Czas stojącego słońca. Jak z ciemności grudnia rodzi się światło

Przesilenie to czas, gdy słońce zatrzymuje się w swojej wędrówce wzdłuż horyzontu, dając nam czas na pożegnanie starego i zrobienie w sobie miejsca na nowe.
Czyta się kilka minut
Wiśniewo, zima 2014 r. // Fot. Tomasz Waszczuk / PAP
Wiśniewo, zima 2014 r. // Fot. Tomasz Waszczuk / PAP

Tak zapamiętałam grudniowe poranki: mama budzi mnie przed świtem, ciepło bije od pieca, między kafelkami prześwituje żar. Za oknem jest zupełnie ciemno. Tak ciemno, jak w żadnym innym miesiącu. Tak ciemno, jak nigdy potem już nie będzie. Codziennie obliczam, ile dni zostało do świąt. Codziennie aktualizuję: jeszcze sześć razy pójdę do szkoły, jeszcze dziewięć zwyczajnych pobudek, bo dziesiąta już będzie w  t y m  dniu, z ubraną choinką, ukrytą pod ściereczką baterią makowców w kuchni, z moimi starszymi siostrami, które przyjadą na święta do domu.

Minuty płyną powoli, poranne czynności stanowią małą, powtarzającą się udrękę, przez którą muszę przebrnąć, stopniowo strząsając z siebie resztki snu. Potem wychodzimy na mróz i skrzypiący śnieg. W grudniową ciemność.

Moi rodzice są nauczycielami w tej samej szkole, w której ja jestem uczennicą, razem dojeżdżamy na lekcje autokarem. Pojazd toczy się powoli przez zaśnieżone pola, zbierając dzieci z okolicznych wsi. Przyciasne palto krępuje ruchy jak zbroja przeciwko zimie, szron na szybach powoli topnieje od dziecięcych oddechów.

Przyglądam się białym ogrodom Królowej Śniegu, ale bardziej interesują mnie lampki choinkowe, które od początku grudnia widuję w oknach niektórych domów. Czasem są jednobarwne – białe lub czerwone. Częściej wielokolorowe, zapętlone konstelacje pomnożone przez lód i szkło. Z jakiegoś powodu liczę te lampki – jedyne barwne zjawiska w bardzo ciemnym i cichym świecie. Powtarzam ten rytuał każdego dnia. W miarę jak zbliżają się święta, światełek przybywa – jest to mój tajny, dziecięcy sposób odmierzania czasu.

Mrok grudnia jest nam potrzebny

Poranki, które opisuję, w każdym sensie należą już do przeszłości. Nie ma tamtej dziewczynki ani tamtej wsi, nie ma autokaru, który woził dzieci przez śniegi, i nie ma już śniegów. Gruba warstwa nostalgii spowija te wspomnienia, w środku kryje się jednak coś realnego – doświadczenie, które budowało moją relację ze światem, z czasem, z krajobrazem. Pamiętam dziecięcą ekscytację, ale także pewien rodzaj oczekiwania, który dawało się wyczuć w całym otoczeniu, także w przyrodzie.

Uruchamianie odtwarzacza...

W ciemności, przerywanej krótkimi, niewydarzonymi dniami, dojrzewał świeży czas. Już wtedy czułam, że ciemność jest nie tylko straszna – i czasem pewnie niebezpieczna – ale też potrzebna, czy może nawet w jakimś sensie „święta”. Daję cudzysłów, bo nie chodzi o religijną obrzędowość, tylko o coś zarazem zupełnie przyziemnego i trudno uchwytnego. Ciemność jest organizmom potrzebna do utrzymania równowagi biologicznej, choć dla różnych gatunków może to oznaczać różne rzeczy. Organizmom takim jak nasze ciemność umożliwia wzrost i odpoczynek, inne zwierzęta właśnie w nocy bywają aktywne.

Wszystko, co żyje, zna noc (niedawno przeczytałam, że na dalekiej Północy ludzie częściej popadają w obłęd w czasie polarnego dnia, kiedy światło ani na moment nie odpuszcza, a nie w czasie polarnej nocy). Mrok grudnia, wynikający z nachylenia osi obrotu Ziemi względem ekliptyki i powiązany z określoną szerokością geograficzną, również jest przyrodzie potrzebny. Mrok, po którym powraca światło: nasze ciała, zmysły i mity znają ten rytm.

Sigri Sanberg i Jon Fosse w obronie ciemności

Nie myślałam o tym wtedy, ale już jako dziecko bezsłownie czułam, że mrok i światło są ze sobą powiązane, że nie ma jednego bez drugiego, że bez jesieni i zimy nie byłoby wiosny i lata, że bez śmierci nie byłoby życia. Z tego powodu grudniowe powietrze, choć mroźne, „dyszało jakąś tajną wiosną”, jak dużo później przeczytałam u Schulza.

Nie wiedziałam, rzecz jasna, że w czasie mojego życia zarówno ciemność, jak i cisza staną się krytycznie zagrożone i cała Ziemia będzie na satelitarnych zdjęciach wyglądała jak szczodrze iluminowana choinka, że na skutek zanieczyszczenia światłem wielu ludzi nigdy nie zobaczy Drogi Mlecznej, że niedostatek mroku będzie miał wpływ na zdrowie ekosystemów, że powstaną organizacje (takie jak DarkSky) walczące o ochronę resztek ciemnego nieba. W dzieciństwie miałam ciemności i ciszy pod dostatkiem.

„Nie trzeba tłumaczyć, że ciemność wiąże się z nocą, snem, śmiercią, z tym, że nic nie widać – pisał Jon Fosse w liście do pisarki Sigri Sandberg – albo z tym, że możesz zobaczyć gwiazdy, czyli w pewnym sensie wszechświat, że tak naprawdę w ciemności widzisz o wiele dalej”.

Uderzyło mnie to spostrzeżenie, odruchowo kojarzymy ciemność z brakiem wizji (a zatem wiedzy, jak sugeruje metafora), a to przecież nieprawda – niektóre rzeczy lepiej widać po ciemku. Sandberg podchwytuje tę myśl w książce „Ciemność. W obronie mroku” (przeł. Joanna Barbara Bernat).

Autorka wybiera się w samotną podróż w okolice Finse (tzw. południowa Arktyka), żeby się czegoś o sobie dowiedzieć. Po drodze czyta relację austriackiej malarki Christian Ritter z ekstremalnie trudnego pobytu na Svalbardzie zimą 1933 roku. Czyta też Fossego, który pisze o „miękkiej ciemności” i ciemności, która „promienieje”. Podobnie jak Sandberg, znam tę promieniejącą ciemność od zawsze.

T.S. Eliot i martwy środek zimy

Jeden z moich ulubionych wierszy przesileniowych to „Podróż trzech Króli” Eliota, utwór czytany przeważnie w kontekście religijnego nawrócenia poety. Chronologia sprzyja tej interpretacji: wiersz ukazał się drukiem w 1928 roku, właśnie wtedy urodzony w Stanach Zjednoczonych Thomas Stearns Eliot został obywatelem Wielkiej Brytanii i przyjął anglikanizm. Mnie jednak interesuje w „Podróży” coś innego, co postaram się za moment wyjaśnić – nie tyle cel i sens wędrówki, co sam impuls drogi.

Tytułową podróż relacjonuje w pierwszej osobie jeden z uczestników wyprawy. Minęło dużo czasu, choć nie wiemy, jak dużo, tylko tyle, że mowa o zamierzchłej przeszłości.

Pierwsze wersy parafrazują fragment bożonarodzeniowego kazania biskupa Lancelota Andrewesa z 1622 roku: „Zimno jest podróżować o tej porze roku, najgorszy czas na podróż, a zwłaszcza daleką podróż. Drogi w głębokim śniegu, pogoda ostra, dni krótkie, słońce najdalej w solstitio brumali, »sam martwy środek zimy«” (zob. T.S. Eliot, „Wybór poezji”BN, red. Krzysztof Boczkowski i Wanda Rulewicz, przypis na s. 193).

Solstitio to dosłownie „postój słońca”, moment, kiedy wydaje się najbardziej nieruchome. Bruma (od breuma) oznacza najkrótszy dzień w roku. Andrewes, a potem Eliot opisują ten moment jako czas największej „zimowej martwoty” (the very dead of winter). Polscy tłumacze proponują: „sam środek zimy” (Józef Czechowicz), „sam martwy środek zimy” (Krzysztof Boczkowski) i „najmroźniejszy czas zimy” (Stanisław Barańczak). Przytaczam początek w tłumaczeniu Boczkowskiego, jedynym, które zachowuje pojawiającą się w oryginale „martwotę”:

Mróz przenikał do szpiku kości,
Najgorsza pora roku
Na podróż, i taką długą podróż
Drogi w głębokim śniegu i wiatr ostry,
Sam martwy środek zimy.

Czymkolwiek była ta podróż, jej pierwszy etap prowadził w mrok i mróz, a przecież wędrowcy zostawiali za sobą wspaniałe, zmysłowe królestwa. W „martwym środku zimy” nie tylko słońce nieruchomieje (w okolicy przesilenia punkt wschodu słońca na horyzoncie prawie się nie przesuwa), cały świat zastyga, jakby wstrzymywał oddech. Wobec tego bezruchu podróż była trudna albo „mozolna” (jak chce Barańczak), dla ludzi i dla zwierząt.

W końcu wędrowali już tylko nocami, obawiając się, że cała eskapada jest zwykłym szaleństwem; możliwe, że właśnie tym była, możliwe, że bez elementu szaleństwa nie da się wyruszyć w taką drogę.

Betlejem: chwila radykalnej niepewności

Pewnego dnia droga zaprowadziła ich do łagodnej doliny, poniżej granicy śniegów. Krajobraz stał się przyjazny, ale nawet tam niczego się nie dowiedzieli. W gospodzie przy otwartych drzwiach „sześć rąk (...) rzucało kości o srebro” (to w wersji Czechowicza), na podłodze walały się bukłaki po winie. Byli tak blisko – a jednocześnie tak bardzo daleko od prawdy, od jakiejś odpowiedzi. Trzeba im było iść dalej, aż do zmierzchu.

Wreszcie znaleźli –  t o  miejsce. Czym ono jednak było? Świadek – uczestnik wędrówki, który ją nam opowiada – używa na opisanie tego miejsca zaskakującego przymiotnika, w oryginale: satisfactory. Miejsce, do którego dotarli, było  z a d o w a l a j ą c e. Co więcej, to mocno stonowane określenie pada po zaznaczonej wtrąceniem w nawiasie chwili namysłu: „it was (you may say) satisfactory”. W żadnym z polskich przekładów nie pojawia się ów nawias.

Boczkowski tłumaczy najbardziej dosłownie („miejsce, można rzec, zadowalające”), Czechowicz proponuje alternatywną składnię („można rzec – dobrze się stało”), Barańczak zaś mocno podbija entuzjazm, którego w oryginale brakuje („miejsce, można by rzec, nasycenia”).

Niech ta filologiczna wycieczka zostanie mi wybaczona; uderza mnie, że tłumaczenia są tak bardzo rozbieżne akurat w tym miejscu. Ten moment zawahania, chwila radykalnej niepewności, wydaje mi się najciekawsza – i najważniejsza. Świadek w istocie mówi, że  n i e  w i e, jak opisać to miejsce. Wie, bez najmniejszych wątpliwości, że odbyłby tę wyczerpującą podróż ponownie, gdyby to było konieczne, nie wie jednak, dokąd go doprowadziła – do narodzin czy śmierci?

„Nie wiem”: minimalizm prowadzący do wolności

Tak jak przed laty, znów byłby gotów wejść w noc i pozostać w niej tak długo, jak trzeba, bez żadnej gwarancji, że dokądkolwiek dotrze lub że wróci do domu. Ale to, czego doświadczył, nie mieści się w słowach, dlatego nie może zostać zrelacjonowane. Pustka, która poprzedza opis spełnienia, jest wolna od oczekiwań. Była ważniejsza od samego doświadczenia. Bo czego w istocie doświadczyli? Narodzin czy śmierci? Czym jedno różni się od drugiego?

(...) Widziałem –
narodziny i śmierć,
Lecz sądziłem, że różnią się. Te narodziny były dla nas
Ciężką i gorzką agonią: jak Śmierć, nasza śmierć (...) 

(Przeł. Krzysztof Boczkowski).

Sandberg czytała u Fossego:

(...) i czułam że ogarnia mnie coraz większa pustka
że stałam się pusta
jak deszcz i ciemność
jak wiatr i drzewa
jak morze tam na zewnątrz
Nie byłam już niespokojna
Byłam wielkim pustym spokojem
Byłam ciemnością
czarną ciemnością
Nie byłam już niczym
A jednocześnie czułam
jakbym promieniała
Głęboko we mnie
ta pusta ciemność
czułam że ta pusta ciemność promienieje.

W niektórych stylach praktyki zen mówi się o dyspozycji umysłu określanej po prostu jako „nie wiem”. Głębokie „nie wiem” nie oznacza ignorancji (według czterech szlachetnych prawd buddyzmu ignorancja to jedno ze źródeł cierpienia); na odwrót: „nie wiem” oznacza uwolnienie się z pułapek konceptualnego myślenia i w efekcie – głębszy, bardziej intuicyjny kontakt z rzeczywistością – taką, jaka jest.

Japoński mistrz zen Dōgen (1200-1253) w swoim największym dziele, „Shōbōgenzō”, pisał o „umyśle początkującego”. Jest to umysł otwarty, wolny od uprzedzeń i teorii na temat rzeczywistości – jak umysł dziecka. Doświadczeniu takiego umysłu sprzyja surowość, zarówno samej praktyki, jak i otoczenia, minimalizm, który prowadzi do wolności.

Boże Narodzenie – czas wschodzącego słońca

Zastanawiam się, czy w okolicach zimowego przesilenia to same warunki zewnętrzne dyktują w jakiś sposób ten moment duchowego zatrzymania, zawieszenia sądów i oczekiwań, otwarcia się na to, co przyniesie kolejny kosmiczny cykl? A czy wraz ze zmianą klimatu i znikaniem prawdziwej ciemności znikają również te warunki? Czy dawniej ludzkie zmysły potrafiły zarejestrować różnice w długości dnia, w kącie padania światła?

Z całą pewnością obserwowanie natury stanowiło kiedyś bytową konieczność. Według Pliniusza Starszego natura dawała ludziom jasne znaki także po to, żeby rolnicy wiedzieli, jak mają postępować. Dlatego kazała liściom „przewrócić się w tym samym dniu i dać przez to znak, iż słońce dokonało swego obiegu” („Historia naturalna”, tłum. J. Łukaszewicz).

Rzymianie świętowali przesilenie 25 grudnia, stąd data świąt Bożego Narodzenia. Śledzenie dawnych zwyczajów związanych z obserwacją słońca nie jest prostą sprawą właśnie dlatego, że zmieniały się kalendarze i daty, a znaczenia ważnych celebracji ulegały przesunięciom.

Bez wątpienia jednak wiele kultur wykształciło sposoby przechodzenia przez ten szczególny czas w roku – czas stojącego słońca. W rytuałach tego czasu pewne elementy powtarzają się: wypędzenie starego, oczyszczenie (pustka), przygotowanie się na to, co nadchodzi.

Ludy Północy i Słowianie oddawali szacunek ciemności (kojarzonej być może z łonem matki) i czekali na światło. Niektóre stare kolędy przechowują ślad starych zwyczajów, na przykład ta, w której zwierzęta (świnie) wykopują z ziemi złotą bryłę – to ponowne narodziny słońca.

W Himalajach pradawne obchody przesilenia zimowego stanowią prawdopodobnie źródło późniejszego święta nowego roku (Losar). W niektórych wsiach Ladakhu nadal prowadzi się obserwację „ruchu” słońca, czyli przesuwania się miejsca wschodu słońca na horyzoncie. Konkretne miejsca (a zatem konkretne porcje cyklicznego czasu) są wyznaczane bądź to przez elementy naturalnego ukształtowania terenu (skała, cień), bądź to przez specjalnie umieszczone w danym punkcie przedmioty.

W momencie przesilenia słońce sprawia wrażenie, jakby zatrzymywało się w swojej wędrówce, dając ludziom czas na pożegnanie starego i zrobienie w sobie miejsca na kolejny kosmiczny cykl.

Miejsce, w które chodzę w grudniowe poranki

Z jakiegoś powodu – być może ma to swoje źródło w głębokiej przeszłości, w powtarzanej w grudniowe poranki skromnej podróży przez ciemność i śnieg – grudzień ma dla mnie szczególne znaczenie i co roku planuję mieć wtedy czas na spokojne wejście w mrok, raczej już bez śniegu, i na to, by odnaleźć w sobie ten moment zatrzymania – moment „nie wiem”, miejsce świetlistej pustki przed kolejnym obrotem kosmicznej zębatki.

Jest to oczywiście trudne i coraz trudniejsze (zwłaszcza dla ludzi kultury, dla których grudzień jest najtrudniejszym miesiącem), życie coraz mniej sprzyja tego rodzaju przeżywaniu – ale być może właśnie z tego powodu, z przekory, warto spróbować.

Mam pewne miejsce, nad Narwią, wzgórze, z którego widać wschód słońca nad rzeką. Chodzę tam czasem w grudniowe poranki. Nie umiałabym po miejscu wschodzenia słońca nad horyzont określić pory roku, ale nawet ja, z moimi stępionymi przez pośpiech, przemęczenie i technologię zmysłami, widzę, że słońce wędruje.

Nie ma już śniegu, często jest mgła. Wchodzę na moją górę i czekam, aż świat napełni się światłem (jak kielich wykuty przez jubilera z tego złota, które wykopały świnie). Wokoło mnie drzewa – nieruchome, na pozór martwe, choć życie już tam przecież jest, czekając, aż nadejdzie „zadowalający” moment. Jak w „Zimowym spokoju” Williama Carlosa Williamsa:

Płoty, napięte od tłumionego
podniecenia, patrzą gdzie ziemia
w ekstazie wysnuła z siebie obolałe
ramię.

(przeł. Andrzej Szuba)

Tak się składa, że najintensywniejsze odosobnienia medytacyjne dla ludzi praktykujących zen odbywają się właśnie w grudniu. W pewnym momencie (stoi za tym skomplikowana historia kalendarzy i przesunięć) uznano, że dzień oświecenia Buddy wypada 8 grudnia.

Nie udało mi się ustalić, czy ewolucja tej tradycji może mieć jakiś związek z przygotowywaniem się do zimowego przesilenia; tak czy inaczej, nie tylko ja jestem zdania, że dobrze się składa. Grudzień powinien być czasem milczenia, wycofania się, spokojnego czekania. W szalonym, rozświetlonym, konsumenckim miesiącu, na tyle, na ile mogę, staram się podróżować w dokładnie odwrotnym kierunku – w świetlistą ciemność „nie wiem”.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Jerzy Skakun dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 51-52/2025

W druku ukazał się pod tytułem: Czas stojącego słońca