Lubię mówić, że poznałam Forresta Gandera pod ziemią. Miało to miejsce w 2009 r. podczas festiwalu literackiego Vilenica w Słowenii. Położona niedaleko granicy z Włochami Vilenica to jaskinia krasowa – o długości ok. 1300 metrów – w której odbywają się najważniejsze festiwalowe wydarzenia, w tym wręczenie prestiżowej nagrody dla autora lub autorki z Europy Środkowej (w 2009 r. otrzymał ją Claudio Magris).
Właśnie tam, w lodowatej, podziemnej komnacie, do której prowadzą strome kamienne schody, pierwszy raz zetknęłam się z twórczością kalifornijskiego poety, który z biegiem lat miał stać się moim przyjacielem – i jednym z najważniejszych nauczycieli.

Wobec świata
Wiersze, które zaprezentował tamtego wieczora, były inne od wszystkiego, co znałam, także od tego nurtu poezji amerykańskiej, który mocno wówczas oddziaływał na poezję w Polsce. Tak jak lubiani przez nas poeci nowojorscy, Gander eksperymentował z językiem, ale robił to inaczej, interesowało go nie tyle ironiczne podważanie znaczeń, co badanie warunków ich powstawania – jego poezja była i jest osadzona w zmysłowym doświadczeniu świata, przy czym wgląd uzyskany w wyniku takiego doświadczenia nie jest jedynie suplementem racjonalnego poznania, a stanowi odrębny, trudniej uchwytny rodzaj wiedzy.
Duże wrażenie wywarła na mnie także postawa poety, wolna od nonszalancji, do której przyzwyczaiły mnie rodzime imprezy poetyckie przełomu wieków. Gander czytał uważnie, wręcz starannie, całym sobą sygnalizował otwartość i potrzebę kontaktu. Miało to na nas, odbiorców, wyraźny wpływ; między poetą a słuchającymi zawiązywał się pakt o wzajemnym zaufaniu i szacunku.
Wiele lat później, kiedy występowaliśmy już razem (ja w roli tłumaczki na polski), w odpowiedzi na zadane przez kogoś pytanie, którego treści już nie pamiętam, Gander odpowiedział, że więcej dowiemy się o człowieku obserwując jego zachowanie wobec innych istot, niż z wypowiadanych słów, a zwłaszcza z autodeklaracji. Pomyślałam wtedy, że akurat w przypadku Gandera zachodzi rzadka spójność między postawą wobec świata a tym, jak mówi i pisze.
Czas planety
Fizyczne okoliczności naszego pierwszego spotkania są o tyle istotne, że to właśnie Gander nauczył mnie zwracać uwagę na geologiczną Ziemię, zachodzące w niej procesy – piękne i groźne – i przepastną, mineralną pamięć, w której zapisują się także i nasze ulotne historie. Poeta studiował geologię i początkowo to z tą dziedziną wiązał swoją przyszłość, ostatecznie zdecydował się jednak poświęcić literaturze.
Otwarcie mówi, że podjął tę decyzję podczas ciężkiej choroby, która pomogła mu lepiej zrozumieć własne priorytety: „Studiowałem geologię, rozważałem nawet pisanie doktoratu z paleontologii, ale wtedy ciemny anioł o oczach łani dotknął mojego barku i lekarz powiedział: czerniak trzeciego stopnia, działamy. W mgnieniu oka straciłem śledzionę, kilka węzłów chłonnych, tyle ciała, ile zmieści się w pysku niedźwiedzia, i prostokąt skóry o wymiarach broszurowej książki wydawnictwa City Lights”.
Leżąc w łóżku, skazany na słowa, zaczął wyobrażać sobie „inny sposób kochania ziemi”. Tym sposobem była odtąd poezja. Zadebiutował w 1988 r. tomem „Rush to the Lake” (ang. Pędź nad jezioro), w kolejnych latach wydał m.in. „Science & Steepleflower” (Nauka i kwiat tawuły), „Eye Against Eye” (Oko w oko), „Core Samples from the World” (Próbki z Ziemi), „Be With” (Bądź blisko) i „Twice Alive” (Podwojone życie), z których dwa ostatnie ukazały się już po polsku. Dużo podróżował, spędził sporo czasu w Meksyku i Japonii (tłumaczy z hiszpańskiego i japońskiego), wykładał literaturę na kilku uniwersytetach, w tym, w latach 1997-2018, na Uniwersytecie Browna w Providence (Rhode Island).
Wiedza naukowa i fachowy język przenikają do wierszy Gandera, ale to nie umniejsza siły ich poetyckiego rażenia. Odwrotnie: myślę, że obecna w tej twórczości perspektywa geologiczna bardzo mocno działa na wyobraźnię, uruchamiając uśpiony kanał komunikacji między naszymi kruchymi umysłami a tajemniczym, ogromnym czasem planety, prowadząc do „niewymiernych wglądów”, które są właściwym obszarem działania poezji. W każdym razie takie było moje wrażenie, kiedy dekadę temu czytałam „Core Samples from the World” – książkę w każdym sensie przełomową – na pustej nadbałtyckiej plaży.
Głęboka lektura
Tytułowa próbka – rdzeń wiertniczy – to walcowaty fragment skały lub gruntu służący do przeprowadzenia analizy geologicznej skrawka Ziemi. Ale pobierane przez poetę próbki dotyczą świata, a więc także struktur i krajobrazów kulturowych. Książka składa się z czterech części, z których każda skupia się na innym rejonie geograficznym (Chiny, Meksyk, Bośnia oraz Chile). Autor podejmuje się roli tłumacza, uważnie wsłuchuje się w rozmaite głosy, pragnie „pożyczyć oczy innego języka”, ale ma przy tym głęboką świadomość własnego uprzywilejowania.
„Core Samples” to – nawiązując do tytułu słynnej książki Elizabeth Bishop – „pytania w kwestii podróży”, ale także eksperyment formalny (w kolejnych częściach powtarzają się te same elementy, na przykład haibun, czyli refleksyjna proza przeplatana wierszami haiku) i ćwiczenie z pogłębionej percepcji. Pisano, że książka ta pokazuje, czym może być poezja w XXI wieku.
Trudno to wytłumaczyć, ale żmudna lektura tego gęstego tomu sprawiła, że zaczęłam intensywniej doświadczać tego, co mnie wtedy otaczało – jesiennego morza wyrzucającego okruchy bursztynów, wędrujących w posezonowej ciszy wydm. Od tamtej pory zaczęłam myśleć o głębokiej lekturze jako doświadczeniu fundamentalnym, które w naszych warunkach cywilizacyjnych staje się, niestety, krytycznie zagrożone.
Silnie związany z naturo-kulturowymi krajobrazami Kalifornii, a w szczególności z pustynią Mojave, gdzie urodził się i wychował, Gander podkreśla wpływ konkretnego środowiska na ludzkie procesy kognitywne. Nie myślimy w pojedynkę, w oderwaniu od innych istot i miejsc, a tym bardziej – niczego sami nie tworzymy.
Autor „Podwojonego życia” często realizuje wspólne projekty z innymi twórcami i twórczyniami, na przykład z fotografami i fotografkami (m.in. Sally Mann, Graciela Iturbide, Lucas Foglia, Michael Flomen), ale współpracował także z awangardowym japońskim duetem tanecznym Eiko & Koma (tworzą niezwykle powolne, medytacyjne choreografie) czy rzeźbiarką Ashwini Bhat. Praktyka twórczego współdziałania odzwierciedla przekonanie poety o relacyjnej naturze każdej tożsamości. „Któż kiedykolwiek był wyłącznie sobą?” – to pytanie pada w jednym z wierszy z tomu „Bądź blisko”. Odpowiedź, której się domyślamy, brzmi: „nikt”. Nikt nigdy nie był tylko sobą, bo istniejemy, czujemy, tworzymy i znikamy razem z innymi – ludźmi i nie.
Dokąd wędrują góry
W rozmowie z Jorie Graham, opublikowanej niedawno przez „Los Angeles Review of Books”, Gander opowiada o sile oddziaływania pustyni, którą poznawał już we wczesnym dzieciństwie wraz z matką, miłośniczką dzikiej przyrody, samotnie wychowującą trójkę dzieci: „odkryłem, że pustynia w szczególny sposób wyostrza uwagę, że uparte, osądzające myśli cichną pod wpływem ogromu i pozornej monotonii krajobrazu, maleje poczucie własnej istotności, a ciało i umysł stają się jednym narządem do słuchania”.
Gander konsekwentnie pisze z perspektywy niewielkiej „własnej istotności”, zaciekawiony raczej światem niż samym sobą, w zgodzie z myślą ważnego prekursora – George’a Oppena: „ja nie jest zagadką, zagadką jest to / że mamy na czym stanąć”. To wspaniała myśl. Zagadką jest grunt pod nogami, który może zbyt pochopnie bierzemy za pewnik, skoro „błękitne góry stale wędrują”, jak to ujął inny kalifornijski poeta, Gary Snyder.
Taka perspektywa wymusza dystans wobec siebie, ale także do „ludzkości”. W miarę przyśpieszającego wyniszczania systemów podtrzymujących życie na Ziemi (w tym systemu klimatycznego), cywilizacja oparta na ekstrakcji odciska coraz mocniejszy ślad na wszystkich aspektach planetarnego trwania, a mimo to procesy geologiczne w znacznej mierze pozostają poza naszą kontrolą. „Ludzkość” to oczywiście byt wysoce abstrakcyjny, nie prezentujemy identycznych postaw, nie wszyscy w równym stopniu odpowiadamy za ruinę świata i nie wszystkich jednakowo dotykają kryzysy antropocenu, jeśli jednak założymy, że jakaś kolektywna ludzka sprawczość istnieje, to z pewnością nie sięga tak daleko, jak się niektórym z „nas” wydaje. Paradoksalnie, ta myśl przynosi mi ulgę.
Poza mapą
12 stycznia 2016 r. niespodziewanie zmarła pierwsza żona Forresta Gandera, poetka Carolyn D. Wright. To tragiczne zdarzenie zapoczątkowało czas utraty: w kolejnych latach odeszły także matka i siostra poety. To właśnie z żałoby wypływają wiersze zebrane w „Bądź blisko” (2018, wydanie polskie: 2021), hipnotyzującym tomie uhonorowanym w 2019 r. nagrodą Pulitzera.
Oryginalny tytuł książki – „be with” – to fragment jakiejś notatki pozostawionej przez Carolyn; zasadniczo nieprzetłumaczalny, wyraża pragnienie lub nakaz bycia z… kim lub czym? Właśnie tu tkwi sedno sprawy, bo to coś – ten ktoś – jest już nieobecny. Jak towarzyszyć komuś, kogo nie ma? Moja wersja tytułu – „bądź blisko” – nie oddaje niesamowitości oryginału, ale nie miałam i wciąż nie mam lepszego pomysłu. Be with: zbliż się do tego, czego ci brakuje – zamieszkaj w tym braku. To bolesne i pełne paradoksów doświadczenie podprowadza poetę do granic języka:
Kiedy odgłosy mojego bólu wysypały się poza język
Jak dryfującą chmara pszczół.
Kiedy zapadła gadatliwa cisza, w której
osaczony przez pszczoły straciłem przytomność.
Kiedy i dla mnie nie było już żadnego wyjścia.
Kiedy trwałem w połowicznej śpiączce śniąc o czuwaniu (…)
Książkę zamyka cykl zatytułowany „Strefa przybrzeżna”. To trudne, gęste wiersze inspirowane fotografiami Michaela Flomena. Ten kanadyjski artysta nie używa aparatu fotograficznego, zamiast tego umieszcza materiał światłoczuły (może to być duża płachta papieru fotograficznego) bezpośrednio w przyrodzie. Pracuje nocą, wykorzystując naturalne źródła światła, na przykład gwiazdy lub świetliki; właściwie to one „wywołują” obrazy.
Czasem poddaje papier działaniu deszczu lub rosy, albo zanurza w strumieniu lub innym zbiorniku wodnym. W efekcie powstają oniryczne pejzaże, jakby odsłaniał się ukryty wymiar naszej egzystencji, zarazem fizyczny i metafizyczny. Nieokreśloność zobrazowanych „miejsc” fascynuje Gandera i właśnie tam – poza mapą – poeta tropi ślady zmarłej ukochanej, jak Dante wędrujący w zaświatach w poszukiwaniu Beatrycze. Żałoba staje się w tej niezwykłej książce narzędziem poznania – samego siebie, ale i świata, naszych intymnych i bolesnych uwikłań:
tymczasem dryfują
cyjanki z chmur
do rzek i w tym także
daje się dostrzec
wyobrażenie
człowieka,
jeszcze jeden intymnie
śmiercionośny gest
naszego współistnienia.
Pięć krajobrazów
Także w kolejnej książce, czyli „Podwojonym życiu” (2021, polskie wydanie 2023) pamięć o tym, co utracone na przestrzeni jednego życia, przeplata się z żałobą po wymierającym świecie. Dodatkowo jednak pojawia się wątek nowego życia – i nowej miłości, jakimś cudem nadal pośród zgliszczy możliwej. Wyjątkowo misternie zaprojektowana książka czerpie inspirację z wczesnoklasycznej poezji tamilskiej określanej jako sangam. Słowo zostało prawdopodobnie zapożyczone z tradycji buddyjskiej lub dżinijskiej do opisania na poły legendarnych wspólnot poetyckich, do których mieli należeć także mędrcy i bogowie (według niektórych legend, spora część literatury stworzonej przez szlachetne wspólnoty zaginęła podczas potopu).
Gandera szczególnie interesuje podtyp tej poezji znany jako akam. Jest to poezja miłosna i liryczna, skupiona na przeżyciach bohaterów raczej niż na ich zewnętrznych działaniach. Kluczową rolę odgrywa w niej przyroda. W starotamilskiej poezji po prostu nie da się mówić o miłości (tęsknocie, pragnieniu, spełnieniu, opuszczeniu itd.) bez uwzględnienia elementów otaczającej natury.
W poezji akam pojawia się pięć podstawowych krajobrazów. Są to: las, łąka, góry, morze i pustynia. Gander zauważył, że za pomocą tych pięciu rodzajów przestrzeni da się „zmapować” także Kalifornię. Cykl zatytułowany „Akustyka sanghi” prowadzi przez te przestrzenie, opowiadając jednocześnie o miłości i stracie. Wędrujemy zatem przez zmysłowy las „z koronkowymi stułami ramaliny” i przez las po pożarze:
Cienie cieni bez koron
kikuty zwęglonych pni,
posusz – zatrzymany wewnętrzny pęd (…)
(…) co
zostało z lasu, dzieje się
w wołaczu. Spopielone
zdania w języku, z którego
uleciało wszystko, co trywialne
wszystko, co trywialne dla ognia (…)
Podtytuł „Podwojonego życia” brzmi: „ekologia bliskości”. Wzorca takiej ekologii dostarczają porosty, intrygujące byty składające się z co najmniej dwóch połączonych elementów (grzybów i alg lub sinic). W wyniku symbiotycznego aliansu organizmy wchodzące w skład porostu ulegają przeobrażeniu i już nigdy nie mogą wrócić do punktu wyjścia.
Gander odnotowuje, że natura ludzkiej intymności jest podobna: bliskie relacje z innymi – ludźmi i nie – zmieniają nas, odsłaniając zawsze już i tak złożoną naturę naszej tożsamości. Nasze ciała zawierają przecież ogromną ilość mikroorganizmów („któż kiedykolwiek był wyłącznie sobą?”), nasz język pochodzi od innych ludzi, nawet nasze dumne „ja” zaczyna się od cudzego spojrzenia – i od imienia, które nadaje nam ktoś inny. W „Podwojonym życiu” liczne kalifornijskie porosty (poeta badał je wraz z mykolożką Anne Pringle) towarzyszą myśleniu – nie jest to książka o porostach, lecz napisana wraz z nimi, blisko nich, tuż-tuż.
Znak zapytania
„Pisanie w moim przypadku polega zasadniczo na słuchaniu”, deklaruje poeta. Twórczość Gandera rejestruje różnorakie rytmy i rozmowy toczące się bez ustanku na naszej planecie (ekolog akustyczny Gordon Hempton opisuje ziemię jako „napędzaną przez słońce szafę grającą”). Poezja nie wygłasza żadnych tez, nikogo nie poucza, nie wskazuje właściwej drogi. Jest za to ćwiczeniem z intymności, próbą życia w potłuczonym świecie.
Gander pisze: „cierniczka troskliwa i jej stadko nimf na zielonej łodydze (…) chłopiec na psim legowisku, zwinięty w znak zapytania, światło gwiazdy zaginające się tuż przy tarczy słońca, kawa z posmakiem wiciokrzewu, laguny węglowej zawiesiny w opuszczonej odkrywce, w zagranicznych gazetach twarze tych, których zbombardowaliśmy (…): to nieprzezwyciężone a priori moich wierszy”. Lista jest znacznie dłuższa, potencjalnie nieskończona, dopóki „świat / pasuje do żywych zmysłów”, przynajmniej tyle możemy zrobić, być blisko.
Magazyn Literacki Książki w Tygodniku. Dodatek do „Tygodnika Powszechnego” 41/2025
Redakcja: Monika Ochędowska
Proj. graf.: Marek Zalejski
TP typografia: Andrzej Leśniak
Fotoedycja: Grażyna Makara, Katarzyna Bułtowicz
Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.





















