Do samego końca wisiało w powietrzu pytanie: czyżby wreszcie Smarzowski? Tymczasem jury pod przewodnictwem Magnusa von Horna, ubiegłorocznego laureata, zgotowało niespodziankę. Bez wątpienia najmocniejszy i najżywiej dyskutowany tytuł gdyńskiego konkursu, „Dom dobry”, wyjechał z Gdyni bez żadnej statuetki. Bank rozbili „Ministranci” Piotra Domalewskiego i ów bezpieczny, a może nawet pojednawczy werdykt dobrze podsumowuje najważniejszy festiwal polskich filmów fabularnych, który świętował w tym roku swoje półwiecze.
50. Festiwal Polskich Filmów Fabularnych: jubileusz i nowe otwarcie
W związku z tym jubileuszem tegoroczne święto polskiego kina było czymś w rodzaju wielkiego podsumowania i jednocześnie wypatrywaniem nowego otwarcia. To pierwsze dawało o sobie znać na każdym kroku, przypominając, czym był ten festiwal przez ostatnie 50 lat. W końcu to właśnie w Gdyni, a wcześniej w Gdańsku, wydarzała się historia – i nie tylko polskiego kina. Pokazywane tutaj tytuły inicjowały debaty, dokąd zmierza nasz filmowy statek, nasza kultura, cały nasz kraj, a decyzje selekcjonerów czy jurorów bywały następstwem rozmaitych okoliczności politycznych.
Podczas jubileuszowej edycji rządziły więc powtórki i „wspomnień czar”, ale także smutne upamiętnienia: Leszka Kopcia, zmarłego niedawno wieloletniego dyrektora tej imprezy, czy reżysera Marcina Wrony, którego tragiczną śmierć podczas festiwalu przeżywaliśmy równe 10 lat temu.
Nie mogło być jednak w jubileuszowej Gdyni wyłącznie celebrowania przeszłości czy rozpamiętywania dawnej świetności, albowiem program, stworzony pod okiem dyrektor artystycznej Joanny Łapińskiej, był szalenie rozbudowany. Szkoda tylko, że w głównej sekcji konkursowej, która zawsze wzbudza największe emocje, czuć było ledwie powiew czegoś naprawdę świeżego.
Chopin Kwiecińskiego i Kafka Holland: dwie zupełnie odmienne biografie
Samo otwarcie festiwalu z pewnością tego nie zwiastowało, zobaczyliśmy bowiem długo wyczekiwaną superprodukcję „Chopin, Chopin!”, która mimo realizacyjnego rozmachu i paru nowoczesnych rozwiązań inscenizacyjnych nie zasłużyła na ten wykrzyknik, a chwilami unosiła się nad nią ciężka woń lekarstw i naftaliny. Więcej o filmie Michała Kwiecińskiego napiszę w następnym numerze, przy okazji kinowej premiery – dość powiedzieć, że to raczej długi film o chorobie i umieraniu niż o artyście czy jego muzyce.
Szanując taki koncept, podobnie jak i walory plastyczne filmu (zasłużone nagrody za scenografię dla Katarzyny Sobańskiej i Marcela Sławińskiego oraz za kostiumy dla Magdaleny Biedrzyckiej i Justyny Stolarz), trudno pomieścić w sobie to nasycenie formą i równoczesny niedosyt treści, co w przypadku produkcji tak kosztownej, a zarazem z tak dużym potencjałem dla międzynarodowej widowni, musiało zgrzytać.
Na szczęście Agnieszka Holland w swojej ucieczce przed klasyczną biografią filmową znalazła dużo ciekawszy i całkiem nowoczesny sposób na swojego bohatera. Jej „Franz Kafka” to bowiem portret zwielokrotniony i zawsze gdzieś odbity – w spojrzeniach krewnych, przyjaciół i bliskich mu kobiet, w obrazach wyjętych żywcem z jego prozy, w literaturoznawczych kliszach i strywializowanych wizerunkach na sprzedaż.

Reżyserka nie udaje, że zdobyła klucz do swojego bohatera. Poszukuje go bezustannie, krążąc po Pradze, Wiedniu i austriackim sanatorium; meandruje także w czasie, albowiem jej Kafka to coś więcej niż postać historyczna. Film pozwala zobaczyć w nim wielu Franzów: zwiastuna totalitaryzmu, potencjalną ofiarę Zagłady, zmumifikowaną atrakcję turystyczną albo nigdzie niepasującego outsidera, w którym mogliby się przejrzeć współcześni nadwrażliwcy.
Zaś nagrodzony za tę rolę niemiecki aktor Idan Weiss przeszywa swoim kafkowskim spojrzeniem, kiedy spogląda prosto w kamerę – jakby jego bohater chciał nam dziś powiedzieć coś ważnego, przerażony powtarzalnością mechanizmów historii i ludzkich zachowań.
Jeśli dodać do tego wizualną maestrię (Tomasz Naumiuk otrzymał w Gdyni nagrodę za zdjęcia, a Gabriela Poláková za charakteryzację) i wielce oryginalną ścieżkę dźwiękową autorstwa trójmiejskiej Trupy Trupa, tegoroczne Srebrne Lwy wydają się w pełni zasłużone. Pozostaje trzymać kciuki za nominację dla „Franza Kafki” do Oscara. Mimo że to koprodukcja polsko-czesko-niemiecko-francuska, film został niedawno zgłoszony jako kandydat polski.
Quebonafide, wampirzyce, LARP: co interesuje młodych twórców kina
Podczas gali zamknięcia festiwalu Holland apelowała do środowiska, by nie rezygnowało z twórczej odwagi. Jeszcze niedawno mówiło się o niej w kontekście politycznej cenzury i autocenzury, dziś reżyserka miała zapewne na myśli innego rodzaju naciski i kalkulacje, może nawet bardziej niebezpieczne, bo wyrosłe ze zwykłej wygody, a pośrednio z zimnych algorytmów, formatujących zarówno twórczość, jak i jej odbiór.
Między innymi dlatego coraz trudniej przebić się na ekrany z czymś oryginalnym i świeżym. I to raczej najmłodsza generacja polskich twórców, operująca niewielkimi budżetami, pielęgnuje w sobie jeszcze tę odwagę. Czego dowodem choćby nagrodzone za debiut i za wyjątkowy wkład artystyczny „Północ/Południe” Sebastiana Pańczyka z konkursu Perspektywy, czyli niebanalny portret wokalisty Quebonafide. Ogląda się to zrazu jak kompilację wideoklipów, choć z czasem układają się one w musical albo kreacyjny dokument muzyczny, uchylając coraz więcej zza scenicznej persony bohatera, w tym jego zmagania z chorobą afektywną dwubiegunową.
Dało się zaobserwować ten zwrot pokoleniowy nie tylko w metrykach twórców, ale i w nowej wrażliwości, która bynajmniej nie spływała z ekranu jakąś jednolitą, odgórnie wywołaną falą. Czasem przybierała kształt kina gatunkowego, jak w sympatycznej parodii horroru „Życie dla początkujących” Pawła Podolskiego, gdzie w domu spokojnej starości można spotkać humanitarną wampirzycę (bardzo dobra Magdalena Maścianica), pośmiać się z egzystencjalnych strachów i międzyludzkich niezręczności. Ale to „życie dla początkujących”, rozumiane już bardziej bezpośrednio, jako nieporadne mocowanie się z dorastaniem czy dorosłością, powracało jeszcze wielokrotnie i z o wiele większym przytupem.
Brawurowo pokazał je Kordian Kądziela w filmie „LARP. Miłość, trolle i inne questy”. Reżyser popularnego serialu „1670”, w dużej mierze z udziałem tamtejszej obsady, debiutuje na dużym ekranie opowieścią o klasowym przegrywie, który szuka ucieczki w zbiorowych inscenizacjach fantasy (LARP to gra fabularna na żywo, której uczestnicy wcielają się w postacie z fikcyjnych światów).
Tylko czy można w elfickim przebraniu odnaleźć siebie? Czyli: „odzyskać” relację z ojcem (nagrodzony Andrzej Konopka), szkolną miłość i jeszcze wiarę w to, że światem nie rządzą wyłącznie tępa siła i kasa? Lecz nawet, jeśli jest to kino typowo młodzieżowe, jego naiwność zdaje się trochę zwodnicza. Przy okazji dobrej zabawy wiele się można dowiedzieć o „jaskółczych niepokojach” i nieznanych szerzej schronach budowanych przez tak zwaną generację Zet.
Nagrody dla Emi Buchwald: akt odwagi gdyńskiego jury
Wyczuwa się w tych młodych filmach podwyższoną świadomość tego, jak trudną przeprawą bywa wchodzenie dzisiaj w życie. Znać w scenariuszach wpływ „kultury terapeutycznej”, traktowanej wszelako z dużym dystansem, a czasem w formie zaskakująco dojrzałej, jak w rewelacyjnym debiucie Emi Buchwald „Nie ma duchów w mieszkaniu na Dobrej”. Trzeba przyznać, że słynna pokoleniowa „przygnęba” jeszcze nigdy nie miała na polskim ekranie tak autentycznego i zarazem tak ciepłego wyrazu.
Ktoś powie: ot, typowa warszawka, problemy pierwszego świata, wydumane rozkminy dzisiejszych „płatków śniegu”... Jednak ta opowieść o czwórce rodzeństwa, niby dorosłego, chociaż ciągle niegotowego na prawdziwą dorosłość, zaskakuje na każdym kroku. Najpierw tym, w jaki sposób aktorzy – profesjonalni, jak nagrodzona za drugoplanową rolę Karolina Rzepa, i naturszczycy, jak raper Szczyl – bezszwowo, w dużej mierze intuicyjnie, wchodzą w swoje postacie. A wreszcie, jak reżyserka, znana ze świetnych krótkich metraży, solidnym i zarazem bardzo swobodnym gestem stwarza ten czterogłowy organizm zwany rodziną, acz ze znaczącą nieobecnością rodziców.
Tu wszystko dzieje się gdzieś „pomiędzy”. Między tęsknotą za bliskością a jej uzależniającym ciężarem. Między obecnym zawieszeniem w czasie (wszyscy o coś ważnego zabiegają, lecz tak naprawdę kręcą się w kółko) a z wolna oswajanymi demonami przeszłości (do końca niesprecyzowanymi, choć jeden z nich materializuje się pod postacią włochatego dusiołka). Wreszcie, pomiędzy modnym kinem o wysokowrażliwych dzieciakach (patrz: serial „Tacy właśnie jesteśmy” Luki Guadagnino) a czymś bardzo swojskim, niczym pamiętana z dzieciństwa domowa baza zrobiona z koców i poduszek. Dwie ważne nagrody dla Buchwald, za reżyserię oraz Złoty Pazur im. Andrzeja Żuławskiego, nie wspominając o uhonorowaniu filmu przez dziennikarzy, mówią same za siebie. W tym przypadku gdyńskie jury zdobyło się na akt odwagi.
„Ministranci” Domalewskiego: takiego kina potrzebujemy
To poszukiwanie przez młodych i bardzo młodych bohaterów własnoręcznie zbudowanego schronu powracało w wielu konkursowych filmach, chociaż już nie tak oryginalnych. Np. w „Bracie” Macieja Sobieszczańskiego, brutalnej historii o chłopcach dorastających bez ojca i jednocześnie w cieniu ojca, odsiadującego właśnie wyrok.
Chłopcy próbują przejąć jego funkcje, ale podczas gdy starszy (nagrodzony Filip Wiłkomirski) widzi w tym przede wszystkim odpowiedzialność za rodzinę w rozumieniu opiekuńczym, to młodszy, przygotowujący się do pierwszej komunii, postrzega swoją rolę głównie w kategoriach władzy, zmierzając ku agresji i autodestrukcji. Zdjęcia Jolanty Dylewskiej wprowadzają ciekawą dezorientację w postrzeganiu bohaterów, którzy najpierw muszą stracić niewinność, żeby dorosnąć naprawdę.
Także w zwycięskich „Ministrantach” wracają podobne tęsknoty i równie przekonywające dziecięce role. Tyle że Domalewski sięgnął po diametralnie odmienną konwencję, by łotrzykowskim tonem opowiedzieć ewangeliczną z ducha historię o trzynastoletnich superbohaterach. Oto w kościelnych komżach i wydzierganych przez babcię kominiarkach zwyczajni niezwyczajni chłopcy próbują naprawiać świat, zepsuty przez dorosłych.
Przez chciwy i nieautentyczny w swojej wierze kler, przez swoich niewydolnych rodziców i równie dysfunkcyjny system społeczny, który słabe, niezaradne jednostki wyrzuca na margines. Bawiąc się w detektywów, janosików, spowiedników, a tak naprawdę w naśladowców Jezusa, próbują przywrócić utracony ład, choć w tym wymierzaniu sprawiedliwości kiedyś wreszcie będą musieli zderzyć się ze ścianą.
Patrząc na powodzenie tego filmu (prócz Grand Prix i nagrody publiczności, Domalewski uhonorowany został za scenariusz, a Agnieszka Glińska za montaż), widać dobrze, na jakie kino jest dziś szczególne zapotrzebowanie. Przede wszystkim na sprawnie i z wdziękiem opowiedziane historie, które przez chwilę przywracają nam wiarę w porządek tego świata, nawet jeśli brzmią mało wiarygodnie i trochę zbyt dosłownie.
„Ministranci” ze swoim chrześcijańskim i zarazem antyklerykalnym przesłaniem mają wiele wspólnego z równie utytułowanym „Bożym Ciałem” (2019) Jana Komasy, wyprodukowanym przez tę samą firmę Aurum Film. Gwoli przypomnienia, to właśnie dofinansowanie „Ministrantów” przez PISF stało się przedmiotem niesławnych personalnych przetasowań w tej instytucji.
Smarzowski i Pasikowski bez wyróżnień
Złote Lwy dla tego rodzaju filmu w jakimś sensie tłumaczą totalną przegraną filmu Smarzowskiego. Dla wielu „Dom dobry” to czysta smarzowszczyzna, jeszcze jedno „kino robione siekierą”, rozmiłowane w nagiej przemocy. Tym razem tej domowej, najgłębiej ukrytej. Co więcej, znowu kino „antypolskie”, bo przecież tytuł filmu pisany jest w biało-czerwonych barwach, a czarny charakter nosi nazwisko Nowak, co sugeruje daleko posunięte uogólnienie.
To jednak żywe, poszukujące i jakże potrzebne społecznie kino. Opowiada historię młodej kobiety (Agata Turkot), wychodzącej za porządnego faceta (Tomasz Schuchardt) z gustownym mieszkaniem i dobrymi książkami na półkach, który jednak okazuje się domowym katem. Gdyby reżyser poprzestał na samej dosłowności, byłby to film wyłącznie interwencyjny, ale twórca „Wesela” co chwila bierze tę przemoc w nawias, pokazując wewnętrzne rozszczepienie bohaterki.
Sprawia to, że wyświetlają się nam równolegle dwa różne filmy: o tym, co jest, i jak być mogło albo powinno. Po drodze odsłaniają się odwieczne mechanizmy przemocy – uzależnienie od niej, stosowane przez nią maski, usprawiedliwienia i wyparcia, powtarzalne cykle, powielane toksyczne wzory. A do tego ujawnia się jej wymiar systemowy, w postaci niewydolnej policji, sądu, organizacji pomocowych.

Oczywiście, nawet przy tak wyrafinowanej formie (a może właśnie przez nią?) muszą pojawiać się wątpliwości, czy więcej w tym empatii, czy eksploatacji z estetycznym naddatkiem. Czy pokazując, jak działa cicha przemoc psychologiczna zwana gaslightingiem, Smarzowski przypadkiem sam jej nie uprawia. Najwyraźniej gdyńscy jurorzy znaleźli jednoznaczną odpowiedź na te niełatwe pytania.
W werdykcie nie było również miejsca dla nowego filmu Władysława Pasikowskiego, ale ta decyzja chyba nikogo nie zdziwiła. W 1992 r. jego „Psy” wyjeżdżały z Gdyni z furą nagród, były ważnym zapisem czasu ustrojowej transformacji i postkomunistycznych rozliczeń oraz popisem rzemieślniczej sprawności. Dziś nie pomógł nawet Bogusław Linda w roli twardziela na emeryturze, przygnieciony terminalną diagnozą i wplątany w grubą zimnowojenną intrygę.
Film można już oglądać w kinach i pewnie znajdą się tacy, którzy zobaczą w nim nostalgiczny powrót czy bezczelną autoparodię. Bo jest tu przecież i beztroskie political fiction, i grubo ciosany western (a właściwie eastern) z samotnym szeryfem oraz, rzecz jasna, ze sprzedajną kobietą (Karolina Gruszka). A do papieskiej intrygi dopisał scenarzysta jeszcze bardziej kuriozalny wątek z marca 1968 r., seryjne dzieciobójstwo na prowincji i księżowską pedofilię.
Widać w tym jednak duże zmęczenie materiału, które samo w sobie mogłoby być ciekawym tworzywem, gdyby je potraktować z większym przymrużeniem oka i reżyserskim dystansem do siebie. Bo wbrew pozorom to kino nie daje żadnej satysfakcji z powracania do rzeczy znanych i lubianych, a w przeciwieństwie do filmu Smarzowskiego niczym nie ryzykuje.
Ważne i piękne momenty festiwalu w Gdyni
Z tego konkursu, który wydawał się mocno nierówny, a przez to przeładowany, wolę zapamiętać to, co było jakimś małym aktem ekranowej odwagi. Np. niespokojne duchy z ulicy Dobrej, obnażone i kruche ciało Franza Kafki, frenetyczne jazdy kamery po XIX-wiecznych paryskich salonach, walkę trolli z orkami w śląskich lasach, wizjer, przez który maltretowana kobieta ogląda swoje życie, nielegalne nagranie z konfesjonału, które może zmienić czyjeś życie...
Z rzeczy ważnych była też pierwsza polska opowieść o współczesnym półniewolnictwie, czyli dość schematyczny w formie film „CAPO” Roberta Kwilmana, kolejnego zresztą debiutanta. Skoro aż takim koszmarem może być legalna imigracja ekonomiczna Latynosów do naszego kraju, to można sobie wyobrazić, w jakich warunkach pracują ci „nielegalni”.
A z rzeczy pięknych dobrze było usłyszeć (i zobaczyć) Orkiestrę Klezmerską Teatru Sejneńskiego w debiucie Toli Jasiowskiej pod tytułem „Klarnet”. Pozostaje tylko pytanie, do których filmów pokazywanych w tym roku w Gdyni będzie chciało się wracać przy okazji kolejnych jubileuszy.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















