Wojciech Bonowicz, Michał Okoński: Pamiętasz Jana Byka?
Grzegorz Turnau: Wraz z moim przyjacielem z Olszy, Grzesiem Kluczykowskim, grafikiem, w czasach licealnych wydawaliśmy pod tym pseudonimem absurdalne książeczki, tzw. manifesty. Przepisywaliśmy je na maszynie w kilku egzemplarzach, a potem przynosiłem je do swojej szkoły. Wyszło siedem albo osiem numerów. Ale że ty to pamiętasz?
Bo tu chyba trzeba ujawnić, że myśmy chodzili do jednego liceum – z Wojtkiem siedziałem nawet przez chwilę w ławce. Byliśmy rocznikiem stanu wojennego: 13 grudnia zastał nas w pierwszej klasie. Jak wróciliśmy do szkoły, od razu zaczęliśmy na przerwach parodiować dziennik telewizyjny. A Michał pojawił się, jak byliśmy już po maturze, ale trafił w ręce tych samych nauczycieli.
Byk nie odnosił się do realiów politycznych. Był raczej w klimacie surrealizmu, satyry na życie w ogóle.
Wtedy, w szkole, to ja już prowadziłem podwójne, a może nawet potrójne życie. Byłem normalnie uczniem jak wy, ale od trzeciej klasy wieczorami chodziłem do Piwnicy pod Baranami, gdzie stawałem się kolegą pań i panów starszych o pokolenie lub dwa, a równolegle jeszcze bawiłem się w Jana Byka. I może jest tak, że ten surrealizm, poczucie absurdu, i wtedy, i wielokrotnie później, pozwoliły mi uciec od nadmiaru wysokich tonów.

Od których bynajmniej nie stronisz.
Tak, ale zawsze staram się dać im jakiś rewers. Piotr Skrzynecki mawiał, że jeżeli sami się nie zabawimy, to nikt nas nie zabawi. A zabawę trzeba traktować poważnie, trzeba jej poświęcić dużo czasu i umiejętności.
To ciekawe, bo kiedy się z dala na Ciebie patrzy, ma się poczucie, że się patrzy na człowieka niezwykle poważnego.
Ja wtedy myślałem o sobie bardzo niepoważnie.
Kiedy?
40 lat temu. Dopiero dziś widzę, że pewne rzeczy robiłem absolutnie poważnie, tylko ta powaga nie wynikała z autokreacji, ale z tego, że byłem czemuś na sto procent oddany.
A jak to mówisz, to obraz jakiego Grzesia masz przed oczami?
Zaczęliście od liceum i chyba rzeczywiście jest tak, że to w tym okresie wylewa się fundament pod całą przyszłość. To były najważniejsze lata.
Więc pamiętamy Cię jako człowieka, który pośród szkolnej zabawy pierwszy zaczął robić coś na poważnie, ale robił to właśnie ocalając moment komiczny. Na Twojej nowej płycie też to czuć. Ty jesteś liryczny facet, który musi jednak co jakiś czas zrobić jakiś grymas.
O płytach trudno mi mówić, bo najbardziej o tym, co robię, stanowią koncerty. A w świecie koncertów od tych 40 lat funkcjonuję wśród ludzi o niestandardowej wrażliwości; gotowych na bardzo szybkie, wymagające dużej koncentracji i refleksu zmiany stanów emocjonalnych. Kiedy nadchodzi fala silnego wzruszenia, człowiek ma odruch, żeby zaczerpnąć powietrza. Tak jak wystawia głowę z wody, żeby się nie utopić, tak samo szuka lekkiego grymasu na scenie.
Pamiętamy z Piwnicy Halinę Wyrodek. Wychodziła zaśpiewać „Tę naszą młodość” i za każdym razem płakała.
Akurat w przypadku Haliny mówimy o kimś, kto tego nie grał. Ważne jednak, żeby widz o to nie pytał. W działalności takiej jak moja chodzi o umiejętność powtarzania. Tym się różni amator od profesjonalisty: amator, choćby nie wiem jak piękne rzeczy robił, najczęściej nie umie ich powtórzyć.
Aktor powtarza stany psychiczne, ja powtarzam, powiedzmy, dość skomplikowane struktury łączące tekst i muzykę. Bo ja jednak, poza wszystkim, co mówimy o atmosferze wynikającej z takiego, a nie innego układu słów, jestem przede wszystkim muzykantem, panowie.

Mamy takie wspomnienie młodego Grzesia, który siada do pianina i – żeby sparafrazować wczesny utwór – „zapomina, że ma duszę i ma ciało”.
To mi zostało do dziś. Jak wchodzę do pomieszczenia, w którym jest dużo ludzi, jeszcze w dodatku takich, których nie znam, wpadam w panikę. Wiem, że to wyznanie brzmi dziwnie w ustach kogoś, kto stale występuje, ale jestem dosyć nieśmiałym człowiekiem. Zbiorowiska powyżej dwóch osób mnie niepokoją. Kiedy widzę gdzieś pianino czy fortepian, od razu się przy nim loguję i jestem bezpieczny.
Wiem nawet, kiedy to się zaczęło: jak wyjechałem z tatą do Anglii. Miałem wtedy 13 lat, byłem smutny i samotny, bałem się nowej szkoły. Na szczęście miała oddział muzyczny, w którym stało pianino. Chodziłem tam w czasie przerw, zamykałem się, to był mój azyl.
Niezwykłe, jak na kogoś, dla kogo instrument stał się narzędziem porozumienia z ludźmi.
Z wiekiem człowiek się robi coraz bardziej bezwstydny, więc mogę to powiedzieć wprost: od wielu życiowych wyzwań, typu studia i normalny zawód, uciekłem do pianina.
Uciekłeś?
Uciekłem. A potem życie mi sprzyjało. Bo przecież mogłem nie dostać nagrody na Studenckim Festiwalu Piosenki i nie trafić do Piwnicy.
Oprócz odpowiedzi, że instrument to sposób na życie, może być i taka, że bez niego się żyć nie da.
Moje życie to paradoks. Najlepiej czuję się w domu, najchętniej bym z niego nie wychodził. I prawie w nim nie mieszkam, tylko cały czas podróżuję: z miasta do miasta, ze sceny na scenę.
A jak bardzo kontrolujesz się na scenie? Te wszystkie wstępy, zapowiedzi, ale też solówki, są wypracowane czy przychodzą nagle?
W większości przypadków robię to, co danego dnia przychodzi mi do głowy. Są stałe elementy, bo są stałe piosenki. Ale atmosfera koncertu jest zawsze inna.
Niedawno grałem np. dla kilkusetosobowej grupy weterynarzy zwierząt małych. Zamówili występ na swoim kongresie, przygotowałem program, ale cały czas się zastanawiałem, czy mam w repertuarze jakieś zwierzęta małe. Dopiero w trakcie przypomniałem sobie „Kotek wziął skrzypce, przygrywa rybce” i „Siedziały dwa ptaszki na głazie”. Byli rozbawieni i rozczuleni, a ja, jak to się mówi, „miałem sukces”.
Odpowiadając więc: ja się przygotowuję, a jednocześnie nie przygotowuję. Zawsze zostawiam sobie przestrzeń (co za słowo-wytrych w naszych czasach: ile razy słyszeliście, że ktoś „nie ma przestrzeni”?) na lekki dreszcz i brak rutyny.
Pomaga współpraca z jazzmanami.
Stara zasada muzyków: jak zrobisz błąd, to go powtórz. Z Robertem Kubiszynem, Cezarym Konradem czy Leszkiem Szczerbą mogę popełniać błąd za błędem, bo to rasowi jazzmani. Jakaś forma muzyczna się zachwieje, ktoś czegoś zapomni, a widz nie ma pojęcia, co się właśnie stało.
Tobie się często zdarza zapominać? Bywają estradowi fachmani, którym teksty podpowiada prompter.
Na samym początku etosem było nie mieć nic na fortepianie. Wszystko w głowie. Potem, ponieważ grałem coraz więcej i w różnych projektach, zaczęły się pierwsze kartki. Najczęściej nie nuty, ale teksty – przy występach z Janem Kantym Pawluśkiewiczem także tzw. mapy harmoniczne, przy orkiestrach – minipartytury... Aż w końcu wylądowałem na scenie ze świecącym iPadem i stosem kartek (bo przecież iPad może się zepsuć). Poczułem, że jestem człowiekiem uzależnionym.
A może to te kartki i iPad dają wolność? Nie musisz już udawać kogoś, kto wszystko zna na pamięć.
Nie, wolny jesteś wtedy, kiedy wszystko masz w głowie. Nikt ci tego nie może zabrać, to nie może się wyłączyć albo spaść na ziemię.
Życie w lęku.
Wyzwalam się z niego. Pracuję nad sobą i zredukowałem liczbę kartek do minimum. Rośnie satysfakcja, a poza tym promptowanie, jak to się teraz mówi, osłabia cię jako artystę. Pamiętam recitale Grechuty, który z mętnym wzrokiem utkwionym w jeden punkt przez półtorej godziny podróżował gdzieś bez żadnych podpórek.
Oczywiście przygotowywać się trzeba zawsze. Wszystkich nas uczyła w liceum pani Krengiel: przypomniało mi się właśnie, jak na jakimś zimowisku miałem u niej referat o Witkacym i zamiast to zrobić porządnie, arogancko snułem z głowy jakieś bajki. Słabe to było.
Witkacy się wtedy unosił nad nami wszystkimi. Śpiewałeś go, ale ostatecznie poszedłeś w inną stronę.
To Staś Mancewicz mnie tak ustawił, który też chodził z nami do szkoły, dopóki go nie wylali. Jego rodzice się przyjaźnili z Maciejem Słomczyńskim, który przełożył wtedy „Muzykę kameralną” – zbiór liryków w stylizacji elżbietańskiej napisanych przez szesnastoletniego Joyce’a. Skomponowałem muzykę do prawie wszystkich. To był mój pierwszy szkolny recital, ale też coś, co mnie ustawiło na życie: że oprócz zabawy formą, przepoczwarzenia, upotwornienia, jest też liryka, romantyzm. Znalazłem to w sobie.
Akurat Piwnica pod Baranami łączyła te dwa elementy: witkacowski i liryczny.
W sensie ścisłym, ponieważ z jednej strony sporo miała repertuaru śpiewanego w kościołach w stanie wojennym: „Czarna sukienka”, „Miejcie nadzieję” Preisnera, a z drugiej był Zbyszek Raj interpretujący Witkacego. Kontrast i zmiany nastroju: wydaje mi się, że to coś, czego bardzo potrzebuję.
Nas najbardziej ciekawi oczywiście moment, w którym z Piwnicy wychodzisz.
Ale mogę jeszcze powiedzieć, że myśmy z tu obecnym Wojtkiem mieli w liceum sukces, bo Wojtek napisał wiersz, a ja muzykę, które daliśmy niejakiemu Konradowi Maternie z Kielc, a ten w roku naszej matury dostał za nią drugą nagrodę na Festiwalu Piosenki Studenckiej. Tekst był mocno pacyfistyczny. Jak to szło? „Mamo, ja będę żołnierzem / naucz mnie, proszę, zabijać”.
Dobra, zostawmy to.
Nie wstydźmy się takich rzeczy. Ja się staram nie wstydzić wczesnej piosenki, w której padają słowa: „Ja wcale nie chcę walczyć z czasem, wspomnieniami, bo w przemijaniu drzemie cały życia smak”.
Więc jak Ty się z tej Piwnicy uratowałeś? Tam się niejeden talent zalał wódką.
Po pierwsze, to jednak muszę powiedzieć, ile jej zawdzięczam. Przede wszystkim to, że nie straciłem potrzebnej w młodym wieku naturalnej bojaźni przed ludźmi, którzy już mają jakiś dorobek. Wszedłem w zespół wybitnych indywidualności, w którym gwiazdami byli Raj, Pawluśkiewicz, Zygmunt Konieczny, jeździł z nami Grechuta, zaczynała swoją bardzo oryginalną drogę Ania Szałapak...
Dzięki temu, że do nich dołączyłem, nie stałem się „cudownym dzieckiem”, które wygrało jakiś festiwal, a po roku czy dwóch załamało się kompletnie, bo nie tak to sobie wszystko wyobrażało. Owszem, była gorzała, ale wtedy gorzała była wszędzie: Michał Zabłocki wspomina, że przestał brać udział w zawodach szablowych, bo tam wszyscy pili.
Ważne, żebyś w takim momencie trafił na kogoś, kto potrafi umiejętnie cię dowartościować. Jerzy Pilch, do którego kiedyś zadzwoniłem, żeby mu pogratulować jakiejś książki, powiedział: „Dziękuję za duchowe wzmocnienie”. Zapamiętałem tę frazę i chciałbym użyć w tym kontekście.
To duchowe wzmocnienie – czegokolwiek byśmy pod słowem „duch” nie rozumieli – jest dla młodego człowieka bardzo ważne. Ja je dostałem od Janka Pawluśkiewicza, który mnie zaczął angażować do swoich rzeczy. Mówię: „Janka”, bo zarządził przejście na „ty”, kiedy nawet jeszcze nie podejrzewałem, jak wiele poświęci mi uwagi.
Śpiewałeś np. w „Nieszporach ludźmierskich”.
To, że on mnie potraktował serio jako wokalistę, skłoniło mnie do pracy nad sobą. No wyobraźcie sobie: stanąć obok Zbigniewa Wodeckiego, Elżbiety Towarnickiej, której sopran cały świat znał z filmów Kieślowskiego, czy Hanny Banaszak, dla której pisali recitale Przybora z Wasowskim. Tak, nie kończąc szkół, nie mając dyplomów, miałem Janka za profesora.
No a druga rzecz jest taka, że myśmy się z moją żoną Marynią w Piwnicy poznali. Dość szybkośmy się w sobie zakochali i bardzo szybko zostaliśmy rodzicami Antosi. To wszystko się stało na przestrzeni czterech lat: przyszedłem jako siedemnastolatek, a w wieku 21 lat zostałem ojcem. I to mnie już zupełnie postawiło do pionu.
Obok wódki było jeszcze inne niebezpieczeństwo: że Piwnica zamieniała się w muzeum.
A tu odpowiedź jest prosta: bardzo chciałem robić to, co teraz robię, i bardzo mi zależało na tym, żeby to zostało zassane przez mainstream. Różne były okresy i nastroje, ale mniej więcej w ’93 roku, dziewięć lat po debiucie, „Cichosza” trafiła w swój czas. Podkreślam to zdanie: nie wszystko trafia w swój czas. Ale ona trafiła.
I co było wtedy?
Mam prawdopodobnie potrzebę bycia na piedestale. To cecha charakteru. Być może miałem ją zawsze, a może właśnie wzięła się stąd, że tamten chłopiec ze szkoły zobaczył, że jak się trochę wygłupia i trochę pisze, to ludzie wokół stają się milsi, a on może czuć się bezpiecznie.
Szołbiznes pełen jest ludzi, którzy w takiej sytuacji i w takim wieku wpadają w jedną pułapkę po drugiej.
To prawda: chciałem być słuchany, ale nie za wszelką cenę. Stawiałem sobie wymagania.
Te wymagania miały czyjąś twarz?
Wiecie... ja nie miałem poczucia, że to, co robię, jest w pełni zrozumiane i zaakceptowane jako coś wartościowego przez mojego ojca. Dodam: ojca, który odszedł i założył nową rodzinę. Nasza relacja przez ostatnich 30 lat nie była bliska. To się działo bardziej w mojej głowie niż w rzeczywistości.
Ojciec umarł rok temu. I właściwie dopiero kiedy to się stało, rozpoczął się we mnie pewien proces, który niedawno zakończyłem. Dziś czuję, że się od ojca uwolniłem, a jednocześnie mam do niego czysty, miłosny stosunek. Bo do końca, do jego śmierci, to było coś takiego... bolesnego.
Chciałeś go przekonać do tego, co robisz?
To są rzeczy nienazywalne, nie wiem, o co mi chodziło. Ale na pewno nie chciałem zrobić niczego, co mogłoby być uznane za niegodne.
W jego oczach.
Tak, on miał nawet takie powiedzonko na rzeczy godne pożałowania: nocniczkarstwo. Nikt już nie pamięta, skąd się wzięło.
I teraz do niego dołączcie całe grono ludzi, którzy są ode mnie starsi, których opinia jest dla mnie ważna, autorytetów po prostu. Moja rodzina plus Kraków, całe to towarzystwo... wiecie, mnie bardziej zależało, żeby im się podobało, niż żeby mieć złotą płytę.
To są znane rzeczy: każdy psychoterapeuta by powiedział w tym momencie, że nie miałem w pełni załatwionego stosunku z ojcem.
To będzie na marginesie albo nie, ale jedna z najbardziej przejmujących Twoich piosenek powstała z wiersza Herberta. „Mój ojciec bardzo lubił France’a i palił Przedni Macedoński”...
Ale, chłopaki, nie ukrywajmy: ja się przede wszystkim zawsze bałem żony.
I znów liryczny facet robi grymas.
Ale tutaj wbrew pozorom żartu jest niewiele. Marynia jest dla mnie azymutem. Ja bym po prostu umarł ze wstydu i do domu nie wrócił, jakbym zrobił coś, co by było w sensie artystycznym haniebne. Mogłem zrobić rzeczy słabsze, ale nie mogłem haniebnych.
Ciekawy to był moment, w którym „Cichosza” trafiła w swój czas. Pierwsze lata transformacji, kapitalizm raczkuje...
Wiecie, że wydany wtedy na płycie „Koncert w Trójce” ukazał się bez mojej wiedzy? Wytwórnia uznała, że dobry, nie było komórek, nie mogli się dodzwonić – i wydali.

Więc dla nas ta Twoja kariera jest trochę jak opowieść o III RP. Wszystko się zaczyna w momencie przełomu. Potem rusza z kopyta, może aż za bardzo: po „Cichoszy” podpisujesz morderczy kontrakt na pięć płyt w pięć lat. Dziś rozmawiamy z człowiekiem wolnym, który już tak nie musi, ale wtedy?
Wtedy to ja miałem 27 lat. Miałem siły na wszystko. Na zabawę i picie do rana, na pisanie i na jeżdżenie. I o wiele bardziej niż dziś – kiedy przejmują mnie sprawy świata – byłem skupiony na sobie.
Ale może jest jeszcze inna odpowiedź: myśmy weszli w dorosłość w naprawdę wolnym kraju. I jako tacy chyba inaczej działaliśmy. Chodziliśmy do szkoły, w której byli, owszem, znakomici nauczyciele, ale wykształcenie zdobywaliśmy w dużej mierze na własną rękę. Wspomniałem o wierszach Joyce’a, które dostałem od Staszka. Baczyńskiego przyniosła mi Kasia Janowska i stąd się wzięło „Znów wędrujemy ciepłym krajem”.
A miałeś w ciągu tych 40 lat poczucie, że nie trafiasz w swój czas?
O, wielokrotnie. Były nawet okresy, kiedy miałem problemy finansowe – relatywne oczywiście, ale człowiek się szybko przyzwyczaja do życia w wyższym standardzie. Za każdym razem jednak wracałem do punktu, w którym chciałem znowu próbować. Nigdy się nie zniechęciłem. Kiedy koncertowałem mniej, pracowałem dla teatru. Ostatnie osiem lat byłem etatowym pracownikiem Teatru Lalka w Warszawie.
Rozmawiamy zaraz po tym, jak wydałeś płytę – znakomitą i w dodatku świetnie się sprzedającą. Dziś Twoje piosenki nagrywają – i zapraszają Cię na koncerty – gwiazdy młodsze o pokolenie, Sanah czy Taco Hemingway. Wcześniej było parę lat milczenia: tylko jakieś covery, wydawnictwa okolicznościowe. Możemy zapytać, czy Ty masz za sobą jakiś kryzys?
Wspomniałem o ostatnim okresie życia mojego ojca. Kiedy zacząłem w końcu nagrywać tę płytę, poczułem, że doszedłem do ściany.
Była jedna sesja nagraniowa latem, potem dwie, jedna dłuższa, druga krótsza, zimowe. I miałem w tym czasie dużo nieprzyjemnych rzeczy do powiedzenia: sobie i o sobie. Może traktowałem te nagrania jak ścieżkę wydobywania się z czegoś niedobrego. Dlatego tam jest tak dużo o tym, żeby się jednak nie poddać.
I dlatego jest tam ten wiersz Frosta, „Przystając pod lasem w śnieżny wieczór”?
Chodziłem z nim od 30 lat i oczywiście nie miałem na niego żadnego pomysłu, bo to przecież jest nie do zaśpiewania. Ale on się kończy czymś dla mnie ważnym – w przekładzie Barańczaka przynajmniej, bo są różne. W oryginale jest „I have promises to keep”, u Barańczaka „trzeźwy świat nadziei”.
„Ciągnie mnie w mroczną głąb tej kniei, / Lecz woła trzeźwy świat nadziei / I wiele mil od snu mnie dzieli”. Jeździec stoi pod lasem, bliski zanurzenia się w czeluści, ale jednak zostaje po tej stronie.
I to jest kluczowe zdanie na płycie.
Były takie sesje wieczorne, że szedłem sam przez ciemny las, po kolana w śniegu, z latarką czołówką, bo Monochrom Studio jest położone w Górach Bystrzyckich na granicy lasu, a my mieszkaliśmy w agroturystyce.
„Balowe buciki babci Agny” to setkowe nagranie z takiego momentu – setkowe, czyli bez żadnych nakładek i powtórek. Powstało właściwie z rozpaczy: koledzy już pojechali, kończyłem sesję sam, zostały jeszcze cztery godziny i nie wiedziałem, co ze sobą zrobić. Chodziły mi te buciki po głowie, ale nie miałem nic napisanego. No i usiadłem tam w tej ciemności, w tym śniegu...
Nie mówię tego dlatego, żebyście zapłakali nad moim losem. Po prostu faktycznie w tej płycie jest kryzys, o który zapytaliście.
Stawiamy tu kropkę?
Nie mam problemu z tym, żeby powiedzieć, że zwróciłem się o pomoc do kompetentnego człowieka i spotykałem się z nim przez pół roku, czyli przeszedłem terapię. Ale nie chcę czytać potem przekręconych cytatów z tej rozmowy na jakimś „pudelku”. Zwłaszcza że uważam się za kogoś, kto wychodzi na scenę po to, żeby ludzi zabrać z ponurego świata na dwie godziny i dać im poczucie... może nie, że życie jest fajne, bo przecież nie jest, ale że chociażby dlatego, że nie wiemy, po co to wszystko, to jednak trzeba próbować się dowiedzieć.
Krótko mówiąc: obowiązują mnie nieco wyższe standardy zachowania prywatności. Nawet jeżeli sam przeszedłem przez coś mrocznego, nie chcę tym obarczać ludzi, którzy przychodzą mnie posłuchać.
Wojtek Waglewski powiedział, że zależy mu, aby ludzie wychodzili z jego koncertu parę centymetrów nad ziemią.
Wojtek jest mądrym facetem i na pewno ma rację.
Więc powiedzmy tylko tyle, że – podobnie jak na niektórych płytach Wojtka – u Ciebie jest dołek i wyjście z dołka.
Płyta to jest pewien proces. Szukasz, próbujesz... Dlatego tutaj jest tyle moich tekstów. Miałem już muzykę nagraną do innych słów i nagle się orientowałem, że nie pasują.
Nie zawsze tak jest chyba.
Pamiętam, jak zadzwonili z EMI, że potrzebują piosenki do promocji filmu „Pan Tadeusz”. Nie mieli pomysłu, ja też nie. Pojechałem do Leszka Aleksandra Moczulskiego: „Leszku, no jest taka sytuacja, słuchaj, spróbuj coś może, jakiś chociaż refren, wiesz”...
Następnego dnia dostałem tekst, od razu napisałem muzykę, wysłałem przesyłką konduktorską Staszkowi Soyce. Wszystko trwało trzy dni, a uważam „Soplicowo” za jedną ze swoich najlepszych kompozycji.
A te momenty, w których nosisz coś latami?
W końcu przychodzi chwila – ja nie wiem, czy to, co teraz mówię, jest do czegoś potrzebne – że pragnienie, aby się z czymś uporać, okazuje się większe niż niemoc. Ciało stawia opór, ale duch jest silniejszy.
I potem przychodzi moment, w którym znów się trafia w swój czas? Świat się przesuwa z powrotem w miejsce, na którym zawsze stałeś?
Ale tego nie można powiedzieć tak: „nie ruszajmy się z miejsca, bo świat kiedyś wróci do nas i będzie dobrze”. Ja jednak trochę temu światu pomogłem. Gdybym nie wyszedł z domu, gdybym nie wystąpił z Igorem Herbutem, z Sanah, z Taco, z Zalewskim, mógłby się nie przesunąć. I mógłby się nie przesunąć, gdybym nie pracował ze sobą.
Poszedłem, wiecie, na warsztaty wokalne.
Ty? Człowiek, który wszystko zaśpiewa bez autotune’a?
Namówiła mnie Ola, żona Jacka Królika, wokalistka. Mówi: „Przyjeżdża Dean Kaelin, taki coach, do którego się nawet Stevie Wonder zgłasza, jak mu nie idzie”. Nie uwierzyłem, ale poszedłem.
Incognito?
Ależ skąd, normalnie. On nie miał zielonego pojęcia, kto ja jestem, a ja przy pełnej sali przeszedłem całą lekcję solfeżowania.
Najczęściej chodzi o jedną prostą rzecz. O naciśnięcie jednego guzika. Od tamtej pory znacznie łatwiej mi się śpiewa.
Co to był za guzik?
Chodziło o postawę. Ponieważ gram na fortepianie, mam taką tendencję, że się pochylam i zamykam. Jak chcesz sięgnąć po górny dźwięk, nie możesz ciężaru brać na ramiona.
À propos ciężaru: dwa stany słyszymy w tej nowej płycie. Z jednej strony: „chciałbym już odpocząć”, z drugiej „mam jeszcze coś do zrobienia”.
„Wiele mil od snu mnie dzieli”... Sen jest ważny. Czym jest, co w nim przychodzi, jak się ma do niego życie, co jest po drugiej stronie jawy. Zawsze miałem potrzebę przyglądania się temu. Jedna z moich pierwszych piosenek z własnymi słowami: „Lecz zanim to się wszystko stanie / na klucz się zamknę w fortepianie...”.
„I choć to miejsce trochę ciasne, zasnę”.
Ja jako dziecko często siedziałem w szafie i czytałem książki, ojciec mi nawet lampkę założył w środku i tam byłem najszczęśliwszy.
Kiedy czytam te wszystkie miłe recenzje nowej płyty, to sobie przypominam, jak się czułem, kiedy ją nagrywałem. I tak się zastanawiam: czy ja bym ją dzisiaj nagrał? Czy to dobrze, że ją nagrałem wtedy? Czy teraz bym jej nie nagrał lepiej? Czy teraz, kiedy się czuję lepiej, byłaby fajniejsza? A może nie byłaby taka fajna? Może ją ludzie tak dobrze odbierają, bo ona jest właśnie z takiego momentu?
Może najfajniejsze jest to, że z tego momentu wyszedłeś.
Pierwotnie myślałem, że płyta będzie się nazywać „Balowe buciki babci Agny”. „Szósta godzina” to ostatni tekst, ostatnie nagranie. Zrobione już przez gościa, który wyszedł z szafy.
Macie jeszcze jakieś pytania?
Jak się śpiewa o miłości po pięćdziesiątce?
„Gdybyś” to świadome nawiązanie do Grechuty. Muzyka, aranż, gitara Jurka Wysockiego, który grał jeszcze w Anawie, refren bez słów: „Ta-ra-ra-ra, ta-ra-ra-ra”...
Ale my nie o muzykę pytamy.
Tekst jest napisany pod wpływem autentycznego zdarzenia drogowego. Jechaliśmy z Marynią autem, stanęliśmy na Matecznym. Tam zwykle jest kolejka do świateł i roznosiciele ulotek. A u nas w domu jest odwieczny temat, że „Turnauy to mają takie fajne włosy, grube, gęste, a ja to mam te włosy takie nie takie”...
Stoimy tak i idzie z ulotkami – zwróciłem uwagę, chociaż zwykle jestem dystraktem – niezwykle piękna dziewczyna, z bujnymi, kasztanowymi włosami. Powiodłem za nią wzrokiem, a Marynia westchnęła: „Gdybym ja miała takie włosy, to moje życie wyglądałoby zupełnie inaczej”. Długo się nad tym wyznaniem zastanawiałem, i w końcu odpowiedziałem piosenką.

GRZEGORZ TURNAU (ur. 1967) jest kompozytorem, piosenkarzem i pianistą. W 1984 r., jeszcze jako uczeń V LO w Krakowie, otrzymał I Nagrodę na XX Studenckim Festiwalu Piosenki, a później trafił do Piwnicy pod Baranami.
Od 1991 r. wydał 17 solowych albumów, ostatni – „Szósta godzina” – ukazał się jesienią 2025 r.Pisze muzykę dla filmu i teatru; od 2016 r. jest kierownikiem muzycznym Teatru Lalka w Warszawie. Laureat 9 Fryderyków, 2 Wiktorów i Grand Prix Festiwalu w Opolu.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















