Królewski Real, ludowa Borussia – czym właściwie są kluby piłkarskie

„Zlaicyzowane, zdegradowane, zakamuflowane mity i wyobrażenia mityczne spotykamy wszędzie: trzeba je tylko umieć rozpoznać” – pisał niegdyś Eliade. Jakby oglądał finał Ligi Mistrzów między Borussią i Realem.
Czyta się kilka minut
 Real Madryt świętuje zwycięstwo w 15. Lidze Mistrzów UEFA. Madryt, 2 czerwca 2024 r. // Fot. Angel Martinez / Getty Images
Real Madryt świętuje zwycięstwo w 15. Lidze Mistrzów UEFA. Madryt, 2 czerwca 2024 r. // Fot. Angel Martinez / Getty Images

Klub piłkarski, czym właściwie jest? W przypadku tych największych: przedsiębiorstwem z branży rozrywkowej, organizującym widowiska przyciągające na trybuny kilkadziesiąt tysięcy widzów, a przed ekrany kolejne miliony? Przedsiębiorstwem nastawionym na zysk, którego wartość – gdy mowa o najbogatszych, np. o Realu Madryt, zdobywającym w minioną sobotę po raz piętnasty Puchar Europy – przekracza sześć miliardów, roczne przychody zaś sięgają siedmiuset milionów dolarów? Przedsiębiorstwem zatrudniającym kilka tysięcy osób?

A może wygodnym narzędziem do załatwiania interesów i powiększania wpływów? Reklamowym słupem dla linii lotniczych, firm ubezpieczeniowych, spożywczych czy, nie daj Bóg, bukmacherskich? W skali najszerszej: reklamowym słupem dla państw, i to bynajmniej nie demokratycznych, bo inwestycje szejków z Kataru czy Zjednoczonych Emiratów Arabskich w największe futbolowe firmy Europy pozwalają im zwiększać tzw. softpower swoich krajów, o sportswashingu, czyli wybielaniu zszarganego łamaniem praw człowieka wizerunku, nie wspominając? Wygodną lokatą kapitału dla jakiegoś funduszu inwestycyjnego czy miliardera? Niekiedy: efektowną wizytówką, ozdobą biznesowego portfolio, w wersji najszlachetniejszej (jeśli o inwestycjach i biznesach mowa) – spełnieniem chłopięcego marzenia potężnego przedsiębiorcy?

Klub królewski

Istnieją jednak inne odpowiedzi. Jorge Valdano np., były napastnik reprezentacji Argentyny, z którą u boku Maradony sięgnął po mistrzostwo świata, później piłkarz i dyrektor Realu Madryt, publikujący dziś swoje refleksje o futbolu na łamach „El País”, uważa, że klub to po prostu… kultura.

„Pasja i rozum posługują się różnymi językami” – pisał Valdano po półfinałowym meczu Realu z Bayernem, czyli po jednym z tych zaiste niezliczonych spotkań, podczas których zespół ze stolicy Hiszpanii odrobił straty i zdołał wygrać w sytuacji, która każdemu innemu dawno kazałaby spuścić głowę. Argentyńczyk dodawał, że jako racjonalista ma z takimi zwycięstwami kłopot: świętuje, krzyczy, ale nigdy nie wie dlaczego. „Bądźmy szczerzy, brakuje nam teorii” – zauważał, bo przecież „magia nie jest teorią”.

Co sprawia, że Real ciągle wygrywa? Legenda klubu, najbardziej utytułowanego w dziejach europejskiego futbolu? Pomaga, ale nie wystarcza, podobnie jak szczęście: w końcu niecodziennie zdarza się wygrana na loterii. Fanatyczny doping kibiców również nie jest odpowiedzią: przecież to nie oni wychodzą na boisko, inne kluby zresztą – z Borussią na czele, o czym za chwilę – mają fanów bardziej oddanych. Rywale nie ułatwiają zadania: w tegorocznym finale Ligi Mistrzów Borussia przez godzinę dominowała, w ciągu pierwszych 45 minut mogła strzelić kilka bramek, kapitalne podania Hummelsa, Schlotterbecka czy Maatsena mijały piłkarzy Realu i znajdowały Adeyemiego i Füllkruga, ale oni albo trafiali w słupek, albo pudłowali, albo zatrzymywał ich Courtois do spółki z Carvajalem.

Owszem, niektórzy mówią, że „na Bernabéu [stadionie Realu] zawsze jest tak samo”, sugerując, że tej drużynie sprzyjają sędziowie albo działacze UEFA, ale Valdano, co zrozumiałe, wkłada te sugestie między bajki. I choć wie, że mówi o najbogatszym klubie świata, to kwestionuje również ekonomiczny aspekt sprawy: czasy bezmyślnego szastania pieniędzmi przez jego prezesów należą do przeszłości; w kontekście rychłego sprowadzenia przez Real Kyliana Mbappé pisał zresztą parę miesięcy temu, że gdyby Francuz miał się kierować tylko względami finansowymi, wybrałby atrakcyjniejsze oferty.

To wypada zauważyć na marginesie: kojarzony niegdyś z Realem model galácticos – sprowadzanych za ogromne pieniądze największych gwiazd futbolu – od dawna pasuje raczej do opuszczanego przez Mbappé, sponsorowanego przez Katar PSG. Dziś klub z Madrytu raczej stwarza gwiazdy, niż je kupuje: grający przeciwko Borussii od pierwszej minuty Bellingham, Valverde, Rodrygo czy Vinícius Júnior przychodzili tu jako nastolatkowie i dopiero tutaj stali się „galaktyczni”.

Rzecz w tym, że Real nie płaci pieniędzmi, tylko chwałą. Poprzednicy wymienionych przed chwilą piłkarzy – kończący właśnie karierę Kroos czy Modrić, a wcześniej Bale i Ronaldo, Zidane i Raúl, Gento, Di Stefano czy Puskas – swoim ogromnym talentem budowali, a następnie przekazywali kolejnym pokoleniom kulturę wspólnego wysiłku, wspólnej zabawy, ale nade wszystko: wspólnego oporu wobec porażki. To właśnie ta kultura, twierdzi Argentyńczyk, stanowi na tyle solidny fundament, że pozwala tłumaczyć niewytłumaczalne. Piłkarze Realu są „królewscy”, bo jak monarchowie czują, że naprawdę są wybrańcami, pomazańcami, namaszczonymi. Ich duma (to znów Valdano) „staje się wrzawą na trybunach i wskrzesza zmarłych na boisku”.

Tajemnica pierwsza

Po lekturze takiego tekstu łatwiej pogodzić się z pytajnikiem w tytule artykułu „Czy Real Madryt daje się przeanalizować?”, opublikowanego przez bardziej niż „El País” czy „Tygodnik” wyspecjalizowany w pisaniu o sporcie portal The Athletic. Jego redaktorzy wnikliwie przyglądają się tym wszystkim comebackom (po hiszpańsku mówi się na to: remontada), raczej daremnie próbując opisać je za pomocą narzędzi do analizy taktycznej. Niektórzy, owszem, podkreślają rolę doświadczonego trenera Carla Ancelottiego, żartującego w rozmowie z dziennikarzami, że szkoleniowcy dzielą się na dwa typy – takich, co to nic nie robią, i takich, co robią wiele złego. 64-letni Włoch, dla którego był to już szósty finał Ligi Mistrzów w życiu trenera (dwukrotnie rozgrywał je jako zawodnik, w obydwu rolach wygrywał w sumie siedem razy), dawał w ten sposób do zrozumienia, że zalicza się do pierwszego typu, bo „ten sport należy do piłkarzy”. A Jude Bellingham potwierdzał tę interpretację, mówiąc, że największą siłę on i jego koledzy z drużyny czerpią z poczucia wolności, jaką zostawia im trener – a także ze spokoju i pewności, jakimi emanuje przy linii bocznej.

Ale to przecież nie może być cała odpowiedź. Ci, którzy oglądali mecz Realu z Borussią, spoglądając równocześnie na komentarze w mediach społecznościowych, musieli zauważyć, że nawet kiedy drużyna niemiecka przy stanie 0:0 wyprowadzała swoje szybkie ataki – czasami wychodząc szóstką zawodników przeciwko trójce, czasami mając do wyminięcia jedynie bramkarza – w zasadzie nie była w stanie naruszyć powszechnego przekonania, że i tak wygra Real. Ktoś wspomniał nawet w tym kontekście strzelbę Czechowa, o której wiadomo, że w końcu musi wypalić. Czy to się da przeanalizować, skoro używane przez ekspertów modele tzw. goli oczekiwanych po przerwie pokazywały 1,64 po stronie Borussii, a zaledwie 0,09 po stronie Realu?

Ktoś na początku telewizyjnej transmisji finału powiedział, że oglądać go będziemy dzięki pracy 43 kamer. Wydawałoby się: tu wszystko widać jak na dłoni. „Niesamowite, że na oczach milionów świadków, w dobie mediów społecznościowych, które nieustannie ją analizują, a nawet próbują wyśmiewać, może przetrwać… tajemnica” – pisze Valdano.

Klub ludowy

I można byłoby w tym miejscu postawić kropkę, gdyby nie fakt, że istnieją opowieści jeszcze inne. Takie, w których osiągnięcia danej drużyny mieszają się z opowieściami o tym, co wokół niej. I z których wynika, że klub to ludzie, a zwłaszcza kibice.

Nieprzypadkowo Uli Hesse swoją historię Borussii zaczyna nie od momentu, w którym grupa członków Sodalicji Młodych z Dortmundu, zmęczonych ciągłymi wyrzutami księdza, że grają w niedzielę, pod koniec adwentu 1909 r. postanawia opuścić to stowarzyszenie i założyć swój klub. Pierwszy rozdział jego książki jest przecież opowieścią o Żółtej Ścianie – południowej trybunie stadionu Borussii, stłaczającej na niebywałej, jak na współczesne standardy bezpieczeństwa, stromiźnie ponad 24 tysiące osób, których doping jest najgłośniejszy w Europie. „Można by przedstawić solidne argumenty za tym, że fani BVB są słynniejsi od samej drużyny” – pisze Hesse.

Choć Borussia również sięgała po mistrzostwo swojego kraju i wygrywała najważniejsze europejskie rozgrywki – daleko jej do statusu superklubu. Z lektury „Siły Żółtej Ściany” Hessego, z rozmów z byłymi zawodnikami (z Polaków są to choćby Jakub Błaszczykowski i Łukasz Piszczek, którym Borussia podziękuje za wkład w minione sukcesy, organizując we wrześniu specjalny mecz pożegnalny) wyłania się raczej obraz klubu ludowego, który na tegoroczny finał Ligi Mistrzów zafundował bilety 519 pracownikom i członkom, od sprzątaczy po dzieci i młodzież z drużyn juniorskich. I którego piłkarz Marco Reus, opuszczający drużynę po 12 latach, postawił wszystkim zasiadającym na Żółtej Ścianie fanom pożegnalne piwo. Kosztowało go to ponoć 125 tysięcy euro.

Piwo pojawia się w tej historii nie bez powodu: browary, oprócz hut i kopalni, długo były jednym z filarów tutejszego przemysłu. „Ciężka praca, często w niebezpiecznych warunkach, wiązała ludzi ze sobą” – pisze Hesse; ludzi „twardo stąpających po ziemi, obdarzonych silną etyką pracy, poczuciem solidarności i niechętnie odnoszących się do pustych pogaduszek”.

Nieprzypadkowo więc pytany przez „Tygodnik” o wyjątkowość Borussii Łukasz Piszczek już w pierwszym zdaniu mówi, że ceni się tam kulturę ciężkiej pracy – i że jako wychowany na Śląsku, natychmiast poczuł się w Północnej Westfalii jak u siebie. – W Dortmundzie kibice zawsze doceniali zawodników z charakterem – opowiada. – Oni wiedzą, że zawsze może ci się nie udać jakaś akcja, ale jak będziesz walczył do końca, prędzej czy później to docenią.

„Przez dekady życie ludzi z Dortmundu i całego Zagłębia Ruhry dominowały węgiel, stal, piwo i piłka nożna. Teraz z tego wszystkiego została tylko piłka” – pisze Hesse. Piszczek opowiada więc o różnicy, jaką natychmiast dostrzegł po przeprowadzce z Berlina, gdzie wcześniej grał: o ile w stolicy Niemiec, wychodząc na miasto, miał poczucie, że nikt go nie zaczepi, na ulicach Dortmundu nie miał chwili spokoju. A relacja z fanami była obustronna: były reprezentant Polski wspomina, jak jeden z kolegów z zespołu, Kevin Großkreutz, uczył przybyszów z dalekich krajów, choćby Japończyka Kagawę, kibicowskich przyśpiewek, żeby naprawdę byli bliżej ludzi.

– W Niemczech w ogóle jest inna kultura kibicowania – mówi „Tygodnikowi” Piszczek. – A stadiony są zawsze wypełnione. Wciąż obowiązuje tu przepis „50 + 1”, uniemożliwiający możnym tego świata przejmowanie klubów [chodzi o zapis skazujący ewentualnych inwestorów na pakiety mniejszościowe i uwzględniający rolę stowarzyszeń kibicowskich w zarządzaniu - red.], w tym roku fani sprzeciwiali się też temu, by piłkarska federacja sprzedała udziały w całej Bundeslidze.

Efektem są nie tylko tanie, jak na Europę, bilety i fenomenalna frekwencja. Najważniejsze jest poczucie, że klub jest naprawdę częścią społeczności. – Nie bez powodu, jak grałem w Dortmundzie, to większość spotkań u siebie wygrywaliśmy – opowiada Piszczek. Skonfrontowanym z siłą Żółtej Ściany rywalom miękły nogi.

Tajemnica druga

Rozpisałem się o Borussii nie tylko dlatego, że podczas finałowego meczu z Realem mogliśmy widzieć i tę walkę do końca, i tę kulturę kibicowania, i to połączenie piłkarzy z fanami.

Na marginesie wypada zauważyć bowiem i inne cechy ludzi z Dortmundu. W 1840 r. miejscowość tę zamieszkiwało 7 tysięcy ludzi, ale już 10 lat później pracowało tu 300 szybów górniczych. Wielu robotników przyjechało z Austro-Węgier, Holandii i Włoch, ale większość przybyła ze Śląska i z Poznańskiego; w Borussii polskie nazwiska spotykało się na długo przed tym, jak u trenera Jürgena Kloppa tercet Błaszczykowski – Piszczek – Lewandowski zdobywał mistrzostwo Niemiec, a potem walczył z Bayernem w finale Ligi Mistrzów 2013 r.

Tamten mecz zakończył się porażką – jedyny triumf Borussii w Champions League przypadł w 1997 r., kiedy to po zwycięstwie z Juventusem na ulicach Dortmundu bawiło się 300 tysięcy ludzi; generalnie w klubowej historii więcej znaleźć można zmagań z przeciwnościami niż chwil triumfu. Czas, gdy trenerem był Klopp, to jeden z nielicznych okresów, podczas których drużyna opierała się hegemonii Bayernu; wcześniejszy o kilka dekad okres zamykania kopalń i hut w Zagłębiu Ruhry wiązał się ze spadkiem z ligi, później klub kilkakrotnie znajdował się na skraju bankructwa, a jego fani kwestowali na ulicach, prosząc mieszkańców miasta, by pomogli uratować drużynę. W marcu 2005 r. wydawało się, że na ratunek jest już za późno: po triumfie w Lidze Mistrzów i występie w finale Pucharu UEFA 2002 działacze Borussii stracili kontakt z rzeczywistością, prowadząc fatalną politykę transferową. Mimo iż mieli potężne długi, związany z klubem producent odzieży ochronnej Hans-Joachim Watzke przekonał kilkuset wierzycieli, by pozwolili mu podjąć misję naprawczą. Podstawą nowej, trzeźwej polityki było postawienie na zdolną młodzież i odbudowa relacji z fanami. Wspomnienia Watzkego o badaniach wśród tych ostatnich dobrze komponują się z opowieścią Piszczka: w Zagłębiu Ruhry ludzie oczekiwali uczciwego wysiłku i tego, że każdy człowiek związany z klubem będzie dawał z siebie wszystko. Zatrudnienie symbolizującego te cechy Kloppa wydawało się oczywistością.

Także obecny szkoleniowiec, 41-letni Edin Terzić, pasuje do etosu Borussii. Jest dzieckiem kolejnych nad Ruhrą gastarbeiterów, Bośniaka i Chorwatki, dorastał jako kibic tej drużyny. Zanim zaczął ją trenować, był bywalcem Żółtej Ściany – a rok temu płakał, stojąc przed nią, gdy jego podopieczni w ostatnim meczu sezonu stracili szansę na mistrzostwo. W tym roku w lidze szło mu kiepsko – zajął dopiero piąte miejsce i kilka razy mówiono, że straci pracę – ale awans do finału Ligi Mistrzów uratował mu posadę. W półfinale „ludowy klub” z Dortmundu pokonał nuworyszy z PSG. Po finale Terzić już nie musiał płakać: i on, i inni mieszkańcy Zagłębia Ruhry wspominać będą ten mecz z podniesionym czołem, nawet jeśli piłkarze Borussii w ostatnim kwadransie najpierw nie upilnowali Carvalaja przy rzucie rożnym, a później Maatsen zagrał piłkę pod nogi Bellinghama, ten zaś wyłożył ją Viniciusowi Juniorowi i Real ostatecznie wygrał 2:0.

Klub zwyczajny

Czym więc jest klub? W tym miejscu odpowiedź można by skomplikować. Borussia przez lata utrzymywała się w czołówce najlepszych drużyn Europy, ale wynajdywane przez nią młode talenty trafiały rychło do zamożniejszych firm: Bayern kupił Götzego i Lewandowskiego, Manchester City ściągnął Gündoğana i Haalanda. Bellingham przeniósł się do Madrytu właśnie z Dortmundu. W sobotnim finale o obliczu Borussii stanowili raczej weterani – i wypożyczony z Manchesteru United, niespełniony tam Sancho. Skądinąd: jedyny w tej drużynie, o którym można by mówić w kategoriach „gwiazdy”, natychmiast zastrzegając, że w Dortmundzie (podobnie zresztą jak w Madrycie u Ancelottiego) gwiazdy grają dla zespołu.

Nie o bieżące sukcesy sportowe i księgowe jednak chodzi, a bardziej o tradycję. I to podwójnie rozumianą. Tę, w której obudzeni w środku nocy kibice potrafią wymienić nazwiska dawnych sław. I tę, w której od pierwszej wizyty na stadionie – w towarzystwie ojca, starszego brata, kolegów ze szkoły – pozostają z klubem przez wszystkie późniejsze lata, niezależnie od tego, jak udane. „Na tym właśnie polega bycie fanem: czekać, znosić dziesięciolecia rozczarowań, lecz nie mieć wyboru w kwestii, komu dochowujemy wierności – tłumaczył to kiedyś czytelnikom „New Yorkera” Salman Rushdie w eseju przedrukowywanym później przez „Tygodnik”. – To jest nałóg. To jest monogamiczna miłość, póki śmierć nas nie rozłączy”. Obserwacje pisarza potwierdzają miliony życiorysów, w których łatwiej zmienić pracę, partnera, miasto i kraj, a nawet wyznanie niż drużynę, której się kibicuje.

Kulturoznawca i socjolog Piotr Majewski mówi w tym kontekście, cytując francuskiego badacza Pierre’a Norę, o konstruowaniu „historii drugiego stopnia”. Kluby są dla niego „miejscami pamięci”; ich obecność daje możliwość zanurzenia się w historii (zwłaszcza lokalnej czy miejskiej). „Identyfikowanie się z klubem pozwala na zarzucenie tożsamościowych kotwic – pisze Majewski – poczucia się częścią większej i trwalszej wspólnoty”. Pozwala też na opowiadanie – ustami fanów – o ważnych wydarzeniach z dalszej bądź bliższej przeszłości. „A wydarzenia te – nieustannie poddawane procesowi reinterpretacji – wciąż posiadają dużą kulturotwórczą i więziotwórczą moc”. Jednym z takich wydarzeń jest niewątpliwie finał Ligi Mistrzów, w którym ich drużyna wygrała – albo przegrała, ale dając z siebie naprawdę wszystko.

Kiedy przed kilkoma laty światem współczesnego futbolu wstrząsnął paroksyzm Superligi (jej projekt polegał na tym, by grupa najbogatszych klubów kontynentu grała tylko we własnym gronie), inny badacz tego sportu, Simon Kuper, przypominał, że jeszcze stosunkowo niedawno kluby nie uważały się za maszynki do zarabiania pieniędzy: angielska federacja aż do lat 80. XX wieku zabraniała ich właścicielom czerpania zysków z działalności. Czy idea klubu przypominającego w miarę wypłacalną organizację pożytku publicznego, bardziej muzeum niż cyrk, jest już nie do uratowania?

Tajemnica trzecia

Kulturoznawcy, socjologowie, religioznawcy także („Zlaicyzowane, zdegradowane, zakamuflowane mity i wyobrażenia mityczne spotykamy wszędzie: trzeba je tylko umieć rozpoznać” – pisał Mircea Eliade w eseju „Mity współczesnego świata”) posługują się swoistym językiem. A ludzie, których doświadczenia starają się opisać, swoje wiedzą. Patrząc na boisko, widzą bogów. Takich, którzy zeszli na ziemię z Olimpu, jak idealnie dośrodkowujący z wolnych czy rogów, w zasadzie przy tym niespocony (apolliński?) Kroos czy pędzący wzdłuż linii bocznej jak Hermes Vinícius Júnior, albo na chwilę wyłonili się z kuźni we wnętrzach Etny, jak Carvajal przy rogach w polu karnym Borussii. Widzą herosów, którzy jak Hummels wykonują herkulesową pracę powstrzymując szarże rywala. Widzą Syzyfa pchającego pod górę głaz, jak Reus, który swoją przygodę z Borussią zaczynał od przegranego finału Ligi Mistrzów i na przegranym finale skończył. O bachiczności Carla Ancelottiego zbyt wiele napisał on sam w swojej biografii (przypomnijmy: w tytule „Preferisco la coppa” słowo coppa może oznaczać tyleż puchar, co baleron), by rozwijać ten wątek.

Nie, nie zmierzam do konkluzji, że nad rywalami Realu w Lidze Mistrzów ciąży fatum, albo że np. sprawiedliwe niebiosa postanowiły ukarać Borussię za podpisanie nowej umowy sponsorskiej z koncernem produkującym broń. Powiem zresztą i to, że w futbolu wciąż zdarzają się mecze, w których strzelba nie wypala, a faworyt ponosi sromotną klęskę.

Dlaczego więc Real wygrał swój piętnasty Puchar Europy? Valdano ma rację: to tajemnica. Klub piłkarski służy do tego, by móc ją na nowo rozpoznać.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

1.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 1.00 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz
0.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 29.90 zł

TP Online: Dostęp roczny online

Grafika na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 23/2024

W druku ukazał się pod tytułem: Chwała królów, godność ludu