Polscy uchodźcy wojenni w kopalniach Donbasu. Nieznana historia sprzed 85 lat

Jesienią 1939 r. wielu polskich obywateli przekracza granicę niemiecko-sowiecką, uciekając spod jednej okupacji pod drugą. Sądzą, że sowiecki porządek będzie lepszy. Niektórzy trafiają wkrótce do kopalń w Donieckim Zagłębiu Węglowym albo do tuneli budowanych pod dnem Dniepru.
Czyta się kilka minut
Szczęśliwe życie sowieckich górników – pocztówka z kadrem z filmu „Wielkie życie”, 1939 r. // Domena publiczna
Szczęśliwe życie sowieckich górników – pocztówka z kadrem z filmu „Wielkie życie”, 1939 r. // Domena publiczna

Jest 24 października 1939 r., gdy na dworcu kolejowym w mieście Stalino (dziś Donieck) tłumy witają pierwszy pociąg przybyły ze Lwowa. Na peronie stoją przedstawiciele lokalnych władz, górnicy-stachanowcy (tj. rekordziści w wydobyciu węgla), działacze państwowych związków zawodowych. Amatorska orkiestra dęta gra sowieckie marsze na wesołą nutę.

Potem na placu dworcowym odbywa się wiec. Mówca przekonuje, że „przeklęty kapitalizm” pozbawił przybyszów, „lwowskich bezrobotnych”, pracy i środków do życia. Ale górnicy z Donbasu nauczą ich, jak pracować w sposób socjalistyczny.

W następnych dniach sowieckie gazety będą pisać, że przybysze ze Lwowa kwaterują w doskonałych warunkach, że są zadowoleni oraz wdzięczni „partii komunistycznej i rządowi sowieckiemu za wyzwolenie ich z niewoli i wyzysku przez polską szlachtę, a także za zapewnienie im ludzkich warunków do życia i pracy”.

Uchodźcy z okupowanej przez Niemców części Polski chętnie jechali do Lwowa

Przyjazd tego pociągu jest konsekwencją wcześniejszych wydarzeń: 17 września Armia Czerwona atakuje Polskę, która od ponad dwóch tygodni odpiera już niemiecką inwazję, a 22 września sowieccy żołnierze zajmują Lwów. Wkrótce Stalin anektuje zajętą połowę II Rzeczypospolitej do Związku Sowieckiego.

W okupowanym mieście zjawiają się rekruterzy z Sojuzorgnaborstroju, państwowej instytucji zajmującej się pozyskiwaniem i dystrybucją siły roboczej. Agitują do pracy w kopalniach węgla w Donbasie. Przyjmują wszystkich, bez względu na zawód i nawet stan zdrowia. Sojuzorgnaborstroj otrzymuje od państwa 200 rubli (tyle kosztuje para butów) za każdego pozyskanego. Rekruterzy obiecują złote góry: przestronne mieszkania, wysokie pensje, doskonałe warunki pracy.

W rzeczywistości ludzie, których prasa w Donbasie nazywa „lwowskimi bezrobotnymi”, to nie mieszkańcy Lwowa. To uchodźcy z okupowanej przez Niemców części Polski. We Lwowie istotnie zarejestrowali się jako bezrobotni, by w jakikolwiek sposób zaistnieć formalnie wobec władzy okupacyjnej. To głównie Żydzi, ale także Polacy, Ukraińcy i Białorusini. W październiku 1939 r. we Lwowie zarejestrowanych jest ok. 60 tys. tych de facto uchodźców. Jest też wielu niezarejestrowanych. Dla 320-tysięcznego miasta to katastrofa humanitarna.

Keson do podziemnego tunelu na Budowie Specjalnej nr 1 w pobliżu Kijowa // Domena publiczna / Wikipedia

Na uchodźców przygotowuje się NKWD

Uchodźcy, którzy nie mają stałego miejsca zamieszkania i pracy, są gotowi na wiele, aby znaleźć dach nad głową i zarobić na życie. Nawet pojechać do odległego Donbasu, o którym nigdy wcześniej nie słyszeli.

Tymczasem w Donbasie trwają przygotowania do przyjęcia „bezrobotnych ze Lwowa”. Remontowane są hotele robotnicze, a w nich organizowane są „czerwone kąciki” – małe pokoje z portretami Lenina i Stalina, z literaturą (dziełami klasyków komunizmu), radiem i instrumentami muzycznymi.

Również NKWD się przygotowuje. Mikołaj Gorliński, zastępca ludowego komisarza spraw wewnętrznych Ukraińskiej Socjalistycznej Republiki Sowieckiej, wysyła do Donbasu dyrektywę z klauzulą „ściśle tajne”, w której żąda zastąpienia kierowników i personelu hoteli robotniczych „zaufanymi ludźmi”, czyli agentami. A ponieważ w kopalniach pracują głównie skazańcy lub osoby, które już odsiedziały swoje wyroki, nakazuje oczyścić kopalnie z „najbardziej okrutnego elementu przestępczego”. Pomniejsi przestępcy mogą pozostać.

Mikołaj Gorliński, zastępca ludowego komisarza spraw wewnętrznych Ukraińskiej SRS // Domena publiczna / Wikipedia

Urzędnik i lekarz trafiają do kopalni

Ci, którzy przybyli pociągiem 24 października, są rozmieszczeni w następujący sposób: 682 osoby trafiają do obwodu stalińskiego (dziś doniecki), a 418 do obwodu woroszyłowgradzkiego (dziś ługański). Będą pracować w 24 kopalniach, po 40-70 osób w każdej.

W praktyce okazuje się jednak, że na 1100 przywiezionych osób tylko pięć ma zawody górnicze. Reszta to pracownicy przemysłu lekkiego, urzędnicy, ludzie wolnych zawodów: rzeźbiarze, adwokaci, artyści, pisarze, lekarze itp. Zaszokowany zarząd kopalń nie wie, co z nimi zrobić. Do końca października ludzie siedzą bez pracy i bez dochodu. Potem stają się robotnikami fizycznymi, zarabiającymi marne grosze.

W 1939 r. na ekranach sowieckich kin pojawia się film fabularny o donieckich górnikach „Wielkie życie”. Filmowi górnicy są szczęśliwi, a jedyne, co ich martwi, to czy testy bardziej zaawansowanej metody wydobycia węgla zakończą się sukcesem. Film ogląda 19 mln widzów – zostaje kasowym hitem roku 1939.

Jednak przybysze ze Lwowa widzą inną rzeczywistość. Warunki w kopalniach są straszne. Sytuacja mieszkaniowa jeszcze gorsza. Np. w obwodzie stalińskim przygotowano miejsca dla 490 osób, a przyjechały 682. Ciasne pokoje w hotelach robotniczych są jeszcze zacieśniane.

Nie ma wystarczająco dużo miejsca dla rodzin z dziećmi. Trzy rodziny, po spędzeniu kilku dni pod gołym niebem, z desperacji okupują puste mieszkanie inżyniera. Właściciel, który tydzień później wraca z podróży służbowej, nie może wejść do domu. Wzywa milicję, która szturmuje mieszkanie, gdyż uchodźcy się w nim zabarykadowali. Zostają tymczasowo zakwaterowani w baraku bez ogrzewania – wkrótce chorują i trafiają do szpitala.

Górnicy widzą mękę przybyszów i nie kryją sceptycyzmu. „W Polsce oni byli bezrobotni przez osiem lat i żyli, ale tutaj nie przeżyją nawet ośmiu dni” – mówi Greczka, robotnik fizyczny. Serikow, urzędnik w kopalni, zgadza się z nim: „To dla nich dzicz! Wszystko jest drogie, a sklepy puste. Wkrótce się rozproszą”. Treść tej rozmowy, a także innych podobnych, trafia do NKWD. Rozmówcy, jako niezgadzający się z polityką partii, zostają skazani za „antysowiecką agitację” i zesłani do obozów pracy.

Niezadowolony uchodźca ryzykuje łagrem

„Lwowscy bezrobotni” zaczynają uciekać z Donbasu. Jest wśród nich niejaki Wasyl Litner, dla którego jest to już trzecia ucieczka. Po raz pierwszy uciekł z Wiednia w 1938 r., po zajęciu Austrii przez III Rzeszę, i osiadł w Krakowie. Po ataku Niemiec na Polskę uciekł z Krakowa do Lwowa. Nie mogąc jednak znaleźć pracy (jest księgowym), zaciąga się do pracy w Donbasie i zostaje monterem w kopalni nr 19 w obwodzie stalińskim.

Litner nie wytrzymuje ekstremalnych warunków pod ziemią i po czterech dniach w kopalni jest chory. Po wyzdrowieniu zostaje skierowany do kołchozu. Znów choruje, a w końcu w lutym 1940 r. ucieka z Donbasu do Lwowa.

Rozważa kolejną, czwartą ucieczkę – tym razem przed czerwonym reżimem. Dowiaduje się, że ci, którzy przybyli z okupowanej przez Niemców części Polski, mogą zapisać się na powrót. Postanawia wrócić do Krakowa. Ale to jest pułapka NKWD: wszyscy, którzy się zgłaszają, zostają aresztowani – jako niezadowoleni z władzy sowieckiej – i z wyrokiem pięciu lat zesłani do łagrów.

Praca w tunelach pod korytem Dniepru

Tymczasem w listopadzie 1939 r. kolejny pociąg wiezie grupę 1288 „lwowskich bezrobotnych” do Kijowa. Zostali zwerbowani do Budowy Specjalnej nr 1 na kijowskich przedmieściach. Wątpliwe, aby rekruterzy wyjaśnili im, że mają budować pod korytem Dniepru tunele kolejowe tak szerokie, że pociągi będą mogły jeździć w dwóch kierunkach, a samochody i czołgi poruszać się między torami. Oznacza to pracę na głębokości ponad 30 metrów. Ze względu na zagrożenie dla zdrowia dzień pracy pod ciśnieniem jednej atmosfery ma trwać 6 godzin, a pod ciśnieniem trzech atmosfer – tylko 40 minut.

Ale ciężka praca to tylko jedna strona medalu. Druga to warunki życia. Wspomniany zastępca komisarza ludowego Gorliński raportuje do Komitetu Centralnego Komunistycznej Partii Ukrainy: „Na niektórych dzielnicach hotele robotnicze nie są przygotowane i wyposażone, nie ma wystarczającej liczby łóżek, pościeli, ręczników, hotele robotnicze są zimne, brudne i zatłoczone. Posiłki na placówkach budowy są źle zorganizowane, w stołówkach tworzą się kolejki i dochodzi do bójek. Na placówce nr 9 miał miejsce przypadek, gdy robotnik upadł w pracy z powodu wyczerpania”.

Są też opóźnienia w wypłatach pensji. Na początku ludzie otrzymują zaliczkę w wysokości 50 rubli. Wystarcza to na przeżycie pięciu dni, podczas gdy pieniądze nie są wypłacane przez kolejnych 18 dni. Głodni przybysze są zmuszeni wyprzedawać swoje rzeczy.

Agenci NKWD raportują o nastrojach wśród uchodźców pracujących na Budowie nr 1.

„W Niemczech jest lepiej, a w Związku Sowieckim można umrzeć z głodu. Smalcu w Związku Sowieckim nigdy nie widziałem” – tak miał się wyrazić Ignacy Baj, który przybył tu wraz z rodziną z Warszawy.

„W Związku Sowieckim żyje się gorzej niż w Polsce. W Polsce zarabiałem 2 złote, z czego złotówkę zużywałem, a złotówkę zatrzymywałem dla siebie” – to Stanisław Romanowski z Krakowa.

Józef Szymański mówi, że będzie zbierał ludzi, którzy przyjechali z Zachodniej Ukrainy, i nielegalnie wyjedzie do Turcji, a następnie do Francji, by wstąpić tam do polskiej armii.

„Nie chcę tu mieszkać ani minuty dłużej – tak ma się wyrażać niejaki Bronisław Kowalik. – Pozwólcie mi wrócić do domu. Nie przyjmę obywatelstwa sowieckiego. W Związku Sowieckim nic nie ma – nawet ziemniaki sprzedają na ulicy w limitowanej kwocie, jak to w Azji. Niechby mi zapłacili 1000 rubli, nawet wtedy nie chcę tu być, pojadę do domu”.

„Nie podoba mi się tu i na pewno ucieknę do Niemiec” – to Aleksy Teśluk z Lublina.

„Chcę wszelkimi sposobami wyjechać do Niemiec i chcę zwrócić się w tej sprawie do konsula niemieckiego, a jeżeli on mi nie pomoże, to wyrwę się ze Związku Sowieckiego na własną rękę” – to Eustafiusz Artemliak z Lublina.

Mechanizujemy Donbas - plakat propagandowy z lat 30. XX wieku // Domena publiczna

Uchodźca bez pracy

Wśród uchodźców szybko rośnie liczba tych, którzy porzucają pracę w podziemnych tunelach. W związku z tym w grudniu 1939 r. w Kijowie utworzony zostaje specjalny urząd do ich zatrudniania.

Rano przed gabinetem szefa tego urzędu, nazwiskiem Litwinow, gromadzą się tłumy ludzi. Ten nie jest w stanie nic załatwić. Człowiek najwyraźniej chamski, uderza pięścią w stół i krzyczy: „Jeśli państwu się tu nie podoba, możecie wracać tam, skąd przyjechaliście”. Tylko jak to zrobić?

Bez pracy i bez domu, uchodźcy śpią na ulicach, głodują. Na kijowskim dworcu kolejowym co noc śpi ok. 200 osób. Jest wśród nich wykwalifikowany tkacz z Łodzi z żoną i dwójką dzieci (młodsze ma trzy miesiące). Inny tkacz-mechanik rozładowuje drewno i zarabia 140-150 rubli miesięcznie, z czego 120 idzie na czynsz. Ucieka na kijowski dworzec, gdzie wegetuje, żebrząc o jedzenie. Szewc, również nocujący na dworcu, mówi: „Przyjechałem do Związku Sowieckiego jako do szczęśliwego kraju, do kraju słońca, a okazało się, że nie mam pracy i głoduję”.

Praca i niewolnictwo to pojęcia płynne

3 lipca 1940 r. wicekomisarz Gorliński traci cierpliwość i wydaje dyrektywę: „W ostatnich miesiącach w Kijowie nastąpiła duża koncentracja byłych bezrobotnych i uchodźców powracających do zachodnich regionów, którzy wcześniej byli rekrutowani do pracy w zakładach przemysłowych”. Nakazuje wstrzymanie wydawania przepustek na podróż do Lwowa i innych miast pod sowiecką okupacją. Bez takiej przepustki uchodźcy nie mogą kupić biletu kolejowego.

Ponadto Gorliński nakazuje stosowanie wobec uciekinierów przepisów rozporządzenia Prezydium Rady Najwyższej Związku Sowieckiego z 26 czerwca 1940 r. Zabrania ono „samowolnego opuszczania przez robotników i pracowników państwowych, spółdzielczych i publicznych przedsiębiorstw i instytucji”. Taki ujęty uciekinier ma trafić do więzienia na okres do czterech miesięcy, po czym ma być zmuszony do powrotu do swojego miejsca pracy.

W ten sposób polscy uchodźcy stają się niewolnikami – własnością przedsiębiorstwa, w którym są zatrudnieni. W Związku Sowieckim praca nie jest prawem, lecz przymusem.

***

Paradoks historii: po tym, jak w czerwcu 1941 r. III Rzesza atakuje Związek Sowiecki, ci uchodźcy, którzy nie ulegli apelom Sojuzorgnaborstroju i pozostali we Lwowie, w większości zginęli. Głównie dotyczy to polskich Żydzów. Ci zaś, którzy zgodzili się pracować w kopalniach Donbasu lub w kijowskich tunelach, w większości zdołali ewakuować się na wschód – i przeżyli.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

Ilustracja na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 46/2024

W druku ukazał się pod tytułem: Ze Lwowa do Donbasu