Nadmorski folklor, królowa z Łeby i wędzone makrele. Iga Lis opowiada o filmie dokumentalnym „Bałtyk”

Iga Lis, reżyserka: Bardzo chciałam nakręcić dokument o Bałtyku. Kiedy zobaczyłam kolejkę do blaszanej budki, gdzie wędzone ryby sprzedawała dynamiczna kobieta z rozwianymi włosami, poczułam w żołądku, że to jest „to”.
Czyta się kilka minut
Przed wędzarnią „U Mieci", Łeba. Film dokumentalny „Bałtyk”, reż. Iga Lis // materiały dystrybutora So FILMS
Przed wędzarnią „U Mieci”, Łeba. Film dokumentalny „Bałtyk”, reż. Iga Lis // materiały dystrybutora So FILMS

Ewelina Burda: Jak się wędzi rybę nad Bałtykiem?

Iga Lis: To bardzo czasochłonny proces, trzeba być cierpliwym, ale też szybko odhaczać kolejne etapy: czyszczenie, patroszenie, solenie, osuszenie, wędzenie, studzenie. W wędzarni U Mieci jest na to sekretny przepis, który znają nieliczni wtajemniczeni; oni wiedzą, jak oporządzić rybę, by była najsmaczniejsza. A ja nie podejmuję się opowiadania o nim; gdybym coś źle wytłumaczyła, pani Miecia byłaby na mnie naprawdę zła.

Pani Miecia to bohaterka Twojego dokumentalnego debiutu, filmu „Bałtyk”. Nazywana „Królową Łeby”, od czterdziestu lat prowadzi tam kultową wędzarnię ryb. Jak na siebie trafiłyście?

Chciałam nakręcić film dokumentalny o Bałtyku, pojechałam z otwartą głową szukać historii. To było trzy lata temu. Trafiłam m.in. na 80-letniego rybaka, który organizuje pielgrzymki kutrami rybackimi na morzu. Urzekła mnie też historia ośrodka wypoczynkowego w Dźwirzynie, który też nazywa się „Bałtyk”, a w nim historie miłosne i rodzinne ludzi, którzy wracają tam od lat. 

Pani Miecia w swojej wędzarni. Film dokumentalny „Bałtyk”, reż. Iga Lis // materiały dystrybutora So FILMS

Ale szukałam dalej. I pod sam koniec wyjazdu trafiłam do Łeby. Był weekendowy poranek, wyszłam na spacer i zobaczyłam, jak do małej blaszanej budki ustawia się solidna kolejka. Wędzone ryby sprzedawała tam dynamiczna, starsza już kobieta, w roboczym podkoszulku, z rozwianymi włosami i odpalonym papierosem w dłoni. Było głośno, wesoło, swojsko. Naprawdę poczułam w żołądku, że to jest „to”. Może to był instynkt?

Pani Miecia daje się poznać jako konkretna kobieta interesu, wędzarnia jest jej centrum wszechświata, ona sama lubi poszefować. I do tego zadymionego otoczenia, gdzie roboty w sezonie jest ciągle za dużo, przyjeżdżasz Ty: młoda dziewczyna z Warszawy, która chce zrobić film. Nawiązując do memów z Igą Światek można powiedzieć, że do Mieci przyjechała jakaś „gówniara z kamerą”.

O, podoba mi się ta „gówniara z kamerą”.

A pani Mieci się spodobała? 

Na początku w wędzarni myśleli, że mam takie zadanie szkolne: że jestem z filmówki i muszę coś zrobić na zaliczenie. Przygarnęli mnie chyba trochę z litości, pozwolili kręcić, a z czasem zobaczyli, że traktuję to bardzo serio, z pasją. Od początku podchodzili z szacunkiem do mojego pomysłu: zarówno pani Miecia, jej zięć Dawid, który jest tam bardzo ważną postacią, i cała różnorodna ekipa współpracowników.

Kolejka do kiosku pani Mieci. Film dokumentalny „Bałtyk”, reż. Iga Lis // materiały dystrybutora So FILMS

W wędzarni i w życiu pani Mieci spędziliście dwa lata.

Ale dużo czasu spędzaliśmy bez kamery, bo nie chodziło nam o nagrywanie wszystkiego, a o poznanie się.

Wchodząc w to prawdziwe życie, słuchając rozmów – czułaś się podglądaczką?

To jest czasami naprawdę dziwna rola, autorki takiego filmu. I ma wiele wymiarów. Na początku jesteś kimś z zewnątrz i widzisz wszystko powierzchownie. Jest ci trudniej, bo musisz poznać tych ludzi, ale i łatwiej, właśnie dlatego, że jeszcze się dobrze nie znacie. Potem, gdy relacja się buduje, to już nie tylko widzisz to czyjeś życie, ale jesteś jego częścią. Gdy pojawiają się zmiany w wędzarni, gdy życie miłosne kogoś z ekipy się komplikuje, zdrowie szwankuje, współodczuwacie te rzeczy. Nie da się być tak długo tylko „obok”.

To jak opowiedzieć prawdę o kimś, kto staje się bliski, bez pokazywania go tylko w dobrym świetle? Kiedy opuszcza się kamerę?

Wyłączaliśmy kamerę często, ale nie wtedy, kiedy stwierdzałam, że bohaterka wypada niekorzystnie, tylko wtedy, kiedy uważałam, że film idzie w kierunku sensacyjnym. To zawsze była nasza wspólna decyzja z operatorem. Bardzo ważny był późniejszy montaż, bo na tym etapie zaangażowały się w pracę nad „Bałtykiem” osoby, które nie znały bohaterów, miały dystans. I mogły pomóc wyważyć tę historię, bo film dokumentalny to nie jest laurka. A na pewno nie powinien nią być.

A czym powinien być?

Chcieliśmy, żeby to było zderzenie naszej wizji i wrażliwości z bardzo bliską perspektywą głównej bohaterki. „Bałtyk” jest portretem kobiety, ale też ludzi wokół niej, całego uniwersum. Dla mnie najlepszym dowodem na to, że zrobiliśmy to odpowiedzialnie, był pokaz „Bałtyku”, który otwierał Krakowski Festiwal Filmowy. Wtedy wszyscy, bohaterowie i cała ekipa filmowa, mogliśmy siedzieć koło siebie w jednym kinowym rzędzie, razem to celebrować. Dla wszystkich to, co pokazywano na ekranie, było w porządku.

Mówisz, że to portret kobiety: a w waszym budowaniu relacji z Miecią pomógł aspekt płci? Mimo że byłaś „gówniarą”, to jednak też babą.

Bardzo pomógł i na pewno wpłynął na moje patrzenie na bohaterkę. Miecia jest imponującą kobietą. I nie chodzi tu o jakieś wielkie słowa i czyny, ale codzienną postawę, wytrwałość w pracy, wiarę w to, co robi. Patrzyłam na nią od początku nie tylko z szacunkiem, ale też z chęcią zrozumienia i poznania recepty na to wszystko, co przede mną.

W opowieści o silnej kobiecie jest też fragment o tym, jak dać się sobie zaopiekować i odpocząć, po raz pierwszy w życiu. 

Lekarz skierował Miecię do sanatorium, mogła wybrać lokalizacje. I wybrała sanatorium położone bardzo daleko od Łeby. Zapytałam ją: „Czemu? Przecież to logistycznie nie ma sensu”. A pani Miecia powiedziała, że tylko duża odległość sprawi, że nie będzie wsiadać nocą do samochodu, żeby doglądać interesu.

Ostatnio podczas jednego z pokazów ktoś zadał Mieci pytanie, co ona sama wyciągnęła z filmu. Powiedziała wtedy, że zrozumiała, jak ważne jest zwolnienie i wypoczynek. Więc jeżeli mogę tutaj mówić o jakimś swoim osobistym sukcesie, to są nim te słowa.

Z „Bałtykiem” zrobiliście tournée po festiwalach i kinach studyjnych, przeglądach, sale były pełne. Teraz film ma oficjalną premierę kinową. Jak myślisz, skąd popularność dokumentu?

To jest po prostu bardzo ciekawe, że można zajrzeć głęboko w czyjeś życie. Ciągnie nas do tego. Ale to słowo „głęboko” jest kluczowe. Bo to nie jest podglądanie plotkarskie, sensacyjne, celebryckie, tylko forma, która pozwala zrozumieć, jakie intencje kierują ludźmi, co sprawiło, że funkcjonują na świecie tak, jak funkcjonują, dlaczego ich życie jest właśnie takie. I taką pełną opowieść, która pozwala ułożyć sobie ten świat, chcieliśmy w „Bałtyku” pokazać.

A jakie dokumenty Tobie układają świat?

Oglądam dokumenty od dziecka, co roku wyczekuję festiwalu Millennium Docs Against Gravity. Mamy absolutnie niesamowitą polską szkołę dokumentu: Hanna Polak, Jacek Bławut, Marcel Łoziński, Lidia Duda, Marcin Koszałka, Wojtek Staroń – filmy tych twórców uwielbiam. Z młodszego pokolenia „Pianoforte” Kuby Piątka i „Lombard” Łukasza Kowalskiego zrobiły na mnie ogromne wrażenie. Jestem też oczywiście ogromną fanką filmów Maćka Cuske i bardzo chciałam, żeby to Maciek, ze swoim empatycznym podejściem do dokumentu i świata wokół, był opiekunem artystycznym „Bałtyku”.

A ostatnio przypomniałam sobie jeden z pierwszych dokumentów, który zobaczyłam, kiedy byłam dziewczynką. To była „Zatoka delfinów” z 2009 r., opowiadająca o polowaniu na delfiny w pewnym japońskim miasteczku. Bardzo drastyczny film. Mocno zapamiętałam tę historię, pamiętam też, jak się czułam, że wzbudził we mnie złość i niezgodę na to, co widzę. Wzbudzanie emocji także powinno być zadaniem dokumentu. Obok budowania świata bardziej empatycznego, w którym jest więcej zrozumienia, a mniej oceniania.

Dokument jako odtrutka na wygładzoną filtrem rzeczywistość?

Budujące jest dla mnie, jako twórczyni na początku drogi, że takie historie: chropowate, zadymione, w dalszym ciągu rezonują w świecie idealnego piękna. A nawet rezonują bardziej. I nie chcę demonizować Instagrama czy innych platform, bo można na nich znaleźć różne formy ekspresji, ale może potrzeba resetu i powrotu do prawdziwych historii staje się mocniejsza?

Każdy to teraz powtarza, że bombarduje nas przeidealizowany świat filtrów, zgadzam się z tym. Ale mimo wszystko w nim siedzimy. Ja też w nim jestem, jako użytkowniczka. Staram się być użytkowniczką odpowiedzialną, pokazywać sensowne, prawdziwe rzeczy. Ostatnio usłyszałam, że muszę mniej wrzucać do sieci informacji o filmie, a więcej lifestyle’u, bo już nikogo nie będę interesować. Więc już sama nie wiem (śmiech).

Portretujesz panią Miecię i to ona jest główną bohaterką Twojego filmu. Ale jest też bohater: Bałtyk.

Mój Bałtyk jest owiany nostalgią, pozytywnymi wspomnieniami, ciepłymi uczuciami. Pamiętam, kiedy przyjeżdżałam tu jako mała dziewczynka z dziadkami do ośrodka wypoczynkowego, bawiłam się z siostrą na wietrznej plaży. Potem przyjeżdżałam z przyjaciółmi. Odwiedziłam Lubiatowo, Słajszewo, Sasino. I wtedy zafascynował mnie cykl sezonowości tych miejsc. Poznawałam je tylko w tym konkretnym czasie: tłoczne, barwne, głośne. A chciałam się dowiedzieć, jakie są pod spodem, dzięki czemu funkcjonują, kto je naprawdę tworzy.

W filmie pokazujesz dużo nadbałtyckiego folkloru.

On budzi różne emocje, chciałam go pokazać z humorem, ale nie wyśmiewać, nie szydzić. Ja sama te stragany, rejsy pirackimi statkami czy świecące, głośne karuzele szczerze kocham. Uważam, że bez nich polski Bałtyk nie byłby polskim Bałtykiem. I kiedy może to funkcjonować razem z naturą, która jest zaopiekowana, jak Słowiński Park Narodowy, to w tych kontrastach widzę siłę i autentyczność.

Film dokumentalny „Bałtyk”, reż. Iga Lis // materiały dystrybutora So FILMS

A co w tym sezonie słychać w wędzarni?

W Łebie jest bardzo intensywnie. Są i trudniejsze rzeczy na horyzoncie, zdrowotne, ale Miecia jest silna. Dużo też jeździła z nami po pokazach filmowych, choć nie wszędzie udało się ją wyciągnąć, a szkoda, bo gdzie tylko się pojawiała, kradła show. I mi to pasowało, być obok jej charyzmy.

Czasem ktoś pyta, jak teraz radzi sobie ze sławą wędzarni. Tłumaczę wtedy, że przecież ona jest sławną „Królową Łeby”, z którą ludzie robią sobie zdjęcia, a do wędzarni ustawiają się kolejki już od dawna. Może dziś tylko odrobinę dłuższe. A najwspanialsze jest chyba przeżycie, które przypada tym, którzy idą na „Bałtyk” do łebskiego kina Rybak. A potem mogą iść na rybę do Mieci, poczuć smak, dym i ten klimat.

A Ty na jaką rybę najchętniej wracasz?

Na makrelę oczywiście. Pani Miecia nawet wczoraj mówiła mi: „Słuchaj Iga, my to razem tak wylansowałyśmy tę makrelę”. Oczywiście ona zawsze świetnie szła w wędzarni, jak wszystko, ale teraz jest najpopularniejszą rybą sezonu. I to mnie bardzo cieszy.

Reżyserka Iga Lis // Fot. Zuzanna Woińska / materiały prasowe

IIGA LIS (ur. 2000) jest reżyserką filmową, absolwentką historii na London School of Economics. Wcześniej realizowała teledyski i inne krótkie formy filmowe, a jej pierwszy pełnometrażowy film dokumentalny „Bałtyk”, wyprodukowany przez Studio Munka, otworzył Krakowski Festiwal Filmowy i 22 sierpnia wchodzi do szerokiej dystrybucji kinowej.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

Ilustracja na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 34/2025

W druku ukazał się pod tytułem: Rybka i wypoczynek