Ale ja już mam rodzinę” – odpowiada młodziutki Jackson showbiznesowym rekinom, którzy chcieliby go zagarnąć pod swoją kuratelę. Jest już wtedy kurą znoszącą złote jajka i w tych szczerych, czy może rozbrajająco naiwnych słowach, zawiera się cały jego ówczesny dramat: wiecznego dziecka, które prawie wszyscy wokół, włącznie z ojcem, usilnie próbują w tym dziecięctwie zatrzymać.
Opowieść, której zabrakło
I mogła powstać z tego pasjonująca, uniwersalna w swej wymowie historia wielkiego upupienia (syna, mężczyzny, artysty), która wkrótce odbije w dużo bardziej śliskie rejony władzy i przemocy, nawet jeśli domniemanej. Mamy tymczasem doskonale obły, zatrzymany w księżycowym półkroku biopik.
Niby o wyrwaniu się z rodziny, choć ostatecznie to rodzina Jacksonów, kontrolująca powstawanie tego filmu, bierze tutaj wszystko. Aczkolwiek, jak to czasem bywa w takich pluszowych historiach, sporo w „Michaelu” tropów, które uruchamiają wyobraźnię, jakim filmem mógłby on być, gdyby aż tak bardzo go nie ocenzurowano i wygładzono.
Amerykański sen Jacksonów
Moglibyśmy na przykład dostać opowieść o marzeniach i aspiracjach wielodzietnej rodziny Afroamerykanów z Indiany, dla których przemysł rozrywkowy jest jedyną, może poza sportem, ścieżką wybicia się w społeczeństwie, ciągle naznaczonym rasowymi podziałami.
Widzimy w filmie Antoine’a Fuqua, jak patriarcha rodu Joe Jackson (w tej roli wyrazisty Colman Domingo) próbuje za pomocą ostrej tresury spełnić swój amerykański sen i wylansować swoje rozśpiewane dzieci. Jego najmłodszy i najzdolniejszy synek dobrze przyswoi sobie tę lekcję, popadając w jeszcze większą obsesję doskonałości, tak w morderczej pracy, jak i w wyglądzie. Swoją drogą, operacja plastyczna nosa, która zapoczątkuje ciąg fizycznych transformacji Michaela, na ekranie też ma swoje źródło we władzy ojca, przezywającego swą latorośl „Nochalem”.
W tym właśnie miejscu rodzinna opresja mogłaby się wpisać w szerszy kontekst – oto mały Michael posiada co prawda złoty głos i gibkie ciało, ale jest zbyt „afro”, żeby zostać królem popu. Musi więc się „wybielać”, aczkolwiek w dorosłym życiu coś tam będzie przebąkiwał o „czarnej dumie”.
Biografia pod rodzinnym nadzorem
Gdyby rodzina Jacksonów nie miała aż takiego wpływu na kształt filmu, począwszy od scenariusza Johna Logana aż po obsadę (Michaela gra, bardzo zresztą mimetycznie, jego bratanek Jaafar Jackson), moglibyśmy zobaczyć historię o skomplikowanym człowieku – a nie tylko o ofierze ojcowskiej przemocy i skrzyżowaniu geniusza z aniołem czy kosmitą.
Bez przerwy podkreśla się tutaj odmienność i wyjątkowość Jacksona, czyli Piotrusia Pana, który w dorosłym wieku buszuje po sklepach z zabawkami, uwielbia lody i stare filmy, a jego posiadłość przypomina małe zoo. Bo skrzywdzony przez ludzi Michael najbardziej kocha zwierzęta, pluszaki, no i oczywiście dzieci, które odwiedza w szpitalach i bezinteresownie obsypuje prezentami.
Tak jakby nic nie zwiastowało (film kończy się w 1988 r.) późniejszych oskarżeń o zbyt poufałe relacje z małymi chłopcami. Jakby Nibylandia nigdy nie została skażona, choćby samymi wątpliwościami. Ot, „stary malutki” uciekający we własny świat – takim wizerunkiem karmieni byliśmy przez całe dekady. I nie wszystko da się wytłumaczyć tym, że rodzina chłopca, który miał być seksualną ofiarą Michaela, wymusiła na producentach korektę gotowego materiału zdjęciowego.
„Michael” usiłuje przywrócić Michaelowi utraconą niewinność. Tę zabraną mu przez tabloidy czy głośny dokument „Leaving Neverland” Dana Reeda sprzed siedmiu lat, usunięty z oferty HBO Max na skutek działań prawnych podjętych przez spadkobierców artysty (jego majątek szacuje się dzisiaj na ponad 2 mld dolarów).
Przywracanie niewinności
Chodzi zatem w filmie o wybielenie – nomen omen – wizerunku Michaela i nawet rzekomo aluzyjny utwór „Bad” w finale nie zapowiada, by kolejne odsłony tej filmowej biografii cokolwiek miały zmienić. Chociaż nie cała rodzina Jacksonów podpisała się pod „Michaelem”, otrzymujemy kino familijne w wielu znaczeniach tego słowa. I jako filmowy gatunek (bo mamy do czynienia z kinem unikającym kontrowersji), i jako doskonały produkt marketingowy pod rodzinnymi auspicjami.
Powstało kolejne generyczne dzieło z serii „narodziny gwiazdy”, oparte na wyimkach z Wikipedii, na czysto promocyjnym pomyślunku i stylistyce łatwej do podrobienia przez sztuczną inteligencję. Próbuje powiedzieć nam coś o buncie – przeciwko pazernemu i przemocowemu ojcu, który po ciężkim wypadku syna dopytuje się lekarzy, kiedy ten wreszcie będzie mógł wrócić na scenę. Pośrednio mówi też coś o systemie, albowiem toksyczny Joe Jackson uosabia cały porządek rynkowy, który opowieściami o „muzycznej rodzinie” próbuje odwrócić uwagę od mechanizmów, jakimi eksploatuje się artystów.
Ale to wydaje się drugorzędne dla twórców „Michaela” – liczy się prosta opowieść o najeżonej przeszkodami drodze na szczyty, która zdaje się tylko pretekstem dla prezentacji playlisty złożonej z najbardziej znanych wczesnych kawałków. Często puszczanych z ekranu w całości i faktem jest, że trudno przy nich usiedzieć w miejscu.
Michael Jackson zasłużył na więcej
Przed nami film o tym, jak Michael Jackson zamienił dziecięcą piżamkę, w której odbywał pierwsze domowe próby, na obsypaną brokatem stylówkę. O tym, jak przestał być w końcu częścią zespołu Jackson 5, adoptował szympansiątko i zwolnił z pracy własnego ojca. Poznajemy genezę słynnych choreografii, zaglądamy na plan legendarnych teledysków i… tyle. Może więc jest to po prostu film fanowski, bazujący w dodatku na ejtisowej nostalgii?
Adresowany także do nowej generacji fanów, jakkolwiek ta bywa dużo bardziej uwrażliwiona na ciemniejsze strony gwiazdorskich życiorysów. Wygumkowując dyskutowane w ostatnich latach podejrzenia związane z Jacksonem, film wyrywa tę postać z niewygodnych kontekstów, pozostawiając nas z jej niekwestionowanym dziedzictwem muzycznym, ale i niesmakiem. Wszystko bowiem w „Michaelu” – w tym również jego widowiskowość i energia – stają się trochę podejrzane. Nie mówiąc o tym, co czujny widz dostrzeże „między kadrami”.
Pytanie, czy w najbliższych latach uda się komuś w kinie przeskoczyć serwowane nam od lat banały czy sensacje i stworzyć uczciwszy, bardziej pełnokrwisty portret twórcy „Thrillera”. Ten jest obrazem ikonicznym, namalowanym sprawnie, acz bez większego polotu i niestety na kolanach. Jako artysta Michael zasłużył na coś więcej.
„MICHAEL” – reż. Antoine Fuqua. Prod. USA 2026. Dystryb. UIP. W kinach.
Antoine Fuqua zaczynał od kręcenia teledysków, m.in. Prince’a, Steviego Wondera, Coolio czy Ushera. Zadebiutował filmem „Zabójczy układ” (1998) z Mirą Sorvino. Ma też na koncie „Dzień próby” (2001), liczne filmy akcji i kryminały, a także kolejny amerykański remake klasyka Akiry Kurosawy, czyli „Siedmiu wspaniałych” (2016) z Denzelem Washingtonem.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















