Katarzyna Kubisiowska: Ubierze Pani choinkę?
Ewa Szykulska: Z domu rodzinnego tylko jedno drzewko pamiętam, za to całkiem spore. Z cukierkami lodowymi w papierkach, które szybko znikały. W którymś momencie przeszliśmy na malutkie choinki robione ręcznie. Żywe, pachnące gałązki przeistaczały się w małe zielone drzewka. Nigdy żadnego plastiku.
Ten zwyczaj przeniosłam do domów, które ja tworzyłam, pewnie dlatego, że długo miałam małe przestrzenie życiowe. Od lat przystrajam wyłącznie żywe gałązki, stoją w doniczkach, wazonach. A na nich świecidełka, niektóre malowane specjalnie dla mnie, inne przywożone z różnych stron świata. I co jasne: najpiękniejsze na świecie są polskie świecidełka.
A sama Wigilia?
W naszym kraju każde dziecko wie, że to cudowny dzień.
I jest cudowny?
Ostatnio odbyła się premiera „Uwierzyć w Mikołaja 2”. To film rodzinny, łączący pokolenia. Gram tam z Dorotą Stalińską, Krysią Tkacz, Martą Lipińską, Teresą Lipowską, Elą Starostecką... Naszym gwiazdorem jest Olgierd Łukaszewicz. Uroczy jest fakt, że my, starcy, jak tylko otwieramy dzioby, to okazuje się, że jesteśmy atrakcją dla młodych: i widzów, i ludzi z ekipy. Wpatrują się w nas, jakbyśmy byli ożywionymi woskowymi laleczkami...
Ech...
Ale robią to w sposób sympatyczny: obserwują, kibicują. A i my, starcy, czujemy się razem nieźle zarówno na planie, jak i poza nim. Jest o czym porozmawiać, bo te choróbska się szerzą i szerzą. Miło dowiedzieć się o nowych proszkach...
Pani się śmieje.
To taki żart, który nie jest żartem. W dzieciństwie nasze cudowne babcie i dziadkowie opowiadali o chorobach, śmierci, grobach i pomnikach.
Wtedy my, smarkacze, z miłości do nich błagaliśmy, by nie mówili o takich rzeczach. Albo pięćdziesięcioletnie staruszki ciotki, kompletne wariatki, walnęły po koniaczku i powtarzały w kółko te same smutne historie.
Dobrze usłyszałam: pięćdziesięcioletnie staruszki?
No tak... Pani to musi wiedzieć, jak z biegiem lat zmienia się perspektywa. Dla dwudziestolatka starcem jest czterdziestolatek. A potem okazuje się, że bzdury, które głosili dziadkowie i ciotki, wcale nie są błahe.
Nie powiedziała Pani jeszcze o swojej Wigilii.
A właśnie: oddalam ten wątek... No niech pani pomyśli: mam na imię Ewa. Żeby było śmiesznie, na drugie dostałam Maria. Więc 24 grudnia to dla mnie Wigilia, ale także dzień imienin, czyli podwójne święto. Nie dość, że Mikołaj przychodzi albo i nie, to teraz na stole jest osobny talerz – dla tego jedynego człowieka.

Jedynego i nie do zastąpienia?
Spędziliśmy z mężem 44 lata. Nie idealizuję, to nie była bajka, miotały nami burze, wichury. Może dlatego nasz związek był tak scementowany? Bywało intensywnie, nieraz bolało, ale zawsze chcieliśmy być razem.
Od kiedy?
Od momentu, kiedy zepsuł mi się fiat 126 p. Mąż wtedy był szefem Polmozbytu, a ja chciałam mieć auto naprawione natychmiast, bez kolejki. Wparowałam do gabinetu, zobaczyłam przystojnego faceta. A ten rzucił nietaktownie: „Pani zawsze chodzi w spodniach?”.
Zaczęliśmy się spotykać, choć nie całkiem od razu, bo minęły dwa lata. On – poukładany inżynier, ja – niepoukładana aktorka. Mój nowy mężczyzna dbał o mnie, troszczył się i chronił.
Jak?
Wypuszczał do przodu i jeszcze dodatkowo oświetlał przednimi reflektorami samochodu, żeby to mnie, nie jego, dobrze było widać. I obiecał, że nigdy mnie nie zostawi. A skurczybyk zostawił. I to w takim dniu! Zawstydziłam się, mówiąc „skurczybyk”... Bo to był najukochańszy skurczybyk. Ale prawdę mówiąc słowa nie dotrzymał.

Na pewno chciał dotrzymać.
Przychodzi czas, kiedy zaczyna się dopuszczać myśl o sytuacjach, które mogą się zdarzyć. Choćby to: które pierwsze z twoich rodziców odejdzie. I co dalej będzie z tym drugim? Człowiek najpierw te myśli odpędza, potem je oswaja, dalej chce podzielić się tym z kimś bliskim, ja akurat z siostrą, ale się boi.
Ja już rodziców nie mam. Nie mam też mojej młodszej siostry. Lecz o śmierci męża nigdy nie myślałam. Nie rozmawialiśmy o naszym odejściu, mimo że młodzieniaszkami nie byliśmy. Czasami tylko na jej temat żartowaliśmy. Cholera, głupio to brzmi.
Brzmi prawdziwie.
W Wigilię z mężem podzieliliśmy się opłatkiem, wcześniej odebraliśmy zamówione książki. Kupił mi moje kwiaty, które zawsze sama wybierałam. Zjedliśmy po łyżce barszczyku. Nic nie zapowiadało tego, co się wydarzy. Serduszko, to znaczy miejsce w klatce piersiowej, gdzie ono jest zacumowane, zaczęło męża boleć. I po raz pierwszy w życiu bez mrugnięcia okiem pozwolił mi wezwać pogotowie.
Wcześniej, w trudnych sytuacjach, nie chciał, bym to robiła, musiałam dzwonić po przyjaciół, aby pomogli, a on zechciał się przebadać. Męża zdaniem lekarze do niczego nie byli mu potrzebni.
Typowe.
A wtedy pojechał sobie zaśnieżoną dróżką do szpitala. I przeszedł zabieg. Ja cały czas siedziałam z telefonem w ręku, czekałam na wiadomość. Najpierw rozmawiałam z lekarzem, że będzie dobrze. Potem zadzwonił mąż, był radosny. Uśmiechnięta rozmowa, że wszystko w porządku, że już nie boli.
Po którejś minucie zorientowałam się: trzyma go jeszcze znieczulenie, dlatego nic nie czuje, a ja go męczę. Tyle że on miał ochotę mówić i chyba chciał mnie słyszeć. Jeszcze, skubany, przeprosił mnie, że nie wróci na święta, że muszę sobie sama dać radę, bo kazali mu kilka dni zostać w szpitalu.
No a rano dostałam telefon, że jego serduszko odmówiło współpracy, powiedziało: „Proszę mi dać święty spokój, zacicham”. To się stało w noc Bożego Narodzenia.
To, co dzieje się potem, jest chyba najtrudniejsze.
Na cmentarzu wsiadłam do samochodu, trzymając urnę męża na kolanach. Myślałam: „Przecież to on zawsze prowadził”. Ponad miesiąc nie chodziłam na cmentarz, nie chciałam usłyszeć, jak ktoś mówi, że to świeży grób, bo jeszcze mnóstwo na nim kwiatów.
A teraz?
Nie mam już tych strasznych snów, nocnych lęków. A w naszym domu czuję się bezpieczna, bo to jest nasze wspólne miejsce. Tyle że pani chyba cały czas chodzi o tę moją Wigilię... Są przyjaciele, nieraz ode mnie dużo starsi, nieraz dużo młodsi. Teraz to oni mnie zapraszają, tak jak przedtem myśmy zapraszali ich. Ale najfajniej było, jak zostawaliśmy z mężem na Wigilię sami.
I?
To już troszkę tajemnica. O tylu rzeczach można mówić, a o paru nie bardzo. Na pewno było pięknie. Choć pomimo uśmiechu na twarzy, we dwójkę marnie się kolęduje. Tym bardziej że jedno i drugie lekko fałszuje.
Od śmierci Pani męża mijają właśnie cztery lata.
A ja nadal nie posprzątałam jego biura. Przeganiał mnie widząc, że w ręce mam szmatę. Na jego biurku nie można było niczego ruszyć. Dziś przyglądam się pajęczynom, podziwiam ich misterne piękno, wyrafinowaną formę. Po jego śmierci pomyślałam: „Chcesz? Masz, kochany”.
Definitywny koniec ze sprzątaniem?
A tak... Właściwie całe moje mieszkanie jest teraz wielką przechowalnią gadżetów wszelakich, na których kładzie się kurz. Ogólnie mi się to podoba. Może tylko gorzej się oddycha.
W tej kolekcji bezcenny przedmiot?
Zawsze cieszyło mnie to, co miałam. Coś dostałam, coś kupowałam i tak zbierałam. Dzięki temu w moim domu robiło się ciepło, przytulnie, sympatycznie. Kocham także to, co brzydkie, ułomne. Wie pani, ja jestem kobietą śmieciem. Ale segregowanym.
Słyszę ten cudzysłów.
A wie pani, co jest najtrudniejsze? Zachować ludzki zapach. Dlatego nie piorę koca, na którym wylegiwał się mąż, nie chcę, żeby ulotnił się do końca. Ale wielcy pisali już o zapachu. Taki np. Bunin. Uuu, to groźne, nie wolno teraz głośno wypowiadać tego nazwiska. Facet miał nieszczęście urodzić się tam, gdzie się urodził.
Pani pije do tego, że jak Putin napadł na Ukrainę, to rozpętała się dyskusja, czy można czytać literaturę rosyjską?
Mnie się w głowie nie mieściło, że można zrezygnować z Dostojewskiego, Tołstoja, Babla, Mandelsztama, Achmatowej, Cwietajewej... Wymazać gumką całego Bułhakowa i „Mistrza i Małgorzatę”? Przecież ich pisanie było wołaniem o wolność. Niektórzy ceny wielkie za to ponosili: zakazy druku, więzienia, zesłania.
Mój Boże, twoje dziecko nie może tego czytać? Twój wybór. Tylko nie pali się książek. A cisza nad tą literatura tożsama jest z tym, że one nie istnieją.
Rosja dla Pani?
Grałam tam u fantastycznych reżyserów: Władimir Motyl, Ilja Awerbach, Aleksander Zarchi. To się działo ponad 50 lat temu, dawno, ale pamięć wsteczna wspaniale działa. I gdybym mówiąc o swojej pracy pominęła ten epizod, to mogłabym sobie napluć w pysk. No nie da rady.
W Rosji, to znaczy jeszcze w Związku Radzieckim, zdarzyło mi się mnóstwo wartościowych spotkań: artystycznych i prywatnych. A w mojej sypialni w dalszym ciągu stoi zdjęcie Czechowa. Mimo że napisał, że wszystkie aktorki to „krowy”, którym się wydaje, że są boginiami.

Rosjanie kochają aktorów, jak żaden inny naród.
To miłość bezgraniczna. Dostawałam tego dowody. Nie chodzi wyłącznie o specjalne traktowanie: hotele, limuzyny, ludzie... Kiedyś młody człowiek z pierwszej loży wskoczył na scenę, kiedy na niej byłam. Złamał sobie nogę, pogotowie przyjechało, trzeba było kości składać i wkładać do gipsu. W każdym razie mam teraz milczeć o tym moim rosyjskim epizodzie?
Ja nieraz boję się do nielicznych jeszcze żyjących przyjaciół zadzwonić, by się nie dowiedzieć czegoś, czego bym nie chciała. Proszę też pamiętać, że urodziłam się cztery lata po wojnie.
W tym kontekście ma to znaczenie?
W mojej głowie zostały obrazy odbudowującej się Warszawy: dom, szkoła, ulice, które robiły się coraz bardziej podobne do domów i ulic. Teraz, co by nie powiedzieć, kochamy nowoczesne szklane domy: ładne, choć otoczone zbyt małą ilością zieleni. I mogłoby powtórzyć się coś, co już kiedyś się zdarzyło: bomby, gruzy i rujnacja? Pytam, czy zmartwychwstałoby to miasto jeszcze raz, czy to jest możliwe?
Od lat mam powracający koszmar senny: nad wieżowcem, gdzie mieszkałam, nisko leci samolot i dociera do mnie świadomość, że za chwilę zniknę.
W każdym z nas jest ta trwoga.
Na czym polega teraz mój problem? Od dziecka byłam z kimś: z mamą, tatą, babcią, siostrą. Z chłopakiem, z pierwszym mężem, z drugim mężem. Nie mam dzieci, ale zawsze ktoś się mną opiekował i ja się kimś opiekowałam. Mam jeszcze suczkę Szarusię. Nazywaną też Szarą, Szarytką, Sarenką. Wszystko rozumie. Jest w zaawansowanych latach: nie widzi, nie słyszy.
Muszę wyjść o drugiej w nocy, jeśli ona zechce. Zwlec się po schodach: ona i ja. To przyjemność. Nieraz okazuje się, że obowiązki są wybawieniem. To z nią właśnie spędzam Wigilię.
Odkąd tu siedzimy, na moment nie spuściła Pani z oka.
Wie pani, że to gwiazdka telewizyjna? Kiedy odeszły dwa moje ostatnie wspaniałe psy, koledzy wykombinowali, że powinnam pieseczka zaadoptować. W programie „Przygarnij mnie” adoptowałam sunię. Szarusia jest ze schroniska. A wybrałam ją spośród innych piesków, bo w Szarusi oczach zobaczyłam najwięcej strachu. Poprzedni właściciele wzięli ją ze schroniska, a następnie oddali.
Ufność od pierwszego wejrzenia?
A skąd... Najpierw był lęk straszny. Ona się cały czas trzęsła, nie cierpiała mężczyzn, którzy wcześniej ją katowali. Była głodzona, czego wynikiem jest brak zębów, trzeba było je wszystkie usunąć. Próbuję jej teraz wynagrodzić zło, którego zaznała od ludzi. W ogóle na nią nie warczę, nawet jak się zesika. Dlatego Szarunia jest rozpuszczona jak dziadowski bicz.
Przypomniała mi się teraz historia o innym piesku, mam opowiedzieć?
Słucham uważnie.
Sto lat temu na lotnisku, wtedy w Leningradzie, poproszono, bym przetransportowała do Polski małego charcika. Wchodzę więc z charcikiem na ręku do niemal pustego samolotu, na pokładzie było może dziesięć osób, głównie jacyś delegacjoniści.
Wszyscy wracaliśmy do domów na Wigilię. Panowie nadużywali, zrobili się bezczelni, chojrakowali, biedne stewardesy uwijały się, ciężką pracę przy nich miały. I nagle zaczęły się turbulencje, trzęsie niemiłosiernie. Okazuje się, że nie polecimy do Warszawy, tylko wylądujemy w Rzeszowie.
Histeria tych podchmieleńców była nie do pojęcia, jaką aferę robili!
A pies?
Charcik spokojnie usnął na moich kolanach. Wylądowaliśmy, dyplomaci porozjeżdżali się autobusami i pociągami do swoich domów, myśmy z charcikiem spędzili jedną noc w Rzeszowie w przylotniskowym hotelu. A następnego dnia rano, jako jedyni pasażerowie plus obsługa samolotu, polecieliśmy do Warszawy.
Na lotnisku czekały panie, u których charcik miał zamieszkać. W podzięce wręczyły mi ogromny bukiet, który przyjęłam, i chciały wręczyć torbę z Peweksu, której nie przyjęłam.
Szarusia po śmierci Pani męża?
Przyznaję, nie bardzo zwracałam na nią uwagę. To nie był dobry czas na obserwację, sama byłam otępiała, musiałam zająć się tym wszystkim, co jego odejście spowodowało. Ale nie miałam żalu do losu, nie pytałam: dlaczego mnie to spotkało, a nie Krysię czy Zosię? Przeciwnie, myślałam: „Widać tak miało być”.
Mało kto tak umie.
Wie pani, mamy grób rodzinny na Bródnie. Jeszcze za życia siostry rozmawiałyśmy o tym, by trochę go zmienić. I kiedy siostra odeszła, zaczęłam się zastanawiać, czego ja teraz chcę dla tej gromadki moich ukochanych zmarłych.
Teraz na czarnozielonej płycie widać napis: „staraliśmy się być użyteczni”. Właśnie nie pożyteczni, bo to się kojarzy z pożytecznymi idiotami. A użyteczny daruje siebie drugiemu, chce zabezpieczyć, pomóc, zatroszczyć się. Raczej nie wymyśliłabym takiego zdania mając 16 lat, chociaż tak samo lubiłam ludzi jak dziś.
Rzeczywiście to się nie zmieniło?
W mojej samodzielnej młodości piorunem mnie uczono, że świat nie jest taki, jak mówili dorośli w dzieciństwie. Długo byłam trzymana pod kloszem, miałam w sobie mnóstwo naiwności, ufności, właściwe nieporadności.
Samodzielności dziecięcej nie uzyskałam nigdy, choć nie prowadzono mnie w domu na smyczy. Do szkoły autobusem miejskim zaczęłam dojeżdżać dopiero w liceum, pani sobie to wyobraża?
Można by dywagować, czy to nie wina rodziców. Nie miałam do nich o to szczególnego żalu, różnie się przecież dzieci wychowuje. Dziś jak patrzę na siebie z tego czasu, to jakbym widziała kogoś innego i jednocześnie kogoś, kto nadal jest we mnie. Taki dziwny dualizm.
To co w Pani jest niezmienne?
A to, że nie cierpię budować barykad. Nie jestem typem wojownika, tylko mediatora.
Przykład?
Znajoma ma inne poglądy na życie. No i co? Ale to znaczy, że mam nie widzieć tej osoby? Ignorować? Nie szanować? Odwrócić się plecami, nie pomóc, nie podwieźć do sklepu, nie przynieść z apteki lekarstwa, bo słucha innego radia? A przecież jest tyle innych tematów do rozmowy, choćby to: przepis na najlepsze gołąbki.
Nasz narodowy problem: polaryzacja.
Dużo rzeczy oburza i dzieli, zbyt czuli jesteśmy na swoim punkcie. Nie ma w nas skłonności, by mądrze się różnić. A w teatrze na widowni siedzi tyle partii, frakcji: lewica, prawica, narodowcy, wierzący, ateiści. Gram dla anonimowych dla mnie ludzi i moje zadanie polega na tym, żeby wszyscy zrozumieli, co do nich mówię.
Tu aktorstwo jest ratunkiem?
W ogóle praca bywa ratunkiem, a przynajmniej przez jakiś czas. Po śmierci męża to właśnie w nią uciekałam.
Dziś Pani też w nią ucieka?
Pewnych ról nie zagram, ze względu na ograniczenia fizyczne. Mój Boże, a nie mówię, i tego nigdy nie powiem, o propozycjach, jakie dostałam – z góry musiałam je przekreślić, zdając sobie sprawę, że nie stanę na wysokości zadania. Przegrałabym siebie. Trzeba umieć rezygnować.
Jakiś żal?
Wielki. Przez lata słyszałam zachwyty na swój temat: „jaka śliczna dziewczyna”, „jaka piękna kobieta”. Dziś dociera do mnie, jak ci sami ludzie mówią: „jaka to była ładna dziewczyna”, „jaka to była piękna kobieta”. Jestem przeszłością.
I?
Nie, nie, nie płaczę. Nie walczę ze starością, walczę o starość. Jak już sobie powiedziałam, że jestem stara, to jakby spadło ze mnie z dziesięć lat. Trzeba zaakceptować delikatny swój rozpad. Poza tym aktorstwo nie polega na tym, żeby mówić o osobie gorzej, ale by mówić mniej.
To w ogóle dobra zasada na życie.
A samo życie w swojej istocie jest piękne. I bardzo kruche.
EWA SZYKULSKA (ur. 1949) jest aktorką. W teatrze grała m.in. w spektaklach Józefa Szajny, Jerzego Gruzy i Piotra Cieplaka. Popularność przyniosły jej role w filmach i serialach: „Człowiek z M-3”, „Hydrozagadka”, „Pan Samochodzik i templariusze”, „Dziewczyny do wzięcia”, „Kariera Nikodema Dyzmy”, „Vabank”, „Jan Serce”, „Nadzór”, „Seksmisja”, „Leśniczówka”. W wydawnictwie Prószyński i S-ka ukazała się właśnie książka „Entliczek mętliczek. Ewa Szykulska w rozmowie z Karoliną Prewęcką”.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.



















