„Wiemy, gdzie przed meczem spotkasz Cristiano Ronaldo” – wabi jeden z dziesiątków internetowych nagłówków. „Chcesz autograf Cristiano Ronaldo, tu możesz spróbować szczęścia” – głosi inny wariant zapowiedzi tekstu przynoszącego informację, w jakim hotelu zatrzymają się piłkarze z Portugalii. To jest, najmocniej przepraszam, gdzie zatrzyma się On, wielki CR7, choć faktycznie w otoczeniu innych kadrowiczów, z których – gdyby patrzeć na aspekty czysto sportowe – niejeden domagałby się właściwie równie wielkiej uwagi.
Gdzie indziej przeczytamy, że gdy stawił się na zgrupowaniu drużyny narodowej, uwagę zwróciła jego droga stylizacja, a „zdjęcie zamieszczone przez CR7 podbiło sieć”. No jasne, że podbiło: ma na Instagramie 640 milionów obserwujących, czyli kilkanaście razy więcej niż Kamala Harris i Donald Trump razem wzięci. Blisko sześć milionów lajków, jakie zebrał pozując przez kilka sekund w dresie wartym ponoć 1200 euro (żałuję, że kliknąłem i pozyskałem tę informację; na pocieszenie zostało mi poczucie, że dres nieszczególnie różni się od każdego innego), kandydaci na przywódcę światowego supermocarstwa muszą kolekcjonować przez długie tygodnie, podróżując od stanu do stanu i z wiecu na wiec.
CR7 jak Beatlesi
O tym, z jakim fenomenem mamy do czynienia, świadczy nie tylko fakt, że bilety na warszawski, niezbyt w gruncie rzeczy istotny mecz Ligi Narodów rozeszły się w mgnieniu oka, a próbowało je kupić 400 tysięcy Polaków. Już w trakcie tegorocznych mistrzostw Europy w Niemczech spotkanie Portugalczyków z Turcją sześciokrotnie zakłócili wbiegający na boisko fani, usiłujący zrobić sobie selfie z idolem. Jeden z wielbicieli rzucił się nawet do stóp zmierzającego w kierunku stadionowego tunelu Ronaldo z wysokości trybun, ryzykując poważnymi obrażeniami.
Histeria, która towarzyszy jego występom – i tym na Euro, i temu warszawskiemu – przypomina czasy beatlemanii. Trudno się dziwić wrażeniu, że jest większy niż imprezy, na które przyjeżdża.
„W pewnym sensie Ronaldo jest już zbyt sławny, żeby po prostu grać w piłkę. Być może granie w piłkę stało się jedną z tych rzeczy, na które najsłynniejsi piłkarze nie mogą już sobie pozwolić, tak samo jak nie mogą już cieszyć się wyjściem na kawę i swobodnym spacerem po okolicy – ironizował latem publicysta „Guardiana” Barney Ronay. – Być może Ronaldo powinien zlecać takie czynności swoim pełnomocnikom i przedstawicielom. Być może mógłby za to nagrać jakiś filmik, który można by odtworzyć w trakcie meczu”.
Najsłynniejszy Portugalczyk i jego drużyna
Cytowałem Ronaya w artykule „Ile są warte łzy Ronaldo”, próbując rzecz skomplikować. Pisałem, że owszem: Portugalczyk jest awatarem wielu współczesnych obsesji, np. pogoni za pięknem (czy raczej: fizyczną, także seksualną atrakcyjnością), wieczną młodością i zdrowiem, sukcesem i pieniędzmi. Owszem, jego historię (przypomnijmy: dziecka urodzonego w wielodzietnej rodzinie, której ojciec, żołnierz wysłany na wojnę do Angoli, po powrocie popadł w alkoholizm; dziecka wypchniętego w świat, jak tylko ujawnił się jego talent, by na miejscu zrobiło się więcej miejsca dla pozostałych) zamienia się często w motywacyjną opowiastkę. Owszem, on sam skomercjalizował ją w sposób przyćmiewający skalą wszelkich Beckhamów tego świata.
Zarazem jednak nie potrafiłem i nadal nie potrafię się zgodzić na dominującą wówczas narrację, że to za sprawą ego Cristiana Ronaldo Portugalia nie potrafiła rozwinąć skrzydeł. Że blaknący nieco (przynajmniej w sensie sportowym) blask jego gwiazdy odbierał kolegom samodzielność i sprawczość. Miałem raczej i nadal mam poczucie, że im dłużej trwa jego kariera, tym mniej w nim narcyzmu. Że jeśli tak dużo bierze na swoje barki, to raczej z poczucia odpowiedzialności za drużynę.
Skądinąd to w sumie pocieszające, że nawet taki futbolowy arcymistrz nadal ma się czego uczyć, bo w tym sporcie najpiękniejsza jest właśnie umiejętność rozdzielenia odpowiedzialności na jedenaście, a z rezerwowymi, którzy mogą wejść na boisko – na szesnaście osób.
Cień wielkiej kariery
Patrząc na karierę Ronaldo nietrudno dostrzec coś więcej niż owe suby i lajki. I nie, nie mam na myśli tylko Złotych Piłek, wygranych Lig Mistrzów, tytułów mistrza Hiszpanii czy Anglii. Nawet na polu sportowym są w niej zaskakujące paradoksy. Czasami, jak na mundialu 2018 w meczu z Hiszpanią (pamiętacie jeszcze, jak uspokajał oddech przed fenomenalnym rzutem wolnym w końcówce?), faktycznie prowadził drużynę do sukcesu niemal samodzielnie. Czasami, jak w finale Euro 2016, kontuzjowany musiał złożyć los swojego jedynego złota z reprezentacją w ręce kolegów.
Ale suby, lajki, stylizacje i światła reflektorów, kierowane na niego w zasadzie od chwili wyjazdu z Madery (czyli już ponad ćwierć wieku), pozwalają dostrzec również mroczny cień wielkiej kariery. Z jednej strony od lat faktycznie był uwielbiany ponad ludzką miarę i uwielbienie to ponad ludzką miarę monetyzował. Z drugiej od zawsze musiał się mierzyć z szyderstwem, pogardą, kpiną i hejtem, eksplodującymi zwłaszcza gdy pojawiające się w jego oczach łzy zdradzały, jak bardzo mu zależy.
Hejt zostawia ślady
Pamiętam swój pierwszy tekst na jego temat. Był maj 2008 roku, Manchester United i Chelsea rozgrywały w Moskwie finał Ligi Mistrzów, Ronaldo zdobył bramkę, ale nie wykorzystał karnego, i tak się zdarzyło, że ów tekst znalazł się na tzw. szybie jednego z największych polskich portali.
Użyte jako nagłówek, dość niewinne zdanie wskazujące na dystans do już wówczas uwielbianego futbolisty spowodowało taką lawinę hejtu, że długo nie mogłem się po niej otrząsnąć.
Pamiętam, że szedłem przez park trzymając w ręku prehistoryczną z dzisiejszej perspektywy Nokię, łączyłem się przy jej pomocy z internetem, a potem z przerażeniem czytałem przyrastające w błyskawicznym tempie kolejne „komentarze” pod nieprzeczytanym chyba w całości artykułem. Po kilkunastu minutach takiej lektury zaczęło mi się wydawać, że już za moment z sąsiedniej alejki wyjdzie któryś z „komentatorów” i zrobi mi to, co przed chwilą zapowiedział.
Na wiele rzeczy się od tamtej pory uodporniłem, ale tę jedną świadomość zachowałem: internetowy hejt, jak każda przemoc, zostawia ślady w kimś, kto stał się jego obiektem. A wspominam o tym, bo Cristiana Ronaldo dotyczy to w stopniu niepomiernie większym niż któregokolwiek piszącego o nim dziennikarza – nawet jeśli o jego ochronę fizyczną dbają najlepsi fachowcy.
Dlaczego Ronaldo jeszcze gra
Na tytułowe pytanie odpowiadam zaś: Cristiano Ronaldo nie jest większy niż futbol. I to właśnie dlatego wciąż ten sport uprawia, choć w minionych latach wygrał już wszystko, a zarobił jeszcze więcej. I choć im jest starszy, tym trudniej mu uciec od tych wszystkich pytań, czy nie przeszkadza drużynie, czy się nie skończył i kiedy ciało ostatecznie odmówi mu posłuszeństwa.
Nie chodzi o suby i lajki, choć oczywiście one też mogą być uzależniające. Nie chodzi o wyśrubowanie rekordu występów w reprezentacji. Nie chodzi o pragnienie strzelenia jeszcze większej liczby goli albo zdobycia jeszcze większej liczby tytułów (nie oszukujmy się: w wieku 39 lat, jako piłkarz grający na co dzień w Arabii Saudyjskiej, tych najważniejszych już zdobywał nie będzie). Chodzi o samą esencję doświadczenia zaklętego w uprawianiu tego sportu.
Pisałem o tym w trakcie Euro: w świecie, w którym wszystko wydaje się upozowane jak celebracje po strzelonym golu, w świecie, w którym wszystko daje się przeliczyć na pieniądze, wciąż można wyjść na boisko i wziąć udział w spektaklu, którego rozstrzygnięcie do końca pozostaje niewiadomą, sukces hegemona wisi na włosku, zachwycają nie ci, po których się tego spodziewano – i w którym nie da się już być kowalem swojego losu, przeciwnie: trzeba ów los złożyć w dłonie innych.
Nawet jeśli Cristianowi Ronaldo wciąż się chce – i nawet jeśli Robert Lewandowski znów jest w znakomitej formie, być może nie oni zostaną w sobotni wieczór bohaterami.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.


















