Domy, ogrody i prawo do niewidoczności. Jak tworzymy swoje schronienia

Ćwiczenie uważności, sport i jedzenie wystawiliśmy na widok publiczny. Prywatność staje się dziś formą kontestacji. Gdzie jej szukać? – o tym mówi Maja Mozga-Górecka, autorka książki „Figlarnie”.
Czyta się kilka minut
Prospect Cottage, domek Dereka Jarmana // Fot. Steve Vidler / Alamy / BE&W
Prospect Cottage, domek Dereka Jarmana // Fot. Steve Vidler / Alamy / BE&W

Beata Chomątowska: Twoja książka, „Figlarnie. Przestrzenie radykalnej prywatności”, odpowiada na coraz silniej odczuwaną potrzebę prywatności i nieuczestniczenia. Czy to skłoniło Cię do wyboru tematu?

Maja Mozga-Górecka: Tak, choć muszę zaznaczyć, że pierwszy fragment tej książki powstał około roku 2012, kiedy internet i media społecznościowe wyglądały inaczej. Od początku byłam nastawiona wobec nich nieufnie: trudno było mi zrozumieć, czemu ludzie z własnej woli chcą rezygnować z prywatności. W tym sensie książka wzięła się raczej ze zdumienia, dysonansu poznawczego. Prywatność ma zarówno jasne, jak i ciemne strony, a książka pokazuje obie. Tytuł też można czytać na dwa sposoby, choć większość osób odczytuje „figlarnie” jako przysłówek.

Przypomnijmy więc znaczenie rzeczownika.

„Figlarnie” traktuję jako kreatywny przekład na język polski francuskich maisons de plaisance, dosłownie „domów przyjemności”. Takie obiekty od połowy XVII w. służyły wyrafinowanym uciechom bogaczy, zwłaszcza arystokratów. Luksusowe, wygodne, ozdobione malowidłami i dziełami sztuki, miały dawać estetyczną przyjemność, ale były też świadkami niejednej miłostki czy nawet orgii. Lokowano je często w podmiejskich wsiach i nazywano małymi domami, petites maisons, albo folies, szaleństwami, być może w związku z miłosnym obłędem, jakiemu służyły, albo – bardziej praktycznie – bajońskimi sumami, jakie trzeba było za nie zapłacić.

Rodzajem takiej figlarni jest Biały Dom w warszawskich Łazienkach, niepozorny budynek, który mijam prawie codziennie. Po lekturze patrzę na niego zupełnie inaczej.

Ja też znam go od zawsze, w zasadzie od dzieciństwa, ale dopiero podczas pisania odkryłam w nim sale i zakamarki, które mogły służyć Stanisławowi Augustowi Poniatowskiemu zarówno do miłosnych schadzek, jak i podczas biesiad z intelektualistami, czyli tzw. obiadów czwartkowych – w letnie miesiące, podczas remontu Pałacu na Wyspie. A także do lektur i kontemplacji. 

I to między innymi myśl o kontemplacji towarzyszyła mi podczas pisania. Mam wrażenie, że jest to pojęcie w kulturze Zachodu zapomniane, przynajmniej w jej świeckich obszarach. Kiedy szuka się informacji na ten temat, trafia się niemal wyłącznie na strony katolickich portali. Silnie obecny jest natomiast ruch mindfulness, wywodzący się z kolei z tradycji wschodniej, z medytacji buddyjskiej, a to też coś innego.

Jak Ty rozumiesz kontemplację?

Bliski mi jest sposób, w jaki pisze o niej Byung-Chul Han, koreański filozof mieszkający w Niemczech. Dla niego to umiejętność zatrzymania się, wyrwania z kołowrotka nieustannych doznań, w jakim uwięziony jest współczesny człowiek. Świadomego kierowania uwagi i spojrzenia.

Niewiele różni się to od pobocznych efektów medytacji, gdzie obserwuje się wszystko, co się pojawia, wracając uwagą do oddechu czy mantry.

Momentami wydawało mi się, że Han utożsamia jedno z drugim. Dla mnie jest istotne, że podczas kontemplacji zatrzymujesz się i obserwujesz świat z wyostrzoną uwagą, ale nie robisz tego, by coś osiągnąć, na przykład doświadczyć jakichś mistycznych stanów albo udoskonalić umysł, tylko dla samej tej czynności. W tym sensie kontemplacja przypomina zabawę. 

Dziś o to trudno, bo gros ludzkiej aktywności, czy to będzie ćwiczenie mindfulness, jedzenie, czy jogging, zostało wprzęgnięte w utylitarną machinę i wystawione na widok publiczny. Niewidoczność, tak jak bezczynność, stają się formą kontestacji. Han w eseju „Vita contemplativa” przytacza anegdotę o kucharzu, który ćwiczył się w bezczynności, aż nauczył ruchów, które pozwalały mu od niechcenia robić tak precyzyjne szczeliny w mięsie wołu, że rozpadało się samo.

To fragment „Prawdziwej księgi południowego kwiatu” Zhuangzi, chińskiego traktatu taoistycznego. Książki Hana mają w dużej mierze formę wypisów ze starych zeszytów filozoficznych, opatrzonych komentarzami odnoszącymi się do współczesności.

Możliwe, niektórzy twierdzą, że cała filozofia to tylko komentarze do antyku. Zresztą w zachodniej przestrzeni kulturowej też możemy znaleźć podobne motywy. Etyka arystotelesowska opierała się na wartości będącej dobrem samym w sobie, czyli na szczęściu, któremu cnoty służyły, były więc niżej w hierarchii dóbr. A przepisem na najdoskonalsze życie była dla Greka kontemplacja, rozumiana jako badanie świata, filozoficzne dążenie do prawdy. 

W każdym razie lektura Hana dała mi do myślenia. Dzięki niemu kontemplacja wraca na duchową mapę Europy. Idąc trochę tym tropem, próbuję ująć prywatność w kategoriach pewnych doświadczeń, a nie tylko przestrzeni w naszych głowach lub domach, których nikt nie podgląda. Ciekawią mnie obszary swobody. Pewne działania lub bezruch, które dzięki prywatności są łatwiejsze lub w ogóle możliwe, czy będzie to rozmowa, uprawianie ogrodu, myślenie – czy choćby figlowanie.

W książce pokazujesz miejsca, które temu właśnie służą. Poza najbliższym polskiemu czytelnikowi Białym Domem z Łazienek są to między innymi: letni dom na wyspie Alvara Aalto, gabinet Freuda w Wiedniu, dom-manifest, czyli willa Müllerów w Pradze projektu Adolfa Loosa, i sekretny apartament Carla Mollino w Turynie, który służył mu też za atelier. Które z nich jest najbliższe Tobie?

Dom letni Alvara Aalto na bezludnej niegdyś fińskiej wyspie. Architekt traktował go jako formę ratunku w trudnej osobistej sytuacji, bo schronienie powstało po śmierci jego ukochanej pierwszej żony Aino, z którą łączyła go jedyna w swoim rodzaju więź, zarówno prywatna, jak i zawodowa – projektowali razem. Na wyspie, razem z kolejną kobietą, Elsą-Elissą, która została jego drugą żoną, próbował koić tamtą stratę, zarówno przy pomocy tej architektury ulokowanej pośrodku dzikiej przyrody, jak i zabawy przenikającej się z pracą. 

Aalto uważał, że architekt musi wprowadzać element zabawy do swojego zawodu, nie myśleć wyłącznie w kategoriach użyteczności czy budżetów, dziś dodałabym też: setek uciążliwych przepisów. Zostawić sobie – i odbiorcom – miejsce dla wyobraźni. Mówił zresztą, że projektuje dla dorosłych dzieci.

Dom na wyspie jest właśnie manifestacją takiego podejścia. Będąc w nim zastanawiałam się, jak oboje z Elsą funkcjonowali tam na co dzień, bo jest to miejsce mocno nietypowe, położone na skałach tuż nad wodą. Aalto był zafascynowany włoskimi miastami na wzgórzach i chciał je odwzorować w fińskim lesie nad jeziorem. 

Rozdział o nim pozwala też odetchnąć po ciemnych sekretach, odkrywanych we wcześniejszych fragmentach. Daje nadzieję, że w dzisiejszym świecie można wciąż czerpać wartość z tego, co prywatne, że może to nas budować, a nie tylko łączyć się z zagrożeniem.

Ciemne sekrety to przede wszystkim historia Adolfa Loosa, którą przywołujesz przy okazji wizyty w zaprojektowanej przezeń willi rodziny Müllerów w Pradze.

Przygotowując się do obejrzenia willi, czytałam sporo o Loosie, między innymi książkę amerykańskiego krytyka i historyka architektury, Christophera Longa „Adolf Loos on Trial” („Adolf Loos przed sądem”). Opisuje w niej proces sądowy, jaki wytoczono w Wiedniu architektowi, gdy wyszło na jaw, że zapraszał do swojego domu dziewczynki zaczepiane na ulicy, kąpał je, rozbierał i zachęcał do pozowania w erotycznych pozach. Po tej lekturze Loos, wybitny przecież twórca, spadł dla mnie z piedestału. 

Chodząc po praskiej willi Müllerów jego projektu, która stanowi jedno z najwspanialszych dzieł architektonicznych na świecie, myślałam o pokoju dziecinnym Evy, córeczki państwa Müllerów. Czy gdybym sama była zamożną przedstawicielką praskiej elity, wiedząc o tym, co zaszło, pozwoliłabym właśnie temu architektowi zaprojektować pokój własnego dziecka? Cóż, może wówczas wieści nie rozchodziły się tak szybko jak dziś.

Mroczny wydaje się też wiedeński gabinet Freuda i apartament Mollino w Turynie.

Jeśli chodzi o Freuda, mieszkanie przy Bergstrasse w Wiedniu, gdzie przyjmował pacjentów, ale też mieszkał na co dzień z rodziną, funkcjonuje dziś jako muzeum i nie ma oryginalnego wystroju. Zostało splądrowane przez nazistów, a właściciel zabrał część rzeczy, uciekając z rodziną do Londynu. Freud kolekcjonował rozmaite antyczne przedmioty: maski, figurki, płaskorzeźby. 

Kiedy pomyśli się, że cały ten zbiór – łącznie kilkaset par oczu i uszu – towarzyszył pacjentom podczas intymnych rozmów, tworząc spory tłum widzów, poufna sesja psychoanalityczna zyskuje charakter milczącego zgromadzenia, na którego obecność pacjent wcale się nie godził. A historia samego Freuda, który lekceważył rygor naukowy, a o chorych wyrażał się per „złote rybki”, sprawia, że to miejsce traci swoją niewinność. 

Mollino zaś, z wykształcenia architekt, ale też człowiek wielu talentów, w wynajętym piano nobile przy via Napione przyjmował turyńskie fordanserki i portretował je nago polaroidem. Wnętrza apartamentu, o zasłoniętych oknach, oświetlane za dnia sztucznym światłem, pełne luster i zakamarków, wypchanych zwierząt, olbrzymich muszli, rysunków motyli, funkcjonowały całkowicie poza czasem. Fulvio Ferrari, badacz archiwum Mollina, który wraz z synem opiekuje się mieszkaniem, twierdzi, że artysta budował sobie tam za życia egipski grobowiec, przygotowywał się w taki sposób na spotkanie ze śmiercią.

Czy są jeszcze inne takie miejsca?

Chata Dereka Jarmana – Prospect Cottage na przylądku Dungeness w Wielkiej Brytanii. Filmowiec zaszył się tam, gdy zachorował na AIDS. Zapraszał licznych znajomych, co pokazuje, że prywatność nie jest tylko atrakcją dla introwertyków. Doświadczając terminalnej choroby, bliskości absolutu, pielęgnował nietypowy ogród. Dzięki zbiórce środków od ludzi z całego świata tę przestrzeń po jego śmierci udało się ocalić i przekształcić w rezydencję dla innych artystów.

Obejrzałabym również dom White U w Tokio zaprojektowany przez architekta Toyo Ito dla jego siostry i jej córek jako przestrzeń żałoby, niestety został zburzony. 

Ważne było dla mnie, żeby odwiedzić każde z opisywanych miejsc, a więc musiały to być domy lub mieszkania dostępne dla zwiedzających. Tkwi w tym pewien paradoks, bo piszę o prywatności, oglądając ją wystawioną na widok publiczny. Miałabym opory przed zdradzaniem cudzych sekretów – pierwsi właściciele czy użytkownicy opisywanych w książce miejsc już nie żyją. O większości z nich już sporo pisano, więc w esejach przywołuję różnych autorów. Nie jest tak, że sama odkryłam te historie. Mam jednak nadzieję, że udało mi się opowiedzieć o tych przestrzeniach w nieco inny sposób, niż robiono to do tej pory.

Dodatkowy posmak przygody tym wędrówkom dodaje fakt, że większość z odwiedzanych przez Ciebie miejsc ma mocno nietypowy układ wnętrz. Krążymy po nich jak po labiryncie, odkrywając różne zagadki.   

Absolutną łamigłówką jest willa Müllerów, która łamie konwencje pod każdym względem. Już studiowanie układu wnętrz tego przestrzennego przekładańca przyprawia o zawrót głowy. Każde pomieszczenie ma inne wymiary i proporcje, stanowi wręcz osobny poziom. Brak jest jednoznacznych podziałów na piętra. Odtworzenie tego z pamięci wydaje się niemożliwe.

Wspomniałaś o ogrodzie Jarmana. Ogrody to w ogóle dobry trop, gdy mowa o miejscach kontemplacji, schronienia, wszelkiego rodzaju „figlarniach”. Przypomniały mi się sekretne ogrody przyjemności, zakładane od XIII w. przez Mongołów w Indiach, mające być wyobrażeniem muzułmańskich rajów. Świątynia dumania u Mickiewicza. Lub – by nie szukać daleko – wszystkie ogromne ogrody klasztorne w centrach miast, niedostępne dla osób z zewnątrz.

Taki hortus conclusus, inspirowany ogrodami zakonnymi, zaprojektował Peter Zumthor w 2011 r. jako tymczasowy pawilon galerii Serpentine w Londynie. Bardzo żałuję, że go nie widziałam, musiała to być idealna przestrzeń kontemplacji. 

Za to w dzieciństwie często odwiedzałam pewien tajemniczy ogród. To było arboretum w miejscowości, w której spędzałam każde wakacje. Często było zamknięte, ale zakradaliśmy się do środka i w tajemnicy przed dorosłymi eksplorowaliśmy je na własną rękę. Jednocześnie była to przestrzeń bezpieczna dla małych odkrywców. Wtedy przypominała oswojony las, gęsty i bujny, wypełniony fenomenalnymi drzewami z całego świata. Dziś ma już bardziej uporządkowany charakter.

A jakie są Twoje obserwacje dotyczące współczesności: istnieje potrzeba posiadania prywatnych kryjówek, zakamarków, buduarów? Chcemy się chować czy pokazujemy, że nic nie mamy do ukrycia?

Mamy w Europie kryzys mieszkaniowy, niedobór dostępnych cenowo mieszkań, więc trudno mówić o takich zbytkach jak buduary. Ale nawet w luksusowych domach rzadko spotyka się ich odpowiedniki, przestrzenie służące pogrążaniu się w myślach. Raz czy dwa natknęłam się na pokój do medytacji. 

Z drugiej strony, wracają kameralne nisze, ażurowe przesłony, parawany, a także drzwi zlicowane ze ścianą, pomalowane albo obite tapetą, o których istnieniu wie tylko właściciel. Częściej pojawiają się strefy wypoczynkowe obniżone względem głównego poziomu pomieszczenia, co też ułatwia skupienie się na tu i teraz. Odkrywa się zalety amfilad, którymi długo pogardzano. Raczej jednak przy większych metrażach, w mieszkaniach par, a nie dużych rodzin. Takie amfiladowe wnętrze w każdym pokoju może skrywać jakąś niespodziankę.

„Wall Street Journal” opublikował niedawno artykuł o tym, że ultrabogacze wydają dziś fortuny na prywatność. Trudno jednoznacznie przewidzieć, co przeważy w przyszłości, te zjawiska są bardzo płynne. Ciekawi mnie też, jak potrzeba prywatności przejawia się w przestrzeniach publicznych. 

W nowym budynku Wydziału Psychologii Uniwersytetu Warszawskiego, stworzonym przez pracownię Projekt Praga, inwestor chciał, by okna wychodzące na atrium były przeszklone, zapewniające transparentność podczas zajęć. Ale nie każdy dobrze się czuje ze świadomością bycia wystawionym bez przerwy na widok publiczny. Architekci rozwiązali to w prosty sposób – poprzez zasłony. Budynek oferuje więc dwie możliwości, zależnie od potrzeb. Podczas mojej wizyty wszystkie te przeszklenia były zasłonięte.

Jeśli patrzeć na Twoją książkę jak na pewien architektoniczny wzór, to też układa się on w amfiladę. Pośrodku odkrywamy sporo ciemnych zakamarków, ale pierwszy i ostatni rozdział – Biały Dom i dom letni Aalto – łączą się ze sobą. To historie, w których jest dużo śmiechu i światła, typowe figlarnie.

Zgadza się. Wizyta w domu Aalta pozwoliła mi domknąć opowieść w optymistyczny sposób, pokazując, że jest ratunek dla prywatności, bo wcześniej czułam, że piszę raport z gruzów, dokumentuję zjawisko, które przeminęło, zbieram okruchy. 

Świat wokół zmienia się dynamicznie. Wiedza, jaką się dobrowolnie dzielimy w internecie, może zostać wykorzystana przeciwko nam przez autorytarne reżimy, jeśli tylko nasze dane trafią w niewłaściwe ręce. Gdy widzimy szefów gigantów technologicznych zebranych przy jednym stole w Białym Domu i komplementujących Trumpa, taki scenariusz przestaje brzmieć jak dystopia

Mam nadzieję, że nie zbliżamy się do takiej sytuacji jak w Japonii epoki Edo. Narastająca opresyjność władzy była podobno jednym z czynników, które wpłynęły wtedy na spopularyzowanie sztuki bonsai, którą zajmowano się w prywatnych ogrodach. Symbolem wolności w tej historii staje się miniaturowe drzewo. Ale nie musimy mieć od razu prywatnego ogrodu czy bezludnej wyspy i zbudowanego samodzielnie domu na niej. Wiele jest w naszych rękach. Jakimś schronieniem jest świadomy sposób przeżywania tego, co nas otacza.

Przedstawiasz się jako osoba ceniąca sobie prywatność – i to widać też w „Figlarniach”, choć znamienne, że im bliżej końca, tym więcej jednak prywatności odsłaniasz.

W trakcie pracy zaczęłam sobie uświadamiać, że opisując prywatność, tym samym ją naruszam. Uznałam więc, że skoro wystawiam te miejsca na widok publiczny, powinnam w zamian ofiarować bogom prywatności trochę wina z własnego stołu.

Maja Mozga-Górecka // Fot. Jakub Szafrański / Karakter

MAJA MOZGA-GÓRECKA to redaktorka i dziennikarka specjalizująca się w architekturze i wzornictwie. Przez ponad 10 lat należała do grona stałych współpracowników miesięcznika „Architektura-Murator”. Współautorka książki „Form Follows Freedom. Architecture for Culture in Poland 2000+” (2015). Niedawno wydała „Figlarnie. Przestrzenie radykalnej prywatności” (Karakter).

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

Grafika na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 49/2025

W druku ukazał się pod tytułem: Przystań przyjemności