Głowę należy położyć na chłodniejszej stronie poduszki – niby oczywistość, ale często o niej zapominamy. Jeśli zasypiamy na boku, brzeg kołdry warto zagnieść w podpórkę dla smartfona, dedykowane stojaki są drogie i nie najlepszej jakości. Odradzałbym natomiast trzymanie telefonu nad twarzą drugiej połówki. Można nabić ukochanej osobie guza albo zalać ją niebieskim światłem. Nie wiadomo, co gorsze.
Jeśli zaczniecie całą operację trzy kwadranse przed północą, jeszcze tego samego dnia zaliczycie dwa filmy Tarantino, przeczytacie i zrozumiecie „Ulissesa”, weźmiecie udział w kursie czyszczenia końskich kopyt i dowiecie się, w jakiej temperaturze topnieje aluminium. Nie musicie iść do kina, szeleścić papierem, konfrontować opinii, układać sobie niczego w głowie. Po co myśleć o całości, skoro można zadowolić się cząstką.
Nasz codzienny kontakt z kulturą coraz częściej przypomina tradycyjnie definiowaną „konsumpcję”, którą straszymy się w pokoleniowej sztafecie od czasów króla Ćwieczka. Najważniejsze jest tempo pochłaniania treści, porcjowanie tekstów na lekkostrawne kąski oraz ciągły dopływ nowych bodźców. Nic zatem dziwnego, że dorobek rozmaitych dziedzin sztuki jest dziś rozsmarowany po internecie tak cieniutko, że już go prawie nie widać.
Scrolluj, aż dotrzesz do prawdy
Gdybym trzymał się zasady decorum, zakończyłbym tekst właśnie teraz. To, co najważniejsze, już przecież wiecie: oglądamy coraz więcej i szybciej, zaś media społecznościowe zawężają naszą optykę do tego stopnia, że wszelkie tradycyjne teksty narracyjne, jak książki czy filmy, mieszczą się w rolce, bryku, pojedynczym żarcie albo przeformatowanej na potrzeby błyskawicznego odbioru impresji. Obcowanie z kulturą zaczyna przypominać sen na jawie; to szereg mglistych wspomnień z nieprzeczytanych lektur oraz powidoków z nieobejrzanych filmów.
Jeśli jednak wciąż tu jesteście, to pewnie dlatego, że macie tak samo; że ów fragmentaryczny i chaotyczny odbiór treści trochę was uwiera, a TikTok, Instagram, X czy YouTube Shorts to (jeszcze) narzędzia oswajania codzienności, a nie czipy w korze mózgowej. Scrollowanie rolek jest w końcu formą dialogu z beznamiętnym algorytmem lub, jak stwierdziłby wasz przyjazny komputer z sąsiedztwa, wymianą danych. W nadziei na korzystny interes dzielimy się własnymi preferencjami. W zamian liczymy na skrawki filmów, gier, książek i komiksów dostosowane do naszych potrzeb.
Czy zatem taka nielinearna recepcja kultury przynosi jakieś emocjonalne bądź intelektualne korzyści? Dlaczego mówimy o degradacji pierwotnego doświadczenia, a nie o zupełnie nowych, autonomicznych tekstach, które powstają w internetowej sokowirówce? Ile muśnięć palcem potrzeba, by doscrollować się do prawdy o sztuce filmowej, o konkretnym dziele, o najważniejszej sekwencji? Chcesz wiedzieć więcej? Kliknij tutaj.
„Lista Schindlera w dwie i pół minuty”
Pamiętacie scenę z „Matrixa”, w której Neo, wybraniec mający ocalić świat przed inwazją śmiercionośnych maszyn, uczy się nowych sztuk walk w postępie geometrycznym? Wystarczy mu do tego gniazdko w głowie oraz program komputerowy, ładujący wiedzę wprost do świadomości zsynchronizowanej z pamięcią mięśniową. „Znam kung fu” – oznajmia dumnie bohater, nieświadomie sypiąc ziarno pod uprawę memów.
Kilkanaście lat później w sieci roi się od Januszów Biznesu, którzy „znają ekonomię”, korporacyjnych grafików, „potrafiących w Photoshopa” oraz krytyków filmowych „znających Bergmana” (choć akurat w przypadku tego ostatniego od kolejnej retrospektywy istotnie lepsza byłaby szpryca w potylicę). Lubię tę scenę, a jeszcze bardziej podoba mi się jej dalsza popkulturowa kariera. To elegancka metafora strategii pochłaniania cyfrowych treści – zarówno tych „zrolowanych”, czyli wyłączonych z szerszego kontekstu scen filmowych, cytatów literackich bądź komiksowych kadrów, jak i skondensowanych imitacji „całości doświadczenia”.
Jeszcze kilka lat temu tradycja tzw. mikrotreści służyła wyłącznie rozrywce. Pozwalała zapchać czas, przegnać nudę, zatomizować naszą uwagę w sytuacjach stresu. Dziś jednak, jak pokazują rozmaite badania i sondy, zaczyna pełnić funkcję edukacyjną i poznawczą. Oldskulowe „bryki”, wydawane w formie książeczek streszczenia lektur (a także, do pewnego stopnia, ich adaptacje filmowe), pełniły kiedyś podobną funkcję. Tym, co je odróżnia, jest natomiast czysto utylitarna konwencja – w ich definicje wpisane jest ostrzeżenie o „niekompletności” doznania.
Filmy w rodzaju „Lista Schindlera w dwie i pół minuty” na YouTubie trudno postawić obok poczciwych bryków. Podobnie zresztą jak scenę tańca z „Zapachu kobiety” ilustrowaną bollywoodzkim rapem, fragment „Oppenheimera” dowodzący paradoksalności kobiecej natury albo cytaty z „Małego Księcia”, ilustrujące trudy pracy w kopalni odkrywkowej. Wszystko to niezłe żarty, ale i symptomy niebezpiecznej tendencji. Kino dla przykładu coraz częściej dostosowuje swój język pod ten „alternatywny” obieg kultury. Gdy nie wiadomo, o co chodzi, chodzi o marketing. Czyli o pieniądze.
Rolki i minirecenzje jako nowa forma sztuki
Materiały wypełniające internetowe „rolkownice” są ściśle powiązane z nowymi formami krytyczno-rozrywkowymi, dominującymi na TikToku, Instagramie, Facebooku czy YouTubie. Kilkunastominutowe recenzje filmowe oraz wideoeseistyka, które jeszcze niedawno utożsamialiśmy z kulturowym zwrotem przez rufę, coraz częściej ustępują miejsca jeszcze nowocześniejszym produkcjom. Lot przez węzłowe punkty fabuły, pobieżna analiza formy i krótki odautorski komentarz są owocem eksplikowanej wprost autorskiej filozofii: „oglądam filmy po to, abyś ty nie musiał”.
Pytania o to, w jakim stopniu kontakt z rzeczoną konwencją zastępuje cały seans, daje poczucie spełnienia albo wystarczająco ugruntowuje naszą wiedzę, są w zasadzie drugorzędne. Najważniejsze, że pozwala zminimalizować FOMO, czyli w wolnym tłumaczeniu „lęk przed wypadnięciem z obiegu”. W czasach generalnej nadprodukcji bodźców nie da się przecież obejrzeć i przeczytać wszystkiego. Z kolei „przemysł kulturalny” pracuje na pełnych obrotach, by ów strach podsycać.
Na gruncie niepokoju kiełkuje potrzeba doświadczenia, tyle że zazwyczaj jest to doświadczenie zapośredniczone. Dzięki popularnym kill counts, czyli streszczeniom filmów grozy w formie wydestylowanych scen zabójstw, możemy odpuścić sobie fabularne „siano”. Longplaye, czyli zapisy przejścia całych gier wideo, umożliwiają „nadrobienie” produkcji, na które nie mamy czasu bądź pieniędzy. Wreszcie – seanse z symultanicznym komentarzem albo audiodeskrypcją są iluzją współuczestnictwa w społecznym rytuale bliskim wizycie w sali kinowej lub na wieczorku filmowym.
Większość podobnych formatów przypomina rozmowę z kumplem, który właśnie wrócił z kina, albo podglądanie starszego brata, który przechodzi za nas trudną grę. Dość powiedzieć, że nostalgia jest niedocenionym katalizatorem podobnych pragnień. Choć, oczywiście, rzadko staje się udziałem najmłodszego pokolenia. To ostatnie wyrosło w przeświadczeniu, że rolki i minirecenzje to w zasadzie nowa forma sztuki. Znajomość źródłowego tekstu kultury nie pomaga i nie szkodzi w konsumpcji.
Żeby była jasność: widzę w tym szansę dla krytyki filmowej. Choćby dlatego, że od kilku dekad ulega ona procesowi egalitaryzacji, co w dobie generalnego kryzysu zaufania do mediów jest dobrą wiadomością (tak, zdaję sobie sprawę, że strzelam do swojej bramki). Wolałbym natomiast, żeby nowa tiktokowa i youtube’owa krytyka wznosiła się na nieco solidniejszych filarach niż cynizm i lenistwo. Przeświadczenie, że ludzie cierpią na tak zaawansowane FOMO, że łykną wszystko, może i jest słuszne. Ale nie jest powodem, żeby oferować pośledni produkt. Jak na razie zaś większość „mikrotreści” jest raczej świadectwem przedsiębiorczości niż pomysłowości.
Co lepsze: doomscrolling czy liczenie owiec
Na pierwszy rzut oka zjawisko tzw. doomscrollingu wydaje się w tym kontekście odległe. To wirowanie w leju negatywnych informacji – w myśl zasady, że nie ma takiej tragedii, której nie dałoby się unieważnić większą tragedią. Klęski żywiołowe, doniesienia o politycznych turbulencjach, przestępstwa, napięcia rasowe, rozmaite społeczne fobie… Im częściej skupiamy na nich swoją uwagę, tym chętniej algorytm ciągnie nas za rękaw w stronę otchłani.
Rzeczona praktyka ugruntowuje nas w przekonaniu, że rzeczywistość jest nieprzenikniona; że rządzą nią siły, których nie jesteśmy w stanie pojąć; że nie ma w niej miejsca na oddech i spokój. Strach rodzi ciekawość, ta z kolei wzmacnia strach. Jedynym wyjściem są dalsze poszukiwania coraz gorszych wiadomości, które błyskawicznie zamieniają się w nawyk.
Mechanizm utrwalania tegoż nawyku łączy doomscrolling z dryfowaniem wśród pozbawionych kontekstu skrawków kultury. I jednej, i drugiej praktyce oddajemy się najczęściej w chwilach, gdy nasz organizm jest najmniej odporny na skondensowany strumień informacji. Wieczorami, tuż przed snem, w chwilach energetycznego zjazdu, gdy nasz detektor głupot pozostaje w trybie uśpienia. Dawka dopaminy jest niewielka, zaś wrażenie sytości, które kojarzymy z „analogowym” seansem, ustępuje miejsca zmęczeniu.
Nie bez powodu na alarm biją naukowcy i lekarze: nałogowa konsumpcja „rolek” – bez względu na ich charakter – może powodować zaburzenia snu i widzenia, prowadzić do napięć mięśniowych i pogłębienia stresu, a także całkowicie rozregulować zegar biologiczny. To już lepiej liczyć owce.
Uwaga to twoja najcenniejsza waluta. Jak ją wydawać z korzyścią?
W normalnych okolicznościach wrzuciłbym to wszystko do kuferka z totemami współczesności i odpalił rolkę z misiem, rzucającym szyszką w bohaterkę „La Strady”. Utyskiwanie na coraz niższy poziom skupienia i uważności w społeczeństwie oraz na coraz bardziej skondensowane formy popkulturowe to przecież stara pieśń. Okoliczności nie są jednak normalne, skoro na naszych oczach powstaje popkulturowe sprzężenie zwrotne.
Pal licho rozmaite strategie producentów oraz dystrybutorów filmowych, którzy korzystają z dobrodziejstw mediów społecznościowych w celach promocji swoich towarów – marketing rządzi się swoimi prawami i jest z tej dyskusji w zasadzie wyłączony. Gorszą wiadomością jest natomiast artystyczny zwrot w stronę tego języka.
Dla przykładu średnio- i wysokobudżetowe hollywoodzkie kino coraz śmielej korzysta z technik tzw. engagement farmingu, czyli zaprzęgania środków artystycznych w służbę potencjalnej „interaktywności” w mediach społecznościowych. Sceny pisze i kręci się tak, by kiedyś skorzystali z nich twórcy rolek, a montaż stał się sztuką antycypacji trendów i potrzeb. Na przestrzeni ostatnich dwóch dekad da się również odnotować wyraźną tendencję do skracania ujęć (oczywiście z wyjątkami potwierdzającymi regułę), a także maksymalizacji wątków, popkulturowych referencji oraz metanarracji.
„Jaki jest dziś najcenniejszy towar na świecie?” – pyta w tekście o znamiennym tytule „Is the rise of reel-films killing or creating a new form of cinema?” bollywoodzki scenarzysta Satyen K. Bordoloi. „Czy jest to złoto? A może diamenty? Ropa? Dane? Nie! Najbardziej pożądanym dobrem jest dziś twoja uwaga. Wejdź w ustawienia w swoim telefonie i zobacz, ile powiadomień pojawia się każdego dnia. Ile podmiotów walczy o twoją uwagę”.
Skoro uwaga jest tak cenną walutą, to czy istnieje sposób, by wydawać ją mądrze i z korzyścią? Wydaje mi się, że jedynym sensownym wyjściem z tej sytuacji jest aktywne uczestnictwo w kulturze remiksu. Jeśli nie w charakterze twórcy, który żongluje elementami cudzej twórczości w celu stworzenia nowego tekstu, to przynajmniej jako jej świadomy odbiorca. Dobra wiadomość: sięganie po filmy bądź książki, które znacie z rolek, wytworzy naturalną barierę ochronną przed agresywną współczesnością. Zła: trzeba będzie trochę poczytać. I pooglądać.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















