Ekopoetyka jest jednym z tych pojęć, które brzmią świeżo i obiecująco, choć dla tych, którzy pracują z nim od lat, coraz częściej okazuje się problematyczne. Sama idea łączenia refleksji nad literaturą z namysłem ekologicznym wydaje się intuicyjna i potrzebna. A jednak termin „ekopoetyka” – mimo swojej pierwotnej otwierającej mocy – w dużej mierze przestał działać.
Pojęcie to pojawiło się w humanistyce anglosaskiej ponad dekadę temu, głównie w kontekście badań nad poezją amerykańską. Początkowo było próbą wyjścia poza wysoki modernizm i awangardowy formalizm w stronę myślenia, które rehabilituje materialność świata, przywraca językowi status elementu natury i traktuje literaturę jako jedną z praktyk zamieszkiwania Ziemi. W tym sensie ekopoetyka miała być ruchem „powrotu do świata” – do relacji, współzależności i wspólnoty ludzi oraz nieludzi.
Z czasem jednak los tego pojęcia stał się typowy dla wielu terminów humanistycznych. To, co początkowo było narzędziem krytycznym, zaczęło funkcjonować jako slogan. Przedrostek „eko” uległ dewaluacji: z trudnej, niekomfortowej wiedzy o współzależnościach i śmiertelności stał się etykietą marketingową, często wykorzystywaną w języku wellnessu i zielonego kapitalizmu. Tymczasem ekologia jako nauka nie oferuje prostych pocieszeń – przeciwnie, podważa nasze fantazje o autonomii i wyjątkowości człowieka.
Aby zrozumieć pierwotny sens ekopoetyki, warto wrócić do jej etymologii. Greckie oikos oznacza dom lub gospodarstwo domowe – wspólną przestrzeń życia. Z kolei poiesis odnosi się do aktu wytwarzania, nadawania formy materii w czasie, bliskiego rzemiosłu.
Ekopoetyka u swojego źródła jest więc próbą myślenia o tworzeniu jako o formowaniu wspólnego domu: nie tylko w sensie technicznym czy ekonomicznym, ale także wyobrażeniowym i symbolicznym. Chodzi o opowieści, metafory i języki, które pozwalają nam zamieszkiwać planetę w sposób odpowiedzialny.
Problem polegał jednak na tym, że pojęcie to bardzo szybko zaczęto zawężać do „wierszy o przyrodzie”. Tymczasem poetyka nie dotyczy wyłącznie poezji – można mówić o poetyce filmu, reportażu, dyskursu publicznego czy sposobów mówienia. Ekopoetyka miała obejmować szerokie spektrum praktyk kulturowych, a nie jedynie tematyczną odmianę liryki.
Mimo tego zawężenia poezja pozostaje w tym kontekście szczególnie ważna. Jest jedną z nielicznych form językowych względnie wolnych od logiki rynkowej, a przez to domyślnie subwersywnych. Operuje oszczędnością, relacyjnością i uważnością na układ elementów – dokładnie tymi cechami, które są kluczowe dla myślenia ekologicznego. W wierszu nic nie istnieje w izolacji: znaczenie rodzi się z relacji, współbrzmień i napięć. W tym sensie poezja potrafi unaocznić fundamentalną zasadę ekologii: wszystko jest ze sobą połączone.
Z czasem stawało się jednak jasne, że ważniejsza od samego terminu jest praktyka. Ekopoetyka zaczęła funkcjonować nie jako teoria, lecz jako forma wspólnego działania: czytania, chodzenia, milczenia, bycia w konkretnych miejscach – zarówno tych zachwycających, jak i zdegradowanych. Tak rozumiana praktyka nie polega na przekazywaniu gotowej wiedzy, lecz na uczeniu się w sytuacji kryzysu, w niepewnych i trudnych warunkach. Jest sposobem reagowania na rzeczywistość, która nie daje komfortu ani stabilnych ram.
W tym sensie ekopoetyka – nawet jeśli porzucimy samo słowo – pozostaje żywa jako doświadczenie wspólnoty i uważnego zamieszkiwania świata. Pokazuje, że myślenie, język i wyobraźnia nie są abstrakcyjne ani oderwane od materii, historii i krajobrazu. Są ucieleśnione, lokalne i relacyjne. I być może właśnie ta lekcja jest dziś najważniejsza.
Trzecia edycja Serbskiej Szkoły Ekopoetyki, zorganizowana na początku listopada w Belgradzie, poświęcona była refleksji nad energią – w wymiarze ekologicznym, kulturowym i psychicznym – oraz poszukiwaniu nowych języków opisu współczesnych kryzysów środowiskowych. Zajęcia na temat poezji i tekstów nurtu solarpunk (radykalnej, utopijnej formy twórczości, popularnej zwłaszcza w Afryce i Ameryce Łacińskiej, która zwraca się ku słońcu jako źródłu nadziei) prowadziły Julia Fiedorczuk i Minja Tomić.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.





















