BARTEK DOBROCH: Legenda o tym, że zwierzęta mówią w wigilię ludzkim głosem, zaczyna się odzwierciedlać w nauce? Coraz więcej rozumiemy?
Adam Zbyryt: Mamy coraz lepszy kontakt ze zwierzętami, nie tylko emocjonalny. Komunikację między nimi rozumiemy dużo lepiej niż 20, a jeszcze bardziej niż 100 lat temu. Mówi się, że XXI wiek jest w badaniach naukowych wiekiem zwierząt. Nie ma tygodnia bez nowych publikacji, pokazujących, jak złożona i wyrafinowana potrafi być komunikacja wewnątrzgatunkowa, międzygatunkowa, a także między zwierzętami innymi niż ludzie i człowiekiem.
Ale gdyby rzeczywiście mogły przemówić ludzkim głosem, nie byłaby to miła pogawędka.
Na pewno nie miałyby nam nic miłego do powiedzenia kury, produkowane, bo nie można tego nazwać hodowlą, krowy masowo zamykane w oborach przypominających fabryki mleka i mięsa, niemające wiele wspólnego z krowami znanymi sprzed lat z pastwisk.
Wobec traktowanych tak zwierząt hodowlanych zachowujemy jednak pozory szacunku. W stosunku do zwierząt dzikich kończy się często na deklaracjach przykrytych niewiedzą i strachem.
W tym, że traktujemy zwierzęta towarzyszące dużo lepiej niż hodowlane, te zaś lepiej niż dzikie, wychodzi nasza dychotomiczna natura. Jakby zwierzęta dzikie były najgorszą kategorią, która jest tylko po to, by nam przeszkadzać albo by ją użytkować.
Życzymy sobie spokojnych świąt, ale dla zwierząt to niespokojny czas, począwszy od naszej wielkiej świątecznej migracji po hucznego sylwestra.
Pomimo szeroko zakrojonych kampanii i dobrze znanych opiekunom zwierząt domowych negatywnych konsekwencji. Coraz większa liczba badań pokazuje, że to wielki dramat także dzikich zwierząt.
Jak on wygląda?
To najwyższa forma strachu, panika. Kiedy rozpoczyna się ten ostrzał, właściwie niemal artyleryjski, wiele zwierząt zaczyna biegać szaleńczo po lesie. Jeśli są blisko zabudowań, potrafią wpadać na ogrodzenia. Co roku mamy doniesienia, jak dużo zwierząt przebywających czasowo w ośrodkach rehabilitacji, w szaleńczym pędzie rozbija się i ginie przy próbie wydostania się za ogrodzenie. Sarny i inne zwierzęta umierają w wyniku miopatii – czyli uszkodzenia mięśni – prowadzącej do zawałów serca i śmierci. Ptaki zaczynają latać w różne strony i często rozbijają się o szyby. W mieście, gdzie zwłaszcza krukowate i szpaki zimują w ogromnych stadach, prowadzi to do ich masowych śmierci.
Były przypadki wybudzenia ze snu zimowego niedźwiedzia brunatnego...
Bo zwierzęta te zapadają w kilkudziesięciodniowe okresy drzemki (tzw. torpor), przerywane, aby zmienić pozycję, a czasami nawet coś przekąsić i wrócić do gawrowania. Wybudzenie wiąże się z dużym kosztem energetycznym dla takiego zwierzęcia.
Problem jest dużo szerszy, bo w miastach, w których strzelają fajerwerki, są zimowiska nietoperzy, które zachowują się w podobny sposób, choć stan, w jaki zapadają, hibernacja, jest jeszcze głębszy i energetycznie kosztowniejszy w przypadku wybudzenia. Swoje nory w pobliżu ludzi mają też śpiące borsuki.
To podobny strach, którego doznają zwierzęta podczas wojny?
Zwierzęta cały czas są na wojnie. Tej z ludźmi, a właściwie myśliwymi w naszych lasach. Przez większą część roku można polować na wiele gatunków. Okresy polowań są różne dla różnych gatunków, ale kiedy naniesie się je na kalendarz, wychodzi, że przez prawie cały rok można do czegoś strzelać. Zwierzęta nie mają pewności, czy akurat nie na nie, muszą żyć pod ciągłą presją łowiecką i hałasu.
We wspólnych badaniach z Instytutem Biologii Ssaków PAN w Białowieży wykazaliśmy, że presja ze strony drapieżników – wilków i rysi – nie miała w ogóle wpływu na poziom hormonu stresu w badanych populacjach. Okazało się, że zwierzęta były najbardziej zestresowane w lasach, w których nie było żadnego drapieżnika, za to pozyskanie zwierząt przez myśliwych było najwyższe. To nie wilk, nie ryś stresuje najbardziej jelenie czy sarny, tylko myśliwy.
Nieprzewidywalny, działający w sobie znanych nieczytelnych dla zwierząt okresach.
Jelenie potrafią doskonale odczytywać, jak świeże są odchody zostawione przez wilki, czyli jak długo powinny unikać danego miejsca, żeby nie narażać się na ataki. W innych badaniach IBS wykazał, że jelenie unikają miejsc, gdzie położona jest nora wilcza, i trzymają się na obrzeżach terytoriów wilczej rodziny. Wyczuwają to na podstawie całorocznego schematu poruszania się tych zwierząt, zostawianych przez nich śladów, znakowania terytorium. Natomiast myśliwy może się pojawić na ambonie przez pięć nocy z rzędu, a potem przez kilka dni może go nie być. Zwierzę nie wie, czy danego dnia będzie, czy zatrzymała go wizyta szwagra.
Zwierzęta mogą odczuwać coś porównywalnego z PTSD u człowieka?
To temat, który dopiero raczkuje. Mamy doniesienia dotyczące objawów zespołu stresu pourazowego u słoni w Afryce, szczególnie młodych osobników, które straciły swoich bliskich.
Czym się objawiały?
Zaobserwowano u nich stany depresyjne i ataki niekontrolowanej agresji. Pozbawione wzorca w postaci dorosłych samców, uczących, jak postępować w grupie, stają się niebezpieczne: w niekontrolowanym szale potrafią zabijać nosorożce czy inne mniejsze od siebie zwierzęta.
Człowiek ma zasadniczy wpływ na to, czy dane zwierzę jest płochliwe?
W zależności od różnych gatunków nasza rola bywa ambiwalentna. Raz jesteśmy wielkim wrogiem i sprawiamy, że zwierzęta się nas bardzo boją. Szczególnie pewnych grup, jak myśliwych, bo one też potrafią rozróżniać, z kim mają do czynienia. Dlatego w naszych badaniach włączaliśmy też do analiz obecność innych ludzi, miejscowych czy turystów.
Z drugiej strony tworzymy obszary, które w naukach ekologicznych nazywamy ludzką tarczą. Czasem zwierzęta przybliżają się do człowieka, szukają w jego otoczeniu schronienia przed drapieżnikami, które w danym momencie bardziej im zagrażają. Sarna w lesie będzie uciekała przed myśliwymi, ale jednocześnie szukała schronienia w pobliżu domów ludzi, którzy nie polują, chroniąc się przed wilkami albo rysiem. A także przed samymi myśliwymi, bo nie można polować w odległości poniżej 150 m od zabudowań.
Czym jest krajobraz strachu, którym to terminem zatytułowałeś książkę?
To koncepcja w badaniach ekologicznych, która mówi, że drapieżniki mają wpływ na ofiary nie tylko zabijając je i zmniejszając ich liczebność. Poprzez samą obecność w środowisku tworzą krajobraz strachu, czyli miejsca postrzegane przez ich ofiary jako niebezpieczne, co z kolei wpływa na ich rozród, prowadzi do zmiany zachowań, diety, tras wędrówek.
Na poziomie krajobrazowym wywołuje to tzw. efekt kaskadowy. Jeżeli jelenie zaczynają zmieniać swoje przyzwyczajenia ze względu na obecność wilków, np. unikać polany, na której wyjadały dotąd wszystkie drzewa próbujące tam wyrosnąć, ta zaczyna zarastać, a przez to pojawiają się tam inne gatunki. A wraz z nimi inne drapieżniki.
I superdrapieżnik, którym w świecie zwierząt jest człowiek?
Przez to, że człowiek jest najskuteczniejszym drapieżnikiem, jaki kiedykolwiek pojawił się na Ziemi, może poza tyranozaurem, zwierzęta boją się nas bardziej niż wielkich mięsożerców: wilków, rysi, niedźwiedzi, a także tygrysów, lwów. Przy wodopojach w Afryce puszczano żyrafom, słoniom i antylopom głosy ryczących lwów. Uciekały albo unosiły głowy zaniepokojone, żeby się rozejrzeć. Natomiast już sam spokojny głos rozmów ludzkich niemal zawsze powodował ucieczkę. Takie eksperymenty powtarzano w przypadku borsuków w Wielkiej Brytanii, pum w Ameryce Północnej czy wilków w Polsce. Kiedy pojawiał się głos człowieka, zwierzęta natychmiast uciekały. W panice.
Zwierzęta boją się bardziej? Stąd frazeologizm „zwierzęcy strach” używany oczywiście w odniesieniu do ludzi?
Zwierzęcy strach to też ludzki strach, bo my też jesteśmy zwierzętami. U każdego ssaka, a nawet u większości zwierząt, działa podobnie. Różna może być jego ekspresja. U jednych gatunków może się wyrażać wzmożonym ruchem, zaczerwienieniem skóry, reakcją pilomotoryczną, czyli gęsią skórką, wydawaniem specyficznych odgłosów. U innych będzie się przejawiał w postaci zamrożenia, udawania martwych. Natomiast na poziomie hormonalnym u wszystkich przebiega bardzo podobnie. W obliczu strachu następuje uwolnienie dużych ilości kortykosteronu, noradrenaliny, adrenaliny, hormonów stresu, które wprowadzają nasz organizm w stan ucieczki, walki albo zamrożenia.
Jak w sytuacjach, w których dochodzi do wypadków drogowych z udziałem zwierząt? Mogą nie rozumieć zagrożenia?
Gdy kilkaset lat temu pierwsi Europejczycy pojawiali się w Ameryce Południowej czy w Afryce, byli traktowani jak bogowie. Żyjący tam ludzie nie rozumieli, czym są konie i strzelby, zachowywali się w sposób, który z dzisiejszej perspektywy ocenialibyśmy jako nieodpowiedzialny czy wręcz, jak czasami mówimy o zwierzętach, głupi. A one, podobnie jak ówcześni rdzenni mieszkańcy, nie mają skąd się dowiedzieć, dlaczego pędzący samochód jest zagrożeniem. Ważne jest też odniesienie do ich fizjologii. Jelenie albo sarny, które wychodzą na drogę nocą, nagle nieruchomieją nie dlatego, że się boją samochodu, tylko dlatego, że ich oczy są doskonale przystosowane do wychwytywania nawet najmniejszych ilości światła. Świecąc reflektorem w ich oczy powodujemy, że stają jak sparaliżowane, ale w rzeczywistości zostały po prostu oślepione.
W języku angielskim jest nawet określenie na ludzi, którzy stremowani nie mogą nic powiedzieć w czasie występu publicznego ani zejść ze sceny: like a deer in headlights.
Powodem stresu jest zatem inny, niekoniecznie ciągły odbiór światła przez zwierzęta?
Uświadomimy sobie to włączając w telefonie aparat i nakierowując na światło, szczególnie na nowe energooszczędne żarówki. Na ekranie będzie doskonale widać, jak to światło miga, ponieważ częstotliwość odświeżania telefonu mierzona w hercach jest inna niż w naszym oku. Wiele zwierząt widzi to właśnie tak, jak oko naszej kamery. Wyobraźmy sobie, jak musi się czuć trzymana w domu papuga, dla której światło nowoczesnych żarówek działa jak stroboskop. Tak stresujące środowisko powoduje wiele przewlekłych chorób.
Zatem postulaty, by zastąpić fajerwerki pokazami świateł czy laserów, niekoniecznie są najlepszym rozwiązaniem w stosunku do zwierząt?
To nie jest takie złe, ponieważ odchodzi czynnik związany z hałasem, którego propagacja jest dużo szersza niż świateł. Mam na myśli ciągłe oddziaływanie światła przez wiele godzin, dni, miesięcy. Stres powodowany przez czynniki antropogeniczne jest wśród zwierząt coraz powszechniejszy, co podobnie jak życie w pełnym stresogennych czynników miejskim środowisku przekłada się na ich ogólną kondycję. Przykładem chociażby sikory bogatki, które poruszają się i oddychają szybciej, bo szybciej bije ich serce, żyją na wyższych obrotach, a przez to niestety krócej.
Czy może doskwierać im odpowiednik zdiagnozowanego wśród ludzi zespołu deficytu natury?
Zwiększona podatność na choroby czy depresyjność dotykają już wielu gatunków zwierząt, które zaczynają zasiedlać miasta, bo ich fizjologia jest często zbliżona do człowieka, a czynniki, którym podlegają, są takie same.
Nasz nieinwazyjny, jak się wydaje, kontakt z naturą może być także stresogenny. Dla cietrzewi i głuszców sama nasza piesza czy narciarska obecność jest zagrożeniem egzystencjalnym.
Są gatunki zwierząt, które do obecności człowieka się nie przyzwyczają. Mają wąski zakres tolerancji na zmieniające się warunki środowiskowe i nie dostosowują się do zmian, gdy np. pojawią się ludzie, przekształcając ich siedliska w szlaki narciarskie. Cechuje je silna antropofobia, czyli lęk przed człowiekiem. Gniazdują na ziemi i nie przeniosą się nagle na drzewa, żeby unikać ludzi czy towarzyszących im psów.
Antropofobia może prowadzić wręcz do wymierania gatunków?
Może prowadzić i prowadzi.
Tak było z ptakiem dodo? Choć on nie wykazywał antropofobii, ale raczej kompletny brak lęku.
Nie wiemy, czy się nie bał ludzi, choć nigdy wcześniej się z nimi nie spotkał. Mógł po prostu nie wiedzieć, jak się w obliczu nowego zagrożenia właściwie zachować. Nie zawsze wydzielanie hormonów stresu jest spójne z reakcją behawioralną. U kapturek, gatunku pokrzewek, w czasie badań prowadzonych na południu Polski udokumentowano zjadanie ich jaj i piskląt przez wchodzące do gniazd ślimaki, śliniki luzytańskie, obcy gatunek inwazyjny pochodzący z Ameryki Północnej. Dzieje się to tak powoli, że ptaki nie wiedzą, jak traktować takie zagrożenie: potrafią wysiadywać jaja i pisklęta w gnieździe ze ślinikiem, który zjada ich potomstwo żywcem.
Stres nie zawsze jest więc szkodliwym czynnikiem?
Ma też funkcję adaptacyjną, pozwala przystosować się do nowych warunków. Bez niego – zwłaszcza tego chwilowego – nie bylibyśmy zmotywowani do podejmowania wyzwań i radzenia sobie z nimi. Nie wszystkie jednak gatunki mają tak dużą jak człowiek tolerancję na ten stres. Niektóre, żyjące w bardzo specyficznych środowiskach, jak wyspy czy bardzo zimne rejony Ziemi, nie są w stanie się szybko dostosować, co często prowadzi do ich wyginięcia.
Zima jest dla zwierząt najbardziej stresogenną porą roku?
Wiele badań wskazuje, że zimą, zwłaszcza w czasie załamania pogody, poziom hormonu stresu w zwierzęcych organizmach jest najwyższy. Zwłaszcza w lasach o uproszczonej strukturze wiekowej i gatunkowej, jak drągowina sosnowa, w których nie ma gdzie się ukryć i nie ma też za dużo pokarmu.
Zwierzęta miewają też reisefieber, czyli rodzaj napięcia przed podróżą?
To też motywujące! Poziom hormonu stresu zwiększa się u ptaków, kiedy zbierają się do odlotu, bo dni robią się coraz krótsze i robi się chłodniej. Odczuwają, jak mówią ornitolodzy, niepokój migracyjny.
U bocianów, podobnie jak u ludzi, zwiększony stres czy trauma z młodości może się przekładać na jakość i na długość ich życia.
Związane jest to, jak u ludzi, z biomarkerem długości życia, czyli telomerami, które są krótsze, gdy wychowujemy się w stresującym środowisku, a jeżeli są dłuższe, to teoretycznie żyjemy dłużej.
Czasem myśląc o wyobrażonym dobrostanie zwierząt, przyczyniamy się do śmierci, krzywdy czy stresu innych. Chociażby wypuszczając na zewnątrz ukochane koty, spuszczając ze smyczy psy.
Trudno jest zwierzętom, jak w przypadku myśliwego, przewidzieć obecność i odczytać intencje drapieżnika wypuszczanego o różnych porach, który mimo że nakarmiony poluje. Coraz więcej badań mówi o bardzo negatywnej roli psów spuszczanych ze smyczy w lasach czy na plażach. My odpoczywamy, zwierzę też, natomiast ptaki co chwilę muszą uciekać. Nie zdajemy sobie sprawy, że szkodzimy w ten sposób ptakom, które żerują na plaży w czasie dalekiej podróży na zimowiska, co dla nich jest kwestią życia lub śmierci, bo lecą z dalekiej Syberii aż na wschodnie wybrzeże Afryki.
Większości ptaków nie dałoby się badać tak jak gęsi tybetańskich podczas lotu w tunelu aerodynamicznym. Nie mniej ważne dla naukowców od wyników badań jest to, by samo badanie nie stało się czynnikiem stresującym?
To jeden z największych dylematów badaczy, którzy zajmują się stresem u zwierząt. Czy nieodzowna ingerencja człowieka wpłynęła w jakiś sposób na zwierzęta i czy obserwowany stres nie jest przypadkiem wynikiem naszej obecności i manipulacji? Coraz więcej jest metod mniej inwazyjnych, jak mierzenie ciepłoty ciała zwierząt, szczególnie okolic oka, za pomocą kamer termowizyjnych. Możemy badać na bieżąco zachowanie zwierząt za pomocą fotopułapek czy kamer, a poziom hormonów stresu w świeżo zebranych odchodach.
Brzęcząca dookoła technologia nie budzi w nich niepokoju?
Wszystko zależy od kontekstu i badanego gatunku. Niektóre w kontakcie z dronem radzą sobie coraz lepiej, także ze względu na coraz mniejsze urządzenia. Inne nie dostosowują się tak łatwo. Wiele ptaków bardziej się płoszy zimą niż latem, kiedy mają większą motywację do tego, by pilnować potomstwa.
Ostatnio prowadziłem badania nad zachowaniem wróbli i mazurków w gniazdach bocianich. Jak się zachowują w momencie, gdy bocian jest na gnieździe, a jak, gdy go nie ma. Leciałem w stronę gniazda dronem i sprawdzałem reakcję wróbli i mazurków. Tam, gdzie był bocian, rzadko się zdarzało, żeby uciekły. Natomiast jeżeli go nie było, prawie zawsze odlatywały i chowały się w gęstych krzewach. To tak jak u ludzi, jak mamy za plecami dużego, silnego kolegę, będziemy bać się mniej, gdy idziemy gdzieś, gdzie łatwo o bójkę.
Ale chyba nie tylko o dronach myślałeś, gdy pisałeś w swojej książce: „Musimy przygotować się na to, że nadchodzące lata będą niezwykle stresujące dla wszystkich. Nie tylko dla ptaków”.
Kryzys klimatyczny, w którym przyszło nam żyć, rozwija się w postępie geometrycznym i nic nie wskazuje na to, żeby udało nam się go zatrzymać. Coraz więcej psychologów opisuje zjawisko depresji klimatycznej...
Wśród zwierząt także się ona pojawia?
Nie nazwę tego wprost, bo związana jest z wyższą świadomością na temat zagrożeń i wiedzy na temat tego, co dzieje się globalnie. Zwierzęta tego nie mają, żyją lokalnie, ale doświadczają na co dzień skutków tych zmian klimatycznych, co jest i będzie dla nich stresujące.
A jakieś dobre nowiny dla zwierząt w nadchodzącym roku? Może zakaz polowań na ptactwo wodne?
Pomijam aspekt bezsensowności tego procederu, bo ptaki wodne nie powodują szkód – z wyjątkiem gęsi, które mogą takowe sporadycznie powodować, ale na niewielką skalę. Wiemy, że wiele z nich prowadzi bardzo bogate i złożone życie społeczne i emocjonalne. Są tam kuzyni, ciotki, wujkowie, bracia, głębokie relacje między partnerami. Zwiększa się świadomość społeczna, że to nie tylko kwestia zabicia-niezabicia zwierzęcia, ale też tego, jak się ono czuje i w jakim świecie żyje.

ADAM ZBYRYT jest pracownikiem Wydziału Biologii Uniwersytetu w Białymstoku. Zajmuje się ochroną i badaniem ptaków, w mediach społecznościowych prowadzi profil „Człowiek z puszczy”. Wydał „Sensacyjne życie ptaków” i „Krajobraz strachu. Jak stres i strach kształtują życie zwierząt”, współautor „Bociana. Nieautoryzowanej biografii”.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.















