Nowy Jork. Spacer pośród trzynastu milionów słupów trawy

Odprężam się powoli: zgentryfikowane miasto, pełne bogatych ludzi przebranych za hippisów i bitników, oddala się nieco, przybliża się za to inne – to znane z wierszy (i snów). Mój Nowy Jork to fragmenty miast, których nigdy tak naprawdę nie widziałam.
Czyta się kilka minut
Port Authority Bus Terminal, Nowy Jork, 2019 r. // Fot. Epicsunwarrior / C.C BY 4.0
Port Authority Bus Terminal, Nowy Jork, 2019 r. // Fot. Epicsunwarrior / C.C BY 4.0

Pamiętam siebie jako dwudziestoparoletnią poetkę przed debiutem książkowym, ślęczącą z ciężkim, papierowym słownikiem nad odbitym na ksero tomem „The Double Dream of Spring” Johna Ashbery’ego. Zawiłe terytorium pamięci przypomina wczesne obrazy Giorgia de Chirico, choćby ten z 1915 r., którego tytuł Ashbery wykorzystuje jako tytuł książki. 

„Podwójny sen wiosny” przedstawia skrawek dziwnego, pustego pejzażu z widocznymi w oddali sylwetkami ludzi. Tylko skrawek, bo na pierwszym planie znajduje się ustawione na sztalugach płótno ze szkicem jakiejś skomplikowanej konstrukcji architektonicznej, przy czym budynek zawiera w sobie fragment tego, co na drugim planie. Głowa kamiennego mężczyzny po lewej stronie rymuje się wizualnie z widoczną po prawej stronie obrazu głową manekina. Co tu jest rzeczywistością, co przedstawieniem? Kto śni, a co stanowi treść snu?

Whitman i Ashbery wśród traw

Hipnotyzujące obrazy włoskiego artysty odkrywałam w spiralnej przestrzeni nowojorskiego Muzeum Guggenheima (duża wystawa o surrealizmie, rok 1999). Puste place, długie cienie, nielogiczna perspektywa: przeczytałam gdzieś, że wczesne pejzaże de Chirico śniły o wieżowcach Manhattanu. Nie wiem, czy to prawda, za to ja rzeczywiście dużo w tamtym czasie śniłam, nie tylko o Ameryce, chociaż o niej też, „żeby się zgubić pośród trzynastu milionów słupów trawy,” jak to ujął Ashbery w wierszu pozlepianym jak kolaż z różnych skrawków amerykańskiej mitologii i popkultury.

Kiedy w amerykańskim wierszu pojawia się trawa, po prostu nie da się nie pomyśleć o Walcie Whitmanie. „Źdźbła trawy” (1855) to jedna z najsłynniejszych książek poetyckich wszech czasów i ważne źródło dla różnych nurtów poetyckich, także tego, z którego wyłoniła się tzw. „Szkoła Nowojorska” (nazwa odnosiła się w pierwszym rzędzie do dominującego w malarstwie lat 50. ekspresjonizmu abstrakcyjnego, z czasem objęła również poetów). Nie była żadnym formalnym ugrupowaniem, składała się po prostu z kilkorga przyjaciół – najbardziej zapamiętaliśmy właśnie Ashbery’ego, ale też Franka O’Harę i Jamesa Schuylera.

Nowojorczycy wstrząsnęli powojenną poezją przeciwstawiając eleganckim, akademickim formom nieskrępowaną inwencję językową i humor. „Słupy” (oryg. pillars) z wiersza Ashbery’ego nie są tym samym, co „źdźbła” (a ściślej, „liście”, leaves) trawy z książki Whitmana, a jednak zachodzi między nimi jakieś pokrewieństwo. Czyżby delikatne źdźbła z biegiem czasu właśnie tak zogromniały, że stały się potężnymi filarami, na których wspiera się nowoczesna poezja? 

Zabawny i nieco surrealistyczny wiersz Ashbery’ego jednocześnie uznaje wpływ Whitmana – jednego z trzech poetów, których O’Hara uznawał za „lepszych od kina” – i ironicznie go podważa. Wędrówka „pośród trzynastu milionów słupów trawy” to także klasyczna amerykańska podróż, oczywiście samochodem, najlepiej na zachód (wtedy „słupy” mogą być telegraficzne). Oklepany topos uruchamia takie slogany jak wolność, indywidualizm, nieograniczone możliwości: jest to w końcu sen, sen o Ameryce.

Pierwsze noce na Żółwiej Wyspie

Stoję pośrodku ogromnej hali dworca Port Authority, wraz z grupą innych studentów z Polski zakwalifikowanych do programu wymiany kulturowej „Interexchange”. Czekamy na autobusy, które rozwiozą nas po Ameryce do prac, które będziemy wykonywać przez kolejne 3 miesiące. Szukam toalety, ale nie ma toalet, są tylko pokoje wypoczynkowe, restrooms. Swoją drogą to świetnie, myślę, że istnieją takie pokoje, tylko nie jestem pewna, czy wolno mi z takiego przybytku skorzystać.

Jestem bardzo zmęczona, pierwsze noce na Żółwiej Wyspie spędziłam w motelu gdzieś w Chelsea (nie był to jednak słynny Hotel Chelsea, w którym pomieszkiwała Nico z Velvet Underground i gdzie Sid Vicious zabił Nancy Spungen), było za to głośno i duszno. Nie mogliśmy spać, więc wędrowaliśmy kanionami ulic w górę Manhattanu w poszukiwaniu jedzenia i picia. Choć mam za sobą trzy lata studiów anglistycznych, wierzę, że „sklep” to po angielsku „shop”, jest to ten żenujący moment, kiedy język, który uważało się za w miarę opanowany, okazuje się w praktyce działać bardzo słabo.

Tamtego wymiętego ranka na Port Authority dopiero po dłuższej chwili dociera do mnie, że restroom to eufemistyczne określenie toalety i owszem, mam prawo z niej skorzystać. Później odnotuję, że specyficzna skłonność do eufemizmów jest wpisana w amerykańską odmianę angielszczyzny, swego rodzaju eufemizmem jest także nazwa naszego programu: o ile wiem, nikt nigdy w jego ramach nie przyjechał z USA do Polski, czemu więc exchange?

Zdjęcie XL
Podpis zdjęcia
Greenwich Village, Nowy Jork, 2019 r. // Fot. Felix Stahlberg; / CC BY 4.0

Billie Holiday umiera, a Frank O’Hara je kanapkę

Tamtego lata zadzwoniłam, raz, do Johna Ashbery’ego: odezwała się sekretarka automatyczna, ale nie miałam odwagi zostawić wiadomości. Zamiast tego pojechałam odwiedzić Cedar Tavern w Greenwich Village. W latach 50. przesiadywali tam malarze, muzycy i literaci: Allen Ginsberg, John Cage i, oczywiście, Frank O’Hara, który czasem pisywał wiersze na serwetkach koktajlowych. 

Niedaleko znajdowało się studio ekspresjonisty Roberta Motherwella, kilka ulic dalej – The Five Spot Café, gdzie występowali artyści tacy jak Thelonious Monk, Ornette Coleman czy Billie Holiday. To właśnie tam Lady Day „nad klawiaturą szeptała Malowi Waldronowi piosenkę” w jednym z najpiękniejszych nowojorskich wierszy, jakie kiedykolwiek czytałam. Mam na myśli „Dzień w którym zmarła Lady Day” O’Hary, klasyczny przykład poetyki typu „robię to, robię tamto”, czyli opis jego zwykłych czynności, zwieńczony jednak wstrząsem na widok jej twarzy – twarzy Billie Holiday – na okładce gazety „New York Post”.

Informacja o śmierci artystki rzuca nowe światło na lipcowy poranek. Kiedy O’Hara wyszedł z domu, a następnie wędrował od sklepu do sklepu, jadł kanapkę, kupował alkohol, papierosy, tomik Verlaine’a i inne prezenty dla ludzi, do których wybiera się z wizytą – ona już nie żyła. Za każdym razem, kiedy czytam ten wiersz, wstrzymuję oddech. Billie Holiday szeptała, bo po utracie tak zwanej „Cabaret Card” (karty identyfikacyjnej zezwalającej na występowanie w miejscu, gdzie sprzedaje się alkohol) nie miała prawa śpiewać w Nowym Jorku. I choć straciła tę kartę z powodu używania narkotyków, to był to także policyjny sposób na ograniczenie działalności czarnoskórych artystów, zwłaszcza tych, których przesłanie komplikowało amerykański sen.

Cedar Tavern działała jeszcze w czasie tamtej mojej pierwszej podróży (zamknęła się na początku XXI w.), Five Spot Café już od dawna nie. Greenwich Village, Bowery i Chelsea zdążyły się zgentryfikować, po dawnej artystycznej przeszłości pozostały głównie wspomnienia i formy konsumpcji nieco ciekawsze od tych obowiązujących w górnej części Manhattanu, przeobrażonej w bardzo drogie centrum handlowe. Już wtedy trudno było uwierzyć, że jeszcze w latach 50. i 60. artyści zjeżdżali do „Village” z powodu niskich kosztów utrzymania.

Współcześnie ślady artystycznej przeszłości mają charakter pomnikowy. W lipcu 2017 r. na nowo otwartej stacji metra przy 86 ulicy pojawił się mozaikowy portret Lou Reeda (wykonał go Chuck Close). W Battery, dużym parku na samym dole Manhattanu, z widokiem na rzekę Hudson i port, od 2006 r. sąsiadują ze sobą cytaty z O’Hary i Whitmana. Starszy poeta, którego pamiętamy jako piewcę natury, zachwycał się nowoczesnym miastem okrętów, wysokich fasad, marmuru i żelaza.

Młodszy wyznawał: „Nie umiem nawet docenić źdźbła trawy, jeśli w pobliżu nie ma stacji metra, sklepu z płytami czy jakiegoś innego dowodu na to, że ludzie choć trochę lubią życie”. Człowiek potrzebuje sklepu z płytami, żeby docenić źdźbło trawy. Czy podobna myśl spodobałaby się Whitmanowi? Niewykluczone. Ginsberg wyobrażał sobie Whitmana w supermarkecie „polującego na obrazy” („shopping for images”), ale to było w Kalifornii. Już nie pamiętam, czy w czasie moich pierwszych wędrówek po Chelsea, Village i Battery kupiłam jakieś płyty, na pewno mnóstwo książek, wiele z nich nadal mam na półkach. Pracowałam jako housekeeper (to po amerykańsku sprzątaczka), a potem także jako kelnerka. Angielski powoli zaczynał działać.

Spotkanie z Laurie Anderson (i psem)

Dwanaście lat później i nieco na zachód, West Village, okolice Canal Street: stoję na chodniku przed jakąś kawiarnią, nie zanotowałam nazwy. Jestem bardzo przejęta, bo mam za moment poznać Laurie Anderson. Artystka będzie gościnią festiwalu Ars Cameralis w Chorzowie (to część trasy o tytule „Transitory Life”), a ja mam przetłumaczyć tekst jej występu, umówiłyśmy się, żeby porozmawiać o tym tłumaczeniu, przyszłam za wcześnie.

Układam sobie w głowie, co powiem: że to opowiadactwo, te długie frazy, ten żywy, kolokwialny język – to przecież z Whitmana. Że odbieram jej teksty jako jednocześnie amerykańskie i wywrotowe, i tak dalej, żeby tylko zamaskować paraliżującą nieśmiałość i spróbować zrobić jak najlepsze wrażenie. Wreszcie wchodzę do środka. Po chwili przychodzi także Laurie Anderson – z mężem (Lou Reedem) i suczką (Lolabelle).

Witamy się, a dosłownie moment później zaczyna dzwonić budzik w moim telefonie (to jeszcze nie smartfon), panicznie szukam go w torebce – i to by było na tyle, jeśli chodzi o robienie wrażenia. Tak bardzo się stresuję, że zamiast raz a dobrze wyłączyć alarm, wiele razy z rzędu wciskam „drzemkę”, w konsekwencji naszą pierwszą rozmowę uporczywie przerywa sygnał mojego budzika. Laurie twierdzi, że całkiem jej się to podoba. Lolabelle patrzy na mnie przenikliwym psim wzrokiem i wie wszystko.

„Serce psa”, film Laurie Anderson z 2015 r., będzie elegią dla Lolabelle (i dla Lou). Szczekanie Lolabelle słychać w utworze „Bodies in Motion” ze wspaniałej płyty „Homeland” (ukazała się w czerwcu 2010 r., kilka miesięcy po tamtym naszym spotkaniu).

High Line Park, Nowy Jork, 2015 r. // Fot. U.S. Department of Agriculture // CC BY 2.0

Mój Nowy Jork: czuję, że trochę tańczę

Nowością jest High Line, park utworzony na estakadzie dawnej linii kolejowej West Side. Rozciąga się po zachodniej stronie Manhattanu, przez całą długość Chelsea, do Hudson Yards. Deptak, z którego widać dachy budynków – i rzekę. Tam idę, kiedy udaje mi się wreszcie wyłączyć budzik.

Dzięki Laurie Anderson West Village kilkakrotnie bywała moją przystanią w ciągu kolejnej dekady. Szczególnie pamiętam wczesną wiosnę 2015 r., w Polsce dopiero co wyszła moja „Nieważkość”, byłam zmęczona i trochę przybita, przystanek w Nowym Jorku był częścią dłuższej trasy i cieszyła mnie możliwość zatrzymania się na parę dni w miłym miejscu. Dość regularnie wtedy biegałam. Moja trasa prowadziła od Canal Street na zachód do rzeki Hudson, następnie w dół wzdłuż wybrzeża do Battery Park. Wracałam powoli, codziennie inną drogą i pewnego razu trafiłam na antykwariat z wystawionymi na chodnik skrzynkami pełnymi przecenionych książek. Moją uwagę przykuła broszura o domowej hodowli krocionogów i karaluchów.

„Bierzesz dla syna?” – zapytała antykwariuszka, która nie wiadomo kiedy znalazła się tuż obok mnie. Była to stara kobieta o pięknej, bardzo pomarszczonej twarzy, nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że już ją gdzieś widziałam – może w jakimś filmie? „Nie mam syna – odparłam – biorę dla siebie”. „Hodujesz karaluchy?" – drążyła. „Jeszcze nie – podjęłam grę. – Ale może niedługo kupię sobie jednego”. Doradziła mi, zupełnie poważnie, żeby od razu kupić dwa, wyjaśniając, że to dobre na taniec. „Kiedy będziesz przechodziła przez ulicę o, stamtąd – wskazała ręką kawiarnię po przeciwnej stronie – do tutaj – teraz wskazała dłonią na swoje serce – będziesz tańczyła”.

Najwyraźniej mój Nowy Jork miał pozostać nieco surrealny. Broszurę o domowej hodowli krocionogów i karaluchów – pięknie ilustrowaną – posiadam do dziś, choć nigdy nie kupiłam karalucha (ani dwóch). Z tekstu broszury bije entuzjazm, być może jej autorką była moja antykwariuszka? Zawsze, kiedy znajduję się w tamtej okolicy, czuję, że trochę tańczę. Laurie Anderson ujmuje to inaczej: „Idziesz / I nie zawsze o tym wiesz / ale zawsze spadasz. / Z każdym krokiem lekko pochylasz się do przodu / A potem powstrzymujesz się przed upadkiem. / Raz po raz spadasz. / A potem powstrzymujesz się przed upadkiem. / W ten sposób można jednocześnie iść / i spadać”. („Język przyszłości”, „20”, tłum. JF).

Parada barw: miasto z wierszy i snów

Kilka lat później, nieco na wschód i w górę, ulica Lafayette (całkiem niedaleko od Saint Mark’s Place, gdzie dawniej znajdowała się Five Spot Café). Na chodnikach mnóstwo kwiatów, właściwie nic innego nie widać, tylko kwiaty: parę tygodni wcześniej zmarł David Bowie. Idąc dalej w górę, niemal dokładnie środkiem Manhattanu, trafia się do słynnej księgarni The Strand. Żałoba w stylu O’Hary: kupuję sobie zbiór wywiadów z Marcelem Duchampem.

Luty 2024: wzdłuż parku High Line wyrosły ekskluzywne wieżowce, podobno jest to jedna z głównych atrakcji turystycznych Nowego Jorku. Spełnienie marzenia o sytuacji doskonale pastoralnej: wędrując wzdłuż dawnej estakady, będącej materialnym śladem po epoce pociągów, tych paradygmatycznych maszyn przecinających dzikość nowego kontynentu, można podziwiać więcej niż tylko źdźbła trawy. Wspaniałe ogrody łączą przyrodę ze sztuką, chętni mogą uczestniczyć w rozmaitych wydarzeniach i aktywnościach (od podglądania gwiazd po imprezy z okazji Halloween).

Tym razem jednak wiem to wszystko wyłącznie z drugiej ręki – nie mogę wybrać się  na spacer ani tam, ani właściwie nigdzie. Parę dni wcześniej nie zauważyłam stromego schodka, potknęłam się niefortunnie i coś chrupnęło mi w stopie. Dopiero po powrocie do Polski będę mogła ustalić, co dokładnie się stało (dla porządku: złamanie kości śródstopia), tymczasem kuśtykam w ortezie i o kuli. Wysiadam na stacji metra Sheridan (tuż przy Stonewall) i bardzo, ale to bardzo powoli wychodzę na powierzchnię. Nowy Jork, a zwłaszcza Manhattan, nie jest łatwym miejscem dla kulejącej osoby. Szukam „małego trójkątnego skwerka”, o którym wspomniał w mailu Eliot Weinberger, kiedy tłumaczył mi, jak dotrzeć do restauracji, w której zjemy lunch. Ma to być miejsce, gdzie „słyszysz, co mówi osoba siedząca po drugiej stronie stołu”.

Długo idę od stacji, mam wrażenie, że wszyscy wokoło pędzą. Moje ciało nie znało dotąd takiego tempa. Ma to pewien urok – poznawanie ruchliwego miasta z perspektywy żółwia. Wreszcie docieram na miejsce, Eliot już tam jest, z ulgą opadam na krzesło i nie wiem który już raz w ciągu ostatnich dni opowiadam o moim idiotycznym wypadku. Rzeczywiście jest cicho, rozmowa toczy się od tematu do tematu – od anioła do innego (znajomego) anioła – i jest sednem tej podróży. Spędziłam ją, jak ekscentryczny francuski pisarz Raymond Roussel (ważny dla Ashbery’ego) – głównie w pokojach hotelowych.

Odprężam się powoli, moja poturbowana noga odpoczywa. Zgentryfikowane miasto, pełne bogatych ludzi przebranych za hippisów i bitników oddala się nieco, przybliża się za to inne – to znane z wierszy (i snów). Wyśnione – w szczegółach – miasto pojawia się w wierszu „Instrukcja obsługi” Ashbery’ego (z opublikowanego w 1956 r. tomu „Some Trees”). U Ashbery’ego jest to konkretnie Guadalajara, miasto „które najbardziej chciałem zobaczyć, i którego najbardziej nie zobaczyłem, w Meksyku”. Ashbery wyobraża sobie jakieś święto na rynku, znajduje się tam „małe wymyślne podium dla orkiestry”, a obok kwiaciarki „rozdają różane i cytrynowe kwiaty”. Trwa „parada par”, choć jest to w istocie parada barw.

Nowy Jork, którego nigdy nie widziałam

Mój Nowy Jork to fragmenty miast, których nigdy tak naprawdę nie widziałam. Lata 50., Frank O’Hara siedzi przy stoliku w Five Spot Café, obok Larry Rivers, malarka Grace Hartigan i Kenneth Koch. Grace patrzy w kierunku środka sali, kogoś tam widzi. Frank mówi coś do niej, wyraźnie zaaferowany. 1966: przyjeżdża Laurie Anderson. Chwilę wcześniej ruszyła „Fabryka” Andy’ego Warhola, Velvet Uderground już działa. Nadal jest tanio, „rynek sztuki” podobno nie istnieje. „Bardzo dużo gadaliśmy”, wspomina Laurie Anderson. Znam tylko to, co dobre, bo to wspomnienia i sny. 1974: (wciąż jeszcze nie ma mnie na świecie) Laurie Anderson ma na sobie łyżwy, łyżwy tkwią w lodowym bloku.

Artystka gra na skrzypcach uruchamiając jednocześnie muzykę elektroniczną z nagrania – w ten sposób wykonuje duet „sama ze sobą”. To jeden z pierwszych performance’ów tej niebywale wszechstronnej artystki, która jednak mówi o sobie, że uprawia „najstarszy zawód świata”, czyli jest opowiadaczką. Lodowy blok topi się stopniowo, performance skończy się, kiedy skrzypaczka straci równowagę. „Cóż więcej moglibyśmy zrobić, jeśli nie zostać?” – retorycznie pyta Ashbery w „Instrukcji obsługi”.

JULIA FIEDORCZUK jest pisarką, poetką, tłumaczką i wykładowczynią literatury amerykańskiej. Na początku listopada ukaże się jej najnowsza książka poetycka pt. „Glif”.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Jerzy Skakun dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 44/2024

W druku ukazał się pod tytułem: Jak źdźbła trawy