„Zamach na papieża”: Pasikowski zaparkował wehikuł czasu w latach 90.

O „Zamachu na papieża” można mówić wyłącznie jak o katalogu straconych szans: na ciekawy mariaż kina historycznego i thrillera albo na rolę życia Bogusława Lindy. To kino złożone z klisz tak cieniutkich, że ledwie przesłaniających gatunkową maszynerię.
Czyta się kilka minut
Bogusław Linda w filmie "Zamach na papieża", reż. Władysław Pasikowski, 2025 r. // Fot. Materialy prasowe Kino Świat
Bogusław Linda w filmie „Zamach na papieża”, reż. Władysław Pasikowski, 2025 r. // Fot. Materialy prasowe Kino Świat

Obejrzałem „Zamach na papieża” w reżyserii Władysława Pasikowskiego. Po pięciu minutach seansu i tyluż linijkach dialogu poczułem delikatne ukłucie. A potem usłyszałem syczenie, jakby ktoś odkręcił zawór ze sprężonym powietrzem. Wreszcie opadłem na fotel niczym sflaczały balonik. Tak ulatuje z człowieka wiara w polskie kino gatunkowe, zwłaszcza w to, które melancholijnym zaśpiewem próbuje wciągnąć nas do Polski zamieszkałej przez upadłe anioły, twardzieli na służbie u diabła i milczącego Boga.

Świadectwa tej wiary nic nie kosztują, więc rozpowszechniane są w krytyce filmowej dla zgrywy. Poklepujemy się po plecach, chwalimy za nadążanie za trendami i rosnące budżety, doceniamy rzeczy „dobre, bo polskie”, celebrujemy magiczne chwile, w których chwyciliśmy Hollywood za kostkę. A potem, razem z drzwiami, wchodzi Pasikowski – ojciec chrzestny tych marzeń i ambicji.

Jak na ironię, to właśnie twórca „Psów” wywietrzył pokój, w którym bohaterowie kina moralnego niepokoju uprawiali mało fotogeniczną psychomachię. To on wstrzyknął w polski krwiobieg amerykańską tradycję filmową. Gdy wracamy do jego „Psów”, mówimy nie tyle o filmie, co o popkulturowym fenomenie.

Pasikowski wzniósł go na filarze bohaterów odrobinę większych niż kino. Kumulowały się w nich bolesne dzieje powojennej Polski, traumy ludzi zmielonych przez PRL, a także tradycja gangsterskiego kina zza oceanu. W „Zamachu na papieża” ci bohaterowie powracają. Przypominają owady uwięzione w bursztynie. Żyją i umierają przy akompaniamencie płaczliwej trąbki.

„Zamach na papieża”: czy Franz Maurer strzelał do papieża

Film otwiera scena ewaluacji kandydata do związku wędkarskiego. To lustrzane odbicie analogicznego momentu z „Psów” - tyle że demokracja jest jeszcze pieśnią przyszłości, a bohater Bogusława Lindy siedzi po drugiej stronie stołu. Jakby ostentacyjnych autoreferencji było mało, zainteresowany dostaje pytanie o „sezon na leszcza”, czyli o tytuł jednego z trzech filmów, które aktor wyreżyserował. Nie wspominając nawet o żarcie z „Psów”, jakoby to Franz Maurer strzelał do papieża.

Pasikowski nakręcił wspólnie z Lindą dziewięć filmów. Ten ma być ponoć ostatnim, choć nie rozumiem budowania wokół tego całej strategii marketingowej. Z całym szacunkiem, ale to nie Martin Scorsese i Robert De Niro, tylko artyści, którzy zostawili po sobie dwa świetne filmy i kilka średnich.

Reżyser twierdzi, że pracują na planie jak „stare dobre małżeństwo” i „nie wchodzą sobie w drogę”. Wierzę, ponieważ film wygląda jak owoc ujednoliconych wrażliwości, potrzeb i ambicji. Wolałbym, żeby ktoś Pasikowskiemu wszedł w drogę, na przykład script doctor. Może wówczas w świecie złożonym z klisz tak cieniutkich, że ledwie przesłaniających gatunkową maszynerię, byłoby trochę życia i prawdy.

Mężczyźni są w tym świecie zafiksowanymi na celu automatonami, które biją, piją i prawią komunały o spsiałych czasach. Kobiety to prostytutki i pielęgniarki, które – widzę tu kompromis z tzw. nową obyczajowością – tupną czasem nóżką i ustawią faceta do pionu tekstem w rodzaju: „to nie twoja sprawa”. 

Policjanci są skorumpowani, lekarze to domowi tyrani, agentura knuje, nikt nikogo nie lubi. Nawet kierowcę autobusu główny bohater musi nauczyć moresu prawym sierpowym. Cóż z tego, że bałwan wcześniej sam wlazł mu pod koła.

Kto zlikwiduje Ağcę? Szpieg Brusicki

Z rozmaitych teorii spiskowych dotyczących zamachu na Jana Pawła II (watykański spisek,  połączona operacja KGB i bułgarskiego wywiadu, i tak dalej) Pasikowski stawia na wersję, w której na rozkaz Kremla akcję przygotowują esbecy. Strzelać do papieża ma Ali Ağca, ale kto zlikwiduje Ağcę – zamachowca i zarazem jedynego świadka?

Zadanie otrzymuje Konstanty „Bruno” Brusicki – emerytowany szpieg i legenda snajperskiego rzemiosła. Mimo że facet umiera na raka i wolałby dożyć swoich dni w chatce na prowincji, pozostaje wdzięczną ofiarą szantażu – wciąż kogoś kocha i jeszcze w coś wierzy. Oczywiście, mimo śmiertelnej choroby w ostatniej fazie, potrafi też dać w mordę, rzucić bon-motem i trafić obrazek z Karolem Wojtyłą z odległości kilometra. Czasem tylko odkaszlnie krwią. Błahostka.

Adam Woronowicz i Roma Gąsiorowska w filmie "Zamach na papieża", reż. Władysław Pasikowski, 2025 r. // Fot. Materialy prasowe Kino Świat

Zaryzykuję stwierdzenie, że zarówno tytuł filmu, jak i zasilana popkulturową fantazją reinterpretacja naszej historii to obietnice, których wypadałoby dotrzymać. Pasikowski tymczasem robi zwrot przez rufę jeszcze w porcie. Rezygnuje z zadanego tematu, akcję osadza w miasteczku bezprawia, Brusickiego zamienia w samobieżną krynicę chandlerowskich mądrości, a wątek przygotowań do zamachu czyni testem wytrwałości dla widza.

I tak, Brusicki buja się po mieścinie, rąbie drwa, rozwiązuje cudze problemy i wchodzi na kurs kolizyjny z lokalną władzą. Przede wszystkim jednak kisi się w kolejnych, rozciągniętych stąd do wieczności scenach. Gdy łowi ryby, cała czynność rozłożona jest na dziesięć ujęć, z których dziewięć nie posuwa akcji do przodu. Gdy piłuje pociski i sypie do nich proch, kamera obcałowuje jego ręce tak, jakby miała się z tego urodzić jakaś prawda o napędzanej przemocą ludzkiej naturze.   

Na wypadek, gdyby ktoś miał wątpliwości, że mamy do czynienia z moralitetem, Brusicki powie widzowi tak: „Na końcu zawsze zostaje sumienie. Przed nim nawet Ojciec Święty nie spierdoli”. Chwytliwe, ale co to właściwie znaczy? Relacje bohatera z dwiema kobietami, na których mu zależy, są naszkicowane tak niezdarnie, zaś kłamstwa, którymi faszerują go agenci, tak oczywiste, że stawka spada do zera. Czym właściwie umierający Brusicki ryzykuje? Co mu szkodzi zachować się w zgodzie z sumieniem?

Podobne pytania piętrzą się nie tylko w trakcie ekspozycji. Zaprzątają głowę przez cały film. Dlaczego organizatorzy zamachu stawiają na gościa, który co chwilę budzi się pod respiratorem? Jak obliczyli, że rak pokona go tuż po zakończeniu akcji i tym samym nie będą musieli eliminować kolejnego świadka? Dlaczego bohater zakłada, że po jego śmierci nie będą chcieli usunąć z szachownicy najbliższych mu osób? Wszystko to felery scenariusza. Nic dziwnego, że w egzystencjalny pat naszego herosa trzeba wierzyć na słowo.

„Zamach na papieża”: zestaw starych fascynacji, obsesji i lęków

Krytycy, którym „Zamach na papieża” nie przypadł do gustu, pytają w recenzjach, czy Pasikowski wie, który mamy rok. Nie będę powtarzał tego pytania z prostego powodu: oczywistym jest, że reżyser zaparkował wehikuł czasu w latach 90. 

Nie potrafię natomiast stwierdzić, w którym momencie wysłał nam sygnał, ze stać go na jakąś transgresję (może poza stylistyczno-gatunkową woltą w postaci „Słodko-gorzkiego”)? Czy „Jack Strong”, serial „Glina”, „Pokłosie” albo przejęty po Vedze „Pitbull” nie zdradzały tych samych fascynacji, obsesji, lęków i stylistycznych chwytów co „Zamach na papieża”? Czy naprawdę nie wykiełkowały na tym samym gruncie?

Problemem nie jest fakt, że mamy w Polsce twórcę, który całe życie kręci jeden film – to jedna ze szlachetniejszych definicji kina autorskiego, ukuł ją sam Renoir. Sęk w tym, że Pasikowski przyzwyczaił nas raczej do kina z porządną intrygą, dobrze napisanymi bohaterami oraz funkcjonującą bez zarzutu narracyjną logiką. To może być kino o Jedwabnem, pułkowniku Kuklińskim, Janie Nowaku-Jeziorańskim lub Mazurskiej Nocy Kabaretowej. Byleby trzymało za gardło. Albo za serce.

O „Zamachu na papieża” można tymczasem mówić wyłącznie jako o katalogu straconych szans: na ciekawy mariaż kina historycznego i thrillera, na bohatera opisanego więcej niż jedną cechą charakteru, na rolę życia Bogusława Lindy – nieograniczającą się do obnoszenia cierpiętniczej miny i cedzenia banałów. 

Sumienie, przed którym nie ucieknę, podpowiada mi, że nie warto przyklaskiwać dobrym chęciom. 

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”