Jedna przesiadka. Tyle dzieli Polskę od poznaczonego odłamkami dworca kolejowego w Chersoniu. Cztery kilometry zaś dzielą dworzec od Dniepru, którego drugi brzeg jest w rękach Rosjan.
Ta odległość zdaje się nie robić już wrażenia na mieszkańcach. Przetrwali okupację, potem powódź po wysadzeniu przez Rosjan tamy na rzece. Działa kilka bazarów, poczta, kwiaciarnie, markety. Jest teatr. Choć nad ulicami co jakiś czas rozlega się huk eksplozji lub pisk drona, porusza się nimi sporo aut i pieszych – popatrujących w niebo i pod nogi.
Swietłana z dziećmi wraca do Chersonia
Pociąg Lwów–Chersoń jest pustawy, choć nie towarzyszy temu nerwowa cisza. Jedną z wnęk bezprzedziałowego wagonu zajęły dwie kobiety z małymi dziećmi. Łatwiej byłoby upilnować garść pcheł niż tę trójkę, wyjątkowo energiczną i całkiem wesołą, że wreszcie wracają do domu. Do Chersonia.
– Kiedyś pociągi wyjeżdżające z miasta były pełne. Ewakuacyjne – mówi Swietłana, jedna z matek. Zaciąga się papierosem, trzymanym w palcach z paznokciami pomalowanymi w panterkowy rzucik. – To było tuż po tym, jak nasi odbili Chersoń. Myśmy nigdy nie wyjeżdżali. Teraz z dziećmi odwiedzałam koleżankę w Tarnopolu. Jak tam ponuro, jak leje. Ale faktycznie, zwykle mają cicho.
– Okupację przeżyliśmy, choć było dziko – kwituje temat krótko. A powódź? – Woda nie doszła do nas, dzięki Bogu. W Chersoniu zalało głównie centrum i dzielnicę na wyspie. Wielu początkowo wyjechało. Ale wracali, gdy okazało się, że opuszczone domy rozkradają szabrownicy. Miejscowi, sąsiedzi. Służby z tym walczą, ale ludzie wolą pilnować swojego.
Swietłana nie planuje wyjazdu, póki co. – Nie jest przecież gorzej, niż było. Choć ostatni miesiąc dał się nam we znaki.
Wojna dronów i miny motylkowe
Ostatni miesiąc wielu nazywa najgorszym – nawet w porównaniu z tym, co działo się po powodzi. Rosjanie zostali, owszem, wyparci pod koniec 2022 r., ale niedaleko. Za Dniepr, wzdłuż którego front ciągnie się aż pod Zaporoże, prawie 300 km.
To sprawia, że Chersoń jest w polu rażenia wszystkiego, co Rosja ma w arsenale. Od moździerzy po drony FPV. Droższych środków nie warto przeznaczać, skoro zwykły dron doleci tu do dworca. Gwałtowna intensyfikacja ich użycia sprawia, że listopad 2025 r. zapamiętany będzie jako początek kolejnego fatalnego rozdziału w życiu miasta.

Trwa więc rozwieszanie siatek nad ulicami. To choć trochę chroni je przed dronami. Zwłaszcza tymi sterowanymi światłowodem, których nie zagłuszą systemy walki radioelektronicznej. A także tymi, które rozrzucają „lipestoczki”: miny, zwane motylkowymi. Nieduże, mogą uszkodzić auto lub ranić przechodnia, który nie patrzy pod nogi.
Plac przed okazałym budynkiem rady miejskiej – jego zdjęcia obiegły świat, gdy w listopadzie 2022 r. wyległy nań tłumy świętujące wyzwolenie – jest pusty. Kilka miesięcy temu budynek rady zniszczyła bomba lotnicza. Lepiej tu się nie kręcić, to otwarta przestrzeń.
– Nieraz wracaliśmy z ewakuacji na feldze, mina rozerwała oponę. Tyle tego dziadostwa leży. Czasem dziecko na rowerze wjedzie, czasem ktoś wdepnie – opowiada Rościsław, który jest wolontariuszem miejscowej organizacji Silni Bo Wolni. Brodacz z tatuażami na dłoniach i doświadczeniem wypisanym na twarzy.
Na spotkanie przychodzi z Igorem. Na stoliku, obok kubków z kawą, kładą sensor zwany „czujką”: pozwala przechwytywać obraz z dronów latających w pobliżu. Półgodzinną rozmowę przed kawiarnią trzykrotnie zakłócają strzały. Ktoś pewnie próbuje strącić drona.
Rościsław: – Jesteśmy dla Rosjan poligonem. Na cywilach z Chersonia trenują się w użyciu dronów. Nazywają to „chersońskim safari”. Zabili nam onkologa Tereljuka, a takich specjalistów można liczyć na palcach. Zabili babcię, co szła ze stadem kóz. Inną załatwili w jej ogrodzie, dron zawisł nad nią i zrzucił granat.
Chersońska samopomoc
Ewakuacja ludzi i zwierząt z miejsc najbliżej rzeki, najbardziej śmiertelnych, to domena oddolnych organizacji. Wolontariusze wydają też pomoc humanitarną, prowadzą podziemną świetlicę dla dzieci. Oferują pomoc jako „taksówka socjalna” dla mieszkańców – przeważnie starszych, gdy muszą dostać się np. do szpitala. Finansują się ze zbiórek, także zagranicznych.
Rościsław i Igor byli tu w czasie okupacji. – Prowadziliśmy punkty wydawania żywności. Aby ludzie nie uciekali się do kradzieży, staraliśmy się zapewnić im jedzenie. Jakąkolwiek pomoc, mogącą zmniejszyć skalę szabrownictwa.
Rościsław: – Okupacja była czasem, gdy pieniądze przestały grać rolę. Wymienialiśmy się, co kto miał. Dzięki samoorganizacji staraliśmy się przetrwać. Miasto trzymało się na samopomocy. Robiliśmy wszystko, by ludzie nie szli do Rosjan.
– Trzy razy mieliśmy nalot. Wiedzieli, że karmimy ludzi. Proponowali, że dostarczą pomoc. Ale wtedy trzeba by mówić, że to od nich. Rozdawać jedzenie pod rosyjską flagą. Chowaliśmy się. I tak jeden chłopak od nas trafił do piwnicy.
Piwnica, pidwał. To synonim rosyjskiej katowni.
Rościsław: – Ciała leżały na ulicy. Gdzie kogoś zabili, tam miał leżeć. Człowiek mógł zginąć z byle powodu. Lub zniknąć. Dziewczyna czekała na przystanku, podjechała terenówka, wciągnęli ją, ślad zaginął.
Wielu poszło na kolaborację. – Chcieli się dostosować. Różne rzeczy robili. Uciekli potem wraz z Rosjanami, jak ci się wycofywali. Dużo znajomych – gorzko dodaje Igor. – A byli też tacy, którzy całowali Rosjan, gdy weszli do miasta, a potem tak samo witali Ukraińców. Okupacja podzieliła ludzi. Choć wielu też zjednoczyła, mocniej niż cokolwiek innego.
Rościsław jedzie na ewakuację
Następnego dnia Rościsław szykuje się do wyjazdu na ewakuację. Wciąga kamizelkę. Obserwuje Maksa, który na dachu opancerzonego auta naprawia anteny mobilnej zagłuszarki – niezbędnego wyposażenia samochodów poruszających się w strefie nad rzeką, gdzie gęsto od dronów.

Razem pojadą do wioski po staruszkę, która chce się ewakuować wraz z czwórką kotów. Do auta ładują więc także cztery plastikowe transportery dla zwierzaków.
Rutynowy wyjazd, „ewak”. Choć niejeden z tych rutynowych na oczach Rościsława zamieniał się w koszmar. – Kiedyś przyjechałem pod podany adres i zastałem trupy. Leżeli na ulicy przed domem. Jeden z oderwaną głową, drugi jak poćwiartowany. Czasem dron człowieka rozrywa na kilka części.
Zwykle ewakuacyjna „zajawka” dotyczy żywych. Ale ciałami też ktoś musi się zająć.
Nauczycielka Julia prowadzi świetlicę w podziemiach
Osiedlowe gołębie kłębią się wśród rozsypanych okruchów. W Chersoniu najwyraźniej nikt nie jest zostawiony samemu sobie: człowiek, kot czy gołąb. – Podano śniadanie – komentuje z uśmiechem Wika.
Tleniona blondynka w średnim wieku, na co dzień siedzi nad stertą papierów w siedzibie organizacji Silni Bo Wolni. Do niej mieszkańcy zgłaszają się po pomoc. Tutaj też, w dzielnicach położonych dalej od centrum, życie nieco odważniej wyziera z piwnic i zza płyt paździerzowych zasłaniających okna.

Przyziemie nieopodal mieści świetlicę, gdzie prowadzone są zajęcia dla dzieci. Salka, choć bez okien, przypomina zwykłą szkolną klasę. Grupa kilkulatków zajęta jest rysowaniem. Wszystko pod okiem Julii, młodej nauczycielki.
– Zajęcia szkolne odbywają się od kilku lat wyłącznie online, to zrozumiałe. Utrudnia to jednak rozwój i socjalizację dzieci, a to ważne w tak trudnym czasie. Staramy się zapewnić im różne zajęcia, od plastycznych po sportowe, żeby jakoś zrzucić wojenny stres. Żeby nie traciły zainteresowania otoczeniem, mogły nawiązywać przyjaźnie – opowiada Julia.
Są tu psycholog i logopeda. Julia: – Dzieci wiedzą, co to wojna. Tak jak dorośli, przywykają do niej. Ale nie zawsze wprost wyrażają swoje niepokoje, raczej zamykają się w sobie lub przestają reagować na stresory. Wtedy niezbędny jest specjalista.
Olga wspomina czas rosyjskiej okupacji Chersonia
W innej suterenie działa rodzinny ośrodek rehabilitacji dzieci z niepełnosprawnościami. Po Oldze, która kieruje organizacją Centrum Sofia, na pierwszy rzut oka nie widać tego wszystkiego, co spotkało jej podopiecznych. Energiczna, umiejąca podnieść głos, odrywa się od pakowania mikołajowych prezentów.
Olga: – Pod okupacją taka działalność jak nasza była zabroniona. Ale jak moglibyśmy jej zaprzestać? Pod naszą opieką jest 56 rodzin z dziećmi z niepełnosprawnościami, zwłaszcza wtedy potrzebowały pomocy. One nie miały jak stąd uciekać.

– Do obecnej rzeczywistości da się przywyknąć – ocenia. – Przetrwaliśmy okupację i od tego czasu spotkało nas wiele złego, ale nic gorszego niż wtedy. Okupacja to był czas, gdy żyliśmy w strachu. Kładłaś się spać z tym uczuciem, towarzyszyło ci wszędzie, na ulicy czy we własnym domu. Strach i bezprawie. Mogli z tobą zrobić, co chcieli.
– W tamtym czasie moja córka miała 17 lat. Robiliśmy z niej dwunastolatkę: włosy zaplecione w warkoczyki, pod oczami narysowane siniaki. Ubieraliśmy jak żebraczkę, żeby nikt nie zwrócił na nią uwagi. Nie daj Bóg.
Jedyne, czego za okupacji nie brakowało, to alkohol
Olga wspomina: – Naszych właściwych telefonów używaliśmy tylko wieczorem, mieliśmy je schowane w domu. Gdyby ktoś się do nich dostał, zobaczył proukraińską treść, jakieś zdjęcie... Nie daj Bóg. Niedawno znalazłam mój drugi telefon, którego używałam za okupacji. W galerii same kwiatki i kotki. Bo bywało tak, że na ulicy Rosjanin wycelował automat, kazał otworzyć torebkę, odblokować telefon. Jak ktoś twierdził, że nie ma telefonu, mógł trafić na pidwał.
– Ceny jedzenia były absurdalnie wysokie, a ludzie w większości przecież nie zarabiali jak przed wojną. Trzeba było się dostosować, jakoś handlować. Matka jednego z rówieśników mojego syna sprzedawała na bazarze ziarno na paszę dla kur. Przyjeżdżaliśmy do niej po to ziarno, nieoczyszczone, ale jedyne, jakie było, i mieliliśmy na kaszę dla dzieci.
– Jedyne, czego za okupacji nie brakowało, to alkohol. Rosjanie spijali społeczeństwo, alkohol dostępny był na każdym kroku i w takich ilościach, jakich nie widziałam nigdy.
– Dla nas największym problemem była niedostępność leków, niezbędnych dla dzieci z rodzin z naszej organizacji. Na cukrzycę, padaczkę.
Dlaczego nie opuszczają Chersonia?
Przed 24 lutego 2022 r. Chersoń miał ponad ćwierć miliona mieszkańców. Dziś żyje tu ok. 60 tysięcy, w tym 4 tysiące dzieci.
Dzień przed rozmową z Olgą rosyjski ostrzał zabił 6-letnią dziewczynkę. W komentarzach pod tą informacją, poza słowami współczucia dla rodziców i nienawiści do Rosjan, standardowo pojawia się oburzenie – wobec rodzin z dziećmi, które decydują się zostać.
Olga i inne matki z Centrum Sofia (to głównie matki, często samotne) też spotykały się z zarzutami o nieodpowiedzialność.
– Jakiś czas temu byłyśmy z podopiecznymi w zachodniej Ukrainie na rehabilitacji. Gdy czekałyśmy na dworcu na pociąg powrotny, na widok dzieci na wózkach inwalidzkich ktoś podszedł z pytaniem: do Chersonia wracacie, po co? Wówczas odpowiadam krótko: poproszę o wasz adres, przyjedziemy. Bo my nie mamy dokąd jechać. Z niepełnosprawnymi dziećmi to wymagałoby pieniędzy, tych nie mamy.
Podczas powodzi w czerwcu 2023 r. dom Olgi został zalany. – Ludzie, których stać było na wyjazd, przysłali mi klucze do swojego mieszkania. Podobnie przeniosło się wiele znajomych rodzin z tzw. czerwonej strefy, z dzielnic nad Dnieprem.
Dzieci i ich rodzice skupieni w Centrum Sofia otrzymali w przeszłości pomoc także od czytelników „Tygodnika”.
Codzienność mieszkańców Chersonia
Chersoń żyje, choć te oznaki życia czasem ucinają się gwałtownie. W mieście, gdzie do pozycji Rosjan jest tak blisko, każde sto metrów ma znaczenie. Gdzie przecznicę dalej od ulicy, po której kręcą się przechodnie, tylko hula wiatr, przegania zeschłe liście po asfalcie. Gdzie babuszka wkłada kamizelkę kuloodporną, idąc na bazar.
Gdzie działa hotel, jakby przeniesiony z Budapesztu czy Wrocławia, ale okna trzeba zasłaniać kotarą, by nie wydostawała się ani odrobina światła świadczącego, że ktoś tu żyje. I gdzie na windzie wisi kartka, by w trakcie ostrzału korzystać ze schodów.
Bo ostrzał zza rzeki pojawia się zawsze nagle. Przerywa rozmowę lub zakupy. Sprawia, że ci, którzy byli w ukryciu, mogą odetchnąć. A ci, co byli na powierzchni, gdy dźwigną się już z ziemi, sięgną po turnikiet, taktyczną opaskę uciskową.
Turnikiet to standardowe wyposażenie każdego żołnierza. W Chersoniu wielu mieszkańców nosi go stale ze sobą – w plecaczku, w kobiecej torebce.
Huk eksplozji. Ktoś w pobliżu oberwał odłamkiem artyleryjskim. – Ot, to właśnie Chersoń – powie mężczyzna w średnim wieku, gdy skończy zaciskać turnikiet na nodze rannego. Opuszki jego palców lśnią na czerwono, w tętniczym odcieniu.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















