Dane i sondaże korespondują z wynikami obserwacji uczestniczących, które prowadzi wielu z nas. Listopadowa frekwencja na polskich cmentarzach wcale się nie zmniejsza. Przemiany cywilizacyjne, światopoglądowe, polityczne – w Polsce i na świecie – nic w tym względzie nie zmieniają. Ani wojny, ani pandemie, ani zanik żałoby w zachodnich społeczeństwach, ani wypieranie śmierci z powszechnej świadomości. Podobnie kryzys wiary, kryzys Kościoła, kryzys wspólnoty czy demokracji. W ogóle żaden kryzys, żadna katastrofa, żadne kulturowe trendy i procesy nie osłabiają naszej potrzeby spotkania ze zmarłymi na początku listopada, w dniu Wszystkich Świętych. Co nas tam tak przyciąga?
Odwiedzający i odwiedzani na cmentarzach
Z dziecięcych wizyt na cmentarzach pamiętam głównie zimno, jesienne brązy, czerwienie i pomarańcze, setki, tysiące zniczy, ich bijący w niebo blask. I te ciągnące uliczkami, alejami tłumy. Niekończące się potoki ludzi, wesołych i smutnych, rozgadanych i milczących, energicznych i powolnych, idących sprężystym krokiem i drepczących, przygarbionych. Kobiet, mężczyzn, dzieci, starych, młodych, małych, dużych, bogatych i biednych. Tak bardzo od siebie różnych, a zarazem połączonych wspólnym celem, jednym kierunkiem. Przynajmniej tego dnia.
Pamiętam też uporczywą, powracającą wciąż (także dzisiaj, także teraz) myśl: że przecież my, odwiedzający, już wkrótce nieuchronnie staniemy się odwiedzanymi. Już wkrótce inni ludzie będą chodzić po tych zaułkach, zapalać znicze, wspominać zmarłych. Wkrótce o nas, o mnie, będą traktować słowa: „Nie ma mnie i nie ma mnie / I nigdy w życiu mnie nie będzie” (to Tuwim w pięknym wierszu „Berlin 1913”, na który natknąłem się kiedyś w eseju zmarłego w kwietniu Zbigniewa Mikołejki). I że 1 listopada, rok w rok, w przedziwny sposób ujawnia się jakaś prawda o życiu i śmierci. O ich nierozłącznym splocie. O tajemniczym cyklu, którego wszyscy – ci wciąż jeszcze żywi, ci już umarli – jesteśmy częścią.
Czy nie taki jest, zawsze był, sens wszelkich rytuałów i świąt? Ujawnienie jakiejś fundamentalnej prawdy, której za pomocą symboli, mitów i wynikających z nich gestów nadajemy metaforyczną formę? Prawdy, o której zazwyczaj, porywani obowiązkami i troskami codziennego życia, nie pamiętamy? Umyka nam ciągle, rozmywa się, rozpuszcza w banalnych powtarzalnościach. Owszem, czasami uderza i staje wprost przed oczami. Np. w chorobie, wypadku, niespodziewanej albo spodziewanej stracie. Dopóki jednak nie uderzy, dopóty da się ją ignorować.
Co nas czeka
Wyobrażamy więc sobie, że już tak będzie, jak jest. Że kres to nieledwie idea, abstrakcja, fikcja. Niewykluczone zresztą, że – tak twierdził choćby Ernest Becker, autor klasycznej już pracy „The Denial of Death” (1973) – inaczej się nie da. Wciąż myśląc o śmierci, nie bylibyśmy w stanie w ogóle funkcjonować. Tymczasem idąc raz w roku na cmentarz, wspominając zmarłych, zapalając znicze, uświadamiamy sobie – być może na krótko, lecz za to wyraziście – że już wkrótce również my będziemy tu leżeć. Również my zmienimy się we wspomnienie („Zostanę w liście, zostanę w śnie” – to znowu Tuwim). I właśnie wówczas, w tym przebłysku – stajemy się, przynajmniej na chwilę, prawdziwą wspólnotą. Kierujemy się bowiem ku czemuś, co poprzedza wszelkie podziały. Ku jakiejś bazowej rzeczywistości, kosmicznemu porządkowi, z którego nie wiadomo dlaczego wyłoniliśmy się tylko na chwilę, i który nie wiadomo dlaczego w końcu nas pochłonie.
Co nas wtedy czeka? Czy w ogóle cokolwiek? Czy naprawdę – jak podszeptuje nauka – wszystko jest tylko ślepą grą materii? Sterowanych siłami fizyki i biologii cząsteczek, które na mgnienie oka układają się w naszą osobowość, myśli, emocje, biografie? A potem rozpraszają w przestrzeni i nigdy nie wracają do tej samej konfiguracji? Czy też może działa gdzieś pod spodem – albo wewnątrz – jakaś niewidzialna zasada? Duchowa tkanka, trwalsza niż wszelkie materialne poruszenia? No bo jak to tak? Tyle zaangażowań, poruszeń, wzlotów, myśli, wysiłków, karier, książek, filmów, podróży, miłości, przyjaźni, komunii dusz – a potem już nic, nigdy więcej, pustka, nicość („I nigdy w życiu mnie nie będzie”)?
Jeśli cokolwiek jeszcze w dzisiejszym świecie wywołuje tego typu pytania, to właśnie zetknięcie ze śmiercią. Z tym, co nieuchronne, nieodwołalne i absolutne. Z tym więc, czego współczesna kultura znać nie chce. Od czego się z lękiem lub wstrętem odwraca, co przenosi za szpitalne parawany. Albo definiuje jako karę za nowoczesne grzechy: złą dietę, nieodpowiednią suplementację, niedostatecznie intensywne treningi. Na tę szczególną właściwość nowoczesności już kilkadziesiąt lat temu zwracali uwagę tacy autorzy, jak antropolog Geoffrey Gorer czy historyk Philippe Ariès.
Triumf śmierci
Ale przecież – można by odpowiedzieć – śmierć otacza nas ze wszystkich stron. Mamy ją w obrazach przewijających się przez media konwencjonalne i społecznościowe – z ukraińskiego frontu, z Bliskiego Wschodu, z Afryki. Dominuje w dyskusjach o majaczącej na widnokręgu kolejnej globalnej wojnie; nuklearnym konflikcie, który pochłonie, jeśli nie całą, to w każdym razie znaczną część ludzkości i zmiecie rzeczywistość, którą znamy. Pobrzękuje w powracających jak mantra sporach o Smoleńsk – tragedię, która zintensyfikowała najgłębsze polskie podziały. Wiedzie prym we wciąż świeżej pamięci o pandemii koronawirusa, która pochłonęła w Polsce ponad 100 tysięcy ofiar.
Nawiasem mówiąc, pamiętacie? Zapadło po nich w sferze publicznej dziwaczne milczenie. Obyliśmy się – to ewenement na międzynarodową skalę – bez oficjalnych uroczystości, bez zbiorowej żałoby. Nawet Czesi, którzy do rytuałów pogrzebowych i śmierci mają stosunek znacznie lżejszy, upamiętnili swoje ofiary covidu. Na zamku praskim, w obecności obywateli i najwyższych rangą polityków, zapłonęło 30 tysięcy świec. W Polsce natomiast – nic. A przecież w naszej historii pełno jest śmierci, które z upodobaniem celebrujemy w rocznicach powstań, wojen, bohaterskich czynów i zrywów, ale także porażek, których odnieśliśmy, trzeba przyznać, pod dostatkiem.
Z tym wszystkim jednak można się na różne sposoby układać, można to oswajać, neutralizować. Przepływające przez media obrazy śmierci i okrucieństwa w pewnym momencie – prawem habituacji – obojętnieją. Wydarzenia historyczne już na wstępie zdają się odległe. No chyba że się wiąże z nimi jakieś szczególne emocje – wtedy z kolei ulegają specyficznemu umitycznieniu. Polityczne animozje płoną w szaleństwie polaryzacji, ale – na co zwracał uwagę filozof René Girard – zwaśnione strony nie tylko stopniowo upodabniają się do siebie, ale też z czasem zapominają, za co tak bardzo się nienawidzą. Wojna, owszem, toczy się przy polskich granicach, co wywołuje poczucie zagrożenia, ale wciąż jeszcze nie „u nas”, wszak należymy do NATO. Ach, byłbym zapomniał – jeszcze katastrofa klimatyczna. Cóż, jeśli ktoś martwi się przede wszystkim o to, żeby przetrwać do końca miesiąca, nie spędza mu snu z powiek perspektywa globalnego ocieplenia.
Monokulturowość Wszystkich Świętych
Doprawdy, jest coś niepowtarzalnego w tych polskich cmentarzach, nad którymi w jesienną noc roztacza się łuna. Jest coś niepowtarzalnego i specyficznego w naszej wierności temu świętu. Jak podają rozmaite sondaże i szacunki – bierze w nim corocznie udział od osiemdziesięciu do dziewięćdziesięciu kilku procent Polaków. Co więc za tym – powtórzymy początkowe pytanie – stoi? Co się w tym kryje?
Czy wciąż jeszcze żywy „paradygmat romantyczny”? Jego koniec ogłaszała ongiś prof. Maria Janion, nieustannie zarazem podkreślając szczególny związek polskiej wspólnoty z umarłymi. Z tymi, którzy tworzyli jej symboliczne pole. Ale także z tymi, którzy za istnienie tej wspólnoty, za jej ciągłość oddawali życie w kolejnych powstaniach, zbrojnych konfliktach, konspiracjach, racjonalnych i mniej racjonalnych niepodległościowych aktach heroizmu. Czy zatem Janion się myliła? Polski romantyzm ma się dobrze i to on co roku wyprowadza nas na cmentarze?
A może raczej katolicyzm? Wprawdzie przeżywający dziś kryzys – niektórzy powiedzą: odchodzący w przeszłość wraz z całym „chrześcijańskim światem” – ale wciąż obecny w obyczaju, rytuale, geście? Być może pustym, być może odtwarzanym automatycznie, niemniej zewnętrznie na tyle jeszcze aktywnym, żeby co roku angażować dziesiątki milionów ludzi?
A może to ściśle powiązana z katolicyzmem „monokultura”, jak ją ongiś nazwał (w eseju pod tym samym tytułem) Bohdan Chwedeńczuk, jeden z najważniejszych filozoficznych ateistów, jakich mieliśmy po roku 1989? W tekście pomieszczonym w niewielkiej, ale mającej moc buldożera (proszę mi wierzyć) książce „Trzeba w coś wierzyć?” – wydanej przez wydawnictwo Aletheia w 1997 r. – Chwedeńczuk krok po kroku demontował większość intensywnie wówczas proklamowanych tradycyjnych, chrześcijańskich nakazów, stereotypów, wartości. Między innymi „święto zmarłych”, jak celowo określał ten dwudniowy, zawsze starannie na lekcjach religii różnicowany konglomerat: Wszystkich Świętych oraz Dzień Zaduszny. Pośród licznych zarzutów i wątpliwości względem owego konglomeratu Chwedeńczuk podkreślał, że odbywa się on pod dyktatem monokultury. To znaczy: istnieje w Polsce tylko jeden dopuszczalny sposób obchodzenia tego święta. Jeden dopuszczalny wzorzec stosunku do zmarłych. Jedna data, jedna symboliczna i kulturowa forma, nakazująca, co myśleć, co robić i jak się zachowywać.
Kontrapunkt Halloween
Czy prawie 30 lat później zastrzeżenie to zachowuje aktualność? Z pewnością społeczna pozycja Kościoła katolickiego – o zmianę której dopominali się wtedy, w latach 90. Chwedeńczuk z Barbarą Stanosz i pozostałymi członkami redakcji kwartalnika „Bez Dogmatu” – uległa osłabieniu. M.in. dlatego, ale i z powodu otwierania się polskiej „monokultury” na zachodnie wpływy, dotarło do nas również święto Halloween, obchodzone 31 października. Nieodmiennie zresztą, choć wpisało się już dobrze w polski krajobraz, krytykowane przez niektórych katolickich hierarchów albo fundamentalistycznie usposobionych publicystów. Już to jako import „obcej tradycji”, już to jako bez mała celebracja sił demonicznych, otwieranie się na ich przerażające władztwo.
Z tych krytyk i ostrzeżeń nic sobie wszakże nie robią dzieci, które radośnie zapalają świeczki, wydrążają dynie, przebierają się, biegają po mieszkaniach, no i stawiają sąsiadów przed znaną alternatywą: cukierek albo psikus. Halloween – wyrastające z innej, nie mniej niż patos Wszystkich Świętych archetypowej postawy wobec śmierci, czyli kpiny, zabawy, performansu – stanowi dziś kolorowy, karnawałowy kontrapunkt dla milczących, refleksyjnych, listopadowych wypraw na cmentarze.
Z tego kontrapunktu cieszył się w opublikowanym kilka lat temu w „Newsweek Polska” wywiadzie Zbigniew Mikołejko. Wytrawny znawca śmierci, który – z czego nie raz się śmiał – w listopadzie właściwie nie wychodził z telewizyjnych i radiowych studiów. Opowiadał o śmierci, o naszym do niej stosunku, o kulturze, z której śmierć znika, o symbolice polskich form celebrowania relacji ze zmarłymi. Ale w kwietniu tego roku – i on umarł. Już samo czytanie tych jego wypowiedzi, pamięć o zmaganiach, jakie z tematyką śmierci prowadził, wywołuje metafizyczny dreszcz. Tyle napisał o śmierci – a teraz sam nie żyje? Dziwne to i niesamowite...
Mikołejko w każdym razie podkreślał – we wspomnianym wywiadzie i nie tylko – że Halloween wzbogaca zabawą i karnawałem tanatyczną powagę polskiej tradycji. Równoważy jednostronność, rozświetla nieco jej marsowe oblicze. Więc czy i dzisiaj, z początkiem listopada, Chwedeńczuka nawiedza poczucie funkcjonowania w monokulturze? Przy najbliższej okazji muszę go o to koniecznie zapytać, dopóki wciąż jeszcze obaj żyjemy („I nigdy w życiu mnie nie będzie”).
Za fasadą Święta Zmarłych
A co z innymi argumentami, które Chwedeńczuk wytaczał w swoim eseju, wznowionym zresztą niedawno przez Bractwo Trojka w serii wydawniczej TIKN? Powierzchownością, pustką rytuału nieprzekładającego się na realne życiowe postawy, wreszcie – wszechobejmującą tandetą, tyleż estetyczną, co moralną? Nekrogadżetami w złym guście albo plagą pijanych kierowców („akcja Znicz” – to także wbiło się w moją dziecięcą pamięć)? No i wreszcie z najzwyklejszą, powszednią hipokryzją: świętowaniem na pokaz, przed innymi, a potem powrotem do standardowego modus operandi, które nie ma nic wspólnego z głębokimi wymiarami istnienia, jakie rytuały pamięci o zmarłych mają uzmysławiać?
Owszem, mnóstwo już na ten temat napisano. Za fasadowym świętowaniem często nic nie stoi, nierzadko w tle są alkohol, przemoc i zwykła głupota. Poza tym następnego dnia i tak wracamy do codzienności. A sferą polityki i życia społecznego nieodmiennie zarządza nienasycony potwór polaryzacji. Najlepszymi przykładami są wspomniane wcześniej tragedie: Smoleńsk i pandemia. Pokazały one dobitnie, że kiedy bezsensowna, okrutna śmierć dotyka nas wszystkich – społeczeństwo, grupę, wspólnotę – nie umiemy z nią sobie poradzić. Nie umiemy się prawdziwie wesprzeć, odruchowo reagujemy przerzucaniem winy na tych, których uznajemy za innych i gorszych.
W przypadku Smoleńska – ten mechanizm zadziałał niemal od razu. Połowa społeczeństwa została automatycznie uznana za ciemnogród, druga za zdrajców i zaprzańców. Jedni za wspólników zbrodni, drudzy za paranoików. W pandemii stało się podobnie – nie byliśmy w stanie razem przeżyć żałoby, pogrążyliśmy się bowiem, częściowo zwiedzeni przez polityków, we wzajemnych oskarżeniach o to, kto jest największym winowajcą. W tym sensie – o czym przed dwoma laty pisałem na łamach „Tygodnika” w tekście „Wspólnota i milczenie” – nie było u nas oficjalnej żałoby, bo nie było ofiar pandemii, były tylko ofiary PiS-u lub „totalnej opozycji” (w zależności od politycznej afiliacji oskarżających).
Takie przykłady i zarzuty można by mnożyć. W zasadzie wszystko, co da się powiedzieć o powierzchownym, fasadowym świętowaniu 1 listopada, da się powiedzieć o innych aspektach funkcjonowania polskiej zbiorowości.
Wspólnota Wszystkich Świętych
A jednak jest jakaś różnica. Sunąc po cmentarnych alejach, uczestniczymy wszak w pochodach, w których idą ramię w ramię wyborcy wszystkich politycznych ugrupowań. Przedstawiciele wszystkich mniejszości, większości, stronnictw, obozów, plemion, płci, orientacji i partii. Nie ma tu konfliktów pokoleń, patriarchalnych opresji, światopoglądowych kontrowersji, młodości i zdrowia, starości i chorób. To znaczy – oczywiście są, nic tutaj magicznie nie znika, nic się nie ulatnia, nie rozpływa się w egzaltacji. Po prostu, tego dnia razem idziemy tam, gdzie ostatecznie wszyscy trafimy („Nie ma mnie i nie ma mnie”). Idziemy tam, gdzie przed nami poszli inni. To dzięki nim tutaj teraz jesteśmy, to dzięki nim i nam przyjdą kolejni i kolejni, i kolejni.
Nie wiem, czy to polski romantyzm, czy katolicyzm, czy pełna ofiar historia, czy może martyrologia narodowa albo coś jeszcze innego prowadzi nas rokrocznie na groby. Zanim usiadłem do tego tekstu, przeczytałem wiele esejów, książek, dyskusji i polemik na ten temat. Owszem, znalazłem w nich różne hipotezy, ale żadnej faktycznej odpowiedzi. Wiem tylko, że w tym zimnie, jesiennych kolorach, blasku zniczy i niezmierzonych tłumach odsłania się coś uniwersalnego. Jakaś łączność, której na co dzień coraz bardziej nam brakuje, bo z kultury stopniowo wyparowują jej zewnętrzne oznaki, jej symboliczne ujęcia („Zostanę w liście, zostanę w śnie”). Łączność wcześniejsza, głębsza i ważniejsza niż inne. Paradoksalnie też – bardziej od nich rzeczywista, choć nieodłącznie związana przecież z końcem, nieistnieniem i pustką.
No właśnie, czy aby tylko z pustką? Tego my, odwiedzający, na sto procent nie wiemy. Ale może ci odwiedzani – tak? Więc czy i my się o tym dowiemy, kiedy już z odwiedzających staniemy się odwiedzanymi? Czy się o tym kiedyś dowiemy?
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

















