruszony. I drugi moment: nasza drużyna wychodzi na boisko. Pierwszy raz widziałem to, kiedy miałem 10 lat, teraz mam prawie 60 i przeżywam to tak samo.
Słucham Martina rozemocjonowany. Jego słowa na zawsze pozostaną we mnie złączone z obrazami i dźwiękami z meczu Boca-Banfield, który obejrzałem z trybuny za bramką. Na stojąco, wśród ludzi, dla których trzy bramki zdobyte tego wieczora przez ich drużynę były jak trzy zastrzyki nowego życia. Na dwie godziny znalazłem się w piłkarskim świecie równoległym, świecie futbolu i kibicowania, który w Europie skończył się w latach 80. XX w., kiedy z rozrywki klasy robotniczej zaczął się zmieniać w gałąź przemysłu rozrywkowego.
Zastanawiam się, czy nie było innej drogi. Nikt nie chce bandytyzmu na stadionach, ale czy jedyną alternatywą jest komercyjny spektakl finansowany przez globalnych miliarderów, którego odbiorcami są wyrafinowani analitycy futbolu przerzucający się statystykami, korporacyjni goście płacący tysiące euro za bilet na mecz i resztki tradycyjnych kibiców?
Co tracimy, zyskując teatry i salony w miejsce rozpadających się świątyń?
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















