Wszyscy Polacy interesują się polityką. Pora, by pójść na nią do kina

Badania CBOS-u pokazują, że zainteresowanie polityką jest w polskim społeczeństwie najwyższe od czasu przełomu ustrojowego. Dlaczego nasze kino nie korzysta z takiego kapitału?
Czyta się kilka minut
Iwona Bielska jako Krystyna Pawłowicz w filmie Patryka Vegi „Polityka”, 2019 r. // Materiały prasowe Kino Świat
Iwona Bielska jako Krystyna Pawłowicz w filmie Patryka Vegi „Polityka”, 2019 r. // Materiały prasowe Kino Świat

Mam pomysł na film, ale ostrzegam – to polski film. Główny bohater, nazwijmy go Norbert, jest dziennikarzem śledczym i to całkiem niezłym. Potrafi napisać sążnisty tekst o PSL-u w przerwie między poranną toaletą i pierwszym papierosem. W politykę idzie po bankructwie wydawnictwa. W pajęczynie układów, intryg oraz aktów podwójnej lojalności robi karierę i łamie sobie kręgosłup. Tytuł: „Poseł”. Czas trwania: krótszy niż obrady Sejmu.

Uruchamianie odtwarzacza...

Albo coś o Krzysztofie – byłym piłkarzu Legii Warszawa, dawnym trenerze Izolatora Boguchwała, późniejszym działaczu PZPN i obecnym prezydencie Polski z partyjnego nadania. Kiedyś Krzysztof chciał wyjechać z Polski, ale dziś woli nasz kraj zmieniać. Próbuje zerwać się z łańcucha swoich mecenasów i ocalić powagę urzędu. W ostatniej scenie podążająca w ślad za bohaterem kamera odlatuje ku przestworzom, symbolicznie porzucając antropocentryczną perspektywę. Razem z prerogatywami Krzysztof traci też resztki człowieczeństwa.

Który z tych filmów wolelibyście zobaczyć na wielkim ekranie? W rozdzielczości 4K, z dźwiękiem przestrzennym oraz ze świadomością, że rodzime kino jakoś reaguje na świat za oknem? Ja też żadnego, ale na szczęście to nie ja piszę scenariusze polskich filmów. Mogliby je natomiast napisać profesjonaliści, których Polska uwiera, przeraża albo chociaż śmieszy. Podczas gdy polityka wdziera się zewsząd do naszych domów, rodzime kino wciąż ma od niej wakacje. Od czego zacząć?

Czy „Furioza” była o Karolu Nawrockim?

Niemal połowa narodu będzie wspominać poranek po drugiej turze wyborów prezydenckich niczym kaca po ciężkiej imprezie. Lecz nawet ci najbardziej skacowani musieli dojść do wniosku, że filmowcy powinni zacierać ręce. Gdyby było inaczej, w mediach społecznościowych nie roiłoby się od żartów o „Furiozie” jako nieformalnej biografii Karola Nawrockiego oraz o tym, że polska scena polityczna zasłużyła na serial w stylu „1670” – tylko tak dałoby się bowiem oswoić rzeczywistość strojącą sobie drwiny z kina.

Jeśli żyjemy w „niebezpiecznych czasach”, to muszą być one również czasem podwyższonej uważności. Sztuka ma przecież moc kanalizowania naszych lęków i zamieniania ich w dramaturgiczne tworzywo. Fantomowy byt zwany „kinem politycznym” powraca czasem w dyskusjach o kształcie rodzimej kinematografii. Trudno jednak oprzeć się wrażeniu, że zwykle zostaje wpisany w narrację o kinie jako generalnym polu politycznej walki; w opowieść o tym, że „wszystko jest polityczne”.

Ja tymczasem, o ile to w ogóle możliwe, chciałbym wycofać się na pozycję naiwniaka. No bo chyba warto spytać, gdzie są te wszystkie polityczne thrillery, komedie i satyry? Gdzie są filmy rozgrywające się nie w mieszkaniach byłych ubeków albo w podziemnych redakcjach, tylko na sali sejmowej lub na korytarzach Pałacu Prezydenckiego? Dlaczego wciąż nie mamy czegoś na kształt „House of Cards”, „Vice” albo „Figurantki”? Co z twórcami w stylu (bo przecież nie „formatu”) Costy-Gavrasa, Paolo Sorrentina albo wczesnego Olivera Stone’a? 

Cała Polska ogląda Sejm. Kto zagra marszałka Hołownię?

Pokolenie polskich milenialsów wychowało się w dużej mierze na amerykańskim Kinie Nowej Przygody lat 80. Nie bez znaczenia była jednak tradycja thrillerów politycznych – i tych z lat 70. wiązanych z monopolem tzw. Nowego Hollywood, i tych późniejszych, z lat 90., komentujących świat po upadku Muru Berlińskiego. Z drugiej strony, dojrzewaliśmy w przeświadczeniu, że zainteresowanie lokalną polityką to raczej hobby niż realna obywatelska potrzeba. I to pomimo faktu, że czasy transformacji były okresem gwałtownych politycznych turbulencji, a rodzice uparcie tłukli nam do głów, że znajomość polityki to absolutna konieczność – nie będzie bez niej ani realnego wpływu na kształt kraju, ani silnego charakteru.

Kino podążało za tą optyką na tyle, na ile umożliwiał to kulturalny krajobraz. Stąd tak wiele w latach 90. marnych artystycznie oraz celnych politycznie diagnoz posttransformacyjnej rzeczywistości, a także filmów, które otuliły nasze problemy importowanym z Zachodu płaszczykiem kina gatunków.

Nie da się jednak ukryć, że to właśnie wtedy – i to na długie dekady – stworzyliśmy sobie polityczną „strefę komfortu”; wpadliśmy w pułapkę półsłówek, zmiękczających metafor, ciągłego filtrowania wiedzy o współczesności przez pryzmat narracji historycznych. I nawet jeśli pojawiały się wyjątki – jak „Koniec gry” Feliksa Falka o wyborach prezydenckich z 1991 roku czy „Przeklęta Ameryka” Krzysztofa Tchórzewskiego o wyborach z 1989 r. – to temat był ledwie markowany. Jak słusznie zauważa Jakub Majmurek w tekście „Wybory nieprzedstawione” dla Dwutygodnika, obydwa filmy to zakamuflowane melodramaty.

Kino historyczne nie jest – a przynajmniej nie w ścisłym gatunkowym sensie – kinem politycznym. Nie są nim również opowieści o „współczesnej Polsce” z ulicą Wiejską w tle, historie trzydziestolatków próbujących związać koniec z końcem, albo satyry tak rozrzedzone, że nie wiadomo nawet, w kogo miałyby uderzyć. Po nadchodzącej biografii Jacka Kuronia z Arkadiuszem Jakubikiem w roli głównej obiecuję sobie sporo. Ale znów – filmów ilustrujących źródła współczesnych politycznych procesów mamy bez liku; zaś tych o „tu i teraz”  niewiele. Nie mówiąc już o takich, na których moglibyśmy się dobrze bawić.

Popularność tzw. Sejmfliksa, czyli obrad sejmu oglądanych z czysto eskapistycznej pozycji, nie jest tylko socjologiczną ciekawostką. To realny sygnał dla artystów. Badania CBOS-u pokazują, że zainteresowanie polityką jest w społeczeństwie najwyższe od czasu przełomu ustrojowego. Jak na ironię, wypadałoby za to podziękować PiS-owi, który przez osiem lat odwrócił całą pokoleniową narrację milenialsów. Polityka, na dobre i na złe, przestała być szumem w tle codziennego życia.   

Agnieszka Holland wie, jak reagować

W ciągu ostatniej dekady mieliśmy na rodzimych ekranach zaledwie trzy prawdziwie polityczne filmy: „Zieloną granicę” Agnieszki Holland, „Politykę” Patryka Vegi oraz „Różyczkę 2” Jana Kidawy-Błońskiego. Gdyby trochę rozszerzyć definicję, pewnie załapałaby się też „Lokatorka” Michała Otłowskiego o sprawie Jolanty Brzeskiej, a także „Solid Gold” Jacka Bromskiego o aferze Amber Gold.

O „Zielonej granicy” napisano już całe tomy, więc dodam jedynie, że film Holland jest jedną z niewielu spełnionych obietnic „kina szybkiego reagowania”, którego tradycja w Polsce w zasadzie nie istnieje (znamienne, że to właśnie Holland wraz z Magdaleną Łazarkiewicz i Kasią Adamik podarowały nam również najlepszy serial o mechanizmach władzy, czyli „Ekipę” z 2007 r.). Większość zaangażowanych dzieł to raczej spóźniona reakcja na długofalowe społeczne procesy oraz wyraz kumulowanej latami frustracji. Symbolem tej strategii artystycznej byłby zapewne „Kler” Wojciecha Smarzowskiego, czyli obraz, który wygląda, jakby kotłował się i w Smarzowskim, i w narodzie, przez całe lata.

„Polityka” to z kolei kino totalne, przed którym klęknęliby najpewniej i Costa-Gavras, i wielcy surrealiści; połączenie „Polskiego zoo”, biblijnego moralitetu, kina gangsterskiego oraz ruchomego tabloidu. Pytanie, czy o ten rodzaj „dobrej zabawy" mi chodziło, jest oczywiście retoryczne. Choć przyznam się bez bicia, że wyobraźnia Vegi mi imponuje. Jeśli Jarosław Kaczyński puszczający „kaczki” na żoliborskim stawie i robiący maślane oczy do Macieja Stuhra jest jakimś wyznacznikiem transgresji, to nazwałbym nawet „Politykę” kinem awangardowym. Okropnym, ale jednak awangardowym.   

Sequel „Różyczki” – opowieści o trójkącie miłosnym pomiędzy ubekiem, inwigilowanym profesorem oraz agentką bezpieki – był w założeniach najbliżej gatunkowego „źródła”. Żyjąca współcześnie córka agentki robi w końcu karierę w europarlamencie i wikła się w intrygę, której stawką są losy kraju. Żeby było jasne: nici, którymi uszyto tę historię, nadają się na przęsła mostów, całość jest też fatalnie zagrana i jeszcze gorzej wyreżyserowana. Wszystko zgadza się jednak na poziomie konwencji. Mamy wyrazistą bohaterkę oraz środowisko, które określa jej cele – zarówno polityczne, jak i prywatne.

Afera reprywatyzacyjna, Pegasus i inne

W roku akademickim 2021/2022 na Uniwersytecie Jagiellońskim (wydział politologii) pojawiły się zajęcia zatytułowane „Kino polskie jako kino polityczne”. W karcie opisu przedmiotu czytamy: „Celem kursu jest prześledzenie polskich dyskursów filmowych w perspektywie historycznej i spojrzenie na kino polskie jako narrację polityczną komentującą i współuczestniczącą w tworzeniu narodowego imaginarium. Dodatkowo omówię wytyczne polskiej cenzury i obecność cenzorskich interwencji. Kurs jest odpowiedzią na pytanie, na ile kino narodowe współtworzy wyobrażenia społeczne, a na ile konstruuje filary polskiej polityki historycznej?”.

Na zajęciach nie byłem, ale muszę przyznać, że niepokoi mnie ten opis. Po pierwsze, śledzenie „dyskursów filmowych w perspektywie historycznej” zaprowadziło filmowców pod ścianę – niekończący się dialog z politycznymi tradycjami polskiej szkoły filmowej oraz kina moralnego niepokoju to rozbijanie sobie o nią głowy. Po drugie, mam już chyba dość tego naszego „narodowego imaginarium”. To bezkształtna masa niedogotowanych pomysłów, sprzecznych ambicji i wyeksploatowanych symboli.   

Co jakiś czas wyłania się z tej magmy monstrum, polska Buka, satyra-na-niewiadomo-co. W filmie „PolandJa” Cypriana T. Olenckiego pod osiedlową budką z kebabem spotykają się „polaczki”: korporacyjne harpie, bananowe dzieciaki z egzotycznymi zwierzętami pod pachą,  nacjonalistyczni ultrasi, profesorowie politologii oraz ich studentki – pracownice seksualne. 

W „Kryptonimie Polska” Piotra Kubika „tęczowa” dziewczyna zakochuje się z wzajemnością w „brunatnym” chłopaku, zaś tłem dla rozkwitającego uczucia jest naparzanka pomiędzy niepodległościową młodzieżówką i „lewakami”. Wreszcie – „kRaj” Macieja Ślesickiego i Veroniki Andersson, za którego recenzję starczy chyba opis dystrybutora: „Polacy z różnych środowisk natrafiają na pozornie zwykłe sytuacje, które przybierają nieoczekiwany obrót, doprowadzając ich na skraj wytrzymałości”.

W polskim kinie sprawy przybierają zazwyczaj oczekiwany obrót, a ja i tak jestem z tego powodu na skraju wytrzymałości. Skoro już nauczyliśmy się, że wielkie ideologiczne piwoty kwitną często na gruncie prywatnych frustracji, a mali ludzie odpowiadają często za wielką politykę, to dlaczego nie nakręcić filmu właśnie o tym? Dlaczego nie zamknąć afery reprywatyzacyjnej w szerszej polifonicznej narracji? Nie zabrać się za Pegasusa? Albo nie nakręcić filmu o facecie, który widzi to wszystko i przeżywa kryzys tożsamości? Od czegoś przecież trzeba zacząć.

Trzy powody, dlaczego polskie kino milczy. A nie powinno

Jeśli zamieszanie wokół „Zielonej granicy” było barometrem społecznych nastrojów, to można zaryzykować stwierdzenie, że kino polityczne zwyczajnie się dziś twórcom nie opłaca. Można być za jego sprawą napiętnowanym, oskarżanym o odwracanie politycznego wiatru albo trafić na celownik władzy. Jako staromodny krytyk powiedziałbym, że jest to krzyż, który artysta powinien dźwigać z dumą. Mam jednak świadomość, że problem sięga znacznie głębiej.

Niechęć do opowiadania o polityce i politykach musi być efektem polaryzacji społecznej, która uniemożliwia traktowanie kina jako platformy dialogu. To również owoc długiej tradycji aluzyjnego i metaforycznego rozliczania się z problemami kraju. Wreszcie – jest to kwestia zależności polskich filmowców od publicznego finansowania.

Choć trudno oskarżać Polski Instytut Sztuki Filmowej o całkowite zabetonowanie kinematografii za rządów PiS (czemu przeczy choćby rekordowa liczba międzynarodowych sukcesów rodzimych produkcji), to nie da się ukryć, że nastroje nie sprzyjały ani wielkim filmowym rozliczeniom, ani lekkim komedyjkom o politycznym zabarwieniu. W liście artystów do Ministerstwa Kultury z 2024 r. jest mowa o „wieloletnim wypełnianiu politycznej agendy niedemokratycznego obozu politycznego; zniszczeniu struktury organizacyjnej instytutu, skutkującej zablokowaniem prac nad kolejnymi projektami; stosowaniu cenzury i restrykcji wobec artystów, którzy przeciwstawiali się łamaniu demokracji w Polsce; zniszczenie systemu eksperckiego i mechanizmów kontrolnych w PISF”. 

„Może gdybyśmy mieli w zasobach wspólnej pamięci przekonujący dramat (albo komedię) pokazujący, na czym polega wyborczy agon – jak kształtuje się w nim konflikt, dlaczego stanowi istotę demokracji, w jaki sposób ludzie podejmują decyzje – byłoby nam łatwiej” – pisał Jakub Majmurek. I choć jego postulat dotyczy kina stricte „kampanijnego”, czyli ugruntowanego w zachodnich kinematografiach podgatunku, łatwo go nieco uelastycznić. Stawką jest w końcu społeczna świadomość. Pomijając fakt, że w obecnej sytuacji to bezcenny towar, już wkrótce na prawdziwe kino polityczne może być w Polsce za późno.


POLITYKA OD KUCHNI

  • EKIPA (2007)

Twórczynie: Agnieszka Holland, Kasia Adamik, Magdalena Łazarkiewicz

Janusz Gajos w serialu "Ekipa", 2007 // materiały prasowe

Najlepszy polski serial o polityce, choć wypadałoby raczej napisać – jedyny dobry polski serial o polityce. Opowieść o fikcyjnym premierze prawdziwego kraju miała wszystko, czym oddychają podobne historie: tempo, intrygę, skomplikowanych bohaterów i wysoką stawkę. Dziś, niestety, jest białym krukiem. 

  • POLITYKA (2019)

Reż. Patryk Vega

Andrzej Grabowski jako Jarosław Kaczyński w filmi Polityka Patryka Vegi // materiały prasowe

Spokojna głowa – nie będę nikogo przekonywał, że „Polityka” jest dobrym filmem. Jest to jednak ciekawy odprysk nieokiełznanej wyobraźni Vegi. I zarazem zamaszysta próba uderzenia we wszystkie kluczowe postaci ówczesnej sceny politycznej. Koncepcja – plusik. Realizacja – zasłona milczenia.

Jerzy Stuhr w filmi "Pogoda na jutro", 2003 r. // materiały prasowe
  • POGODA NA JUTRO (2003)

Reż. Jerzy Stuhr

Niedoceniona należycie komedia Jerzego Stuhra jest wszystkim tym, czym nigdy nie będą bezzębne satyry w rodzaju „PolandJa”, „Kryptonimu Polska” czy „kRaju”. Dzięki lekkiej konwencji wszystkie mądrości na temat prywatnych i politycznych sfer naszego życia brzmiały szczerze i bezpretensjonalnie. A to już sporo.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 26/2025

W druku ukazał się pod tytułem: Kino szybkiego reagowania