W zachodniej części wolnego obwodu donieckiego wszystkie drogi zdają się prowadzić do Batyckich. Zadbane przystanki opatrzone cytatami poetów, przydrożne miejsca pamięci, krzyże i głazy opowiadające lokalną historię. Wreszcie znak oznajmiający wjazd do chutoru Łymań, okazały i z figurami dwóch postaci w ludowych strojach, trzymających bochen chleba oraz propor z powitaniem.
Od dziesięcioleci okolica zamieszkana jest przez potomków polskich zesłańców. Juriwka, Kamianka, Serhijiwka, Hryszyne, Łymań. W ostatniej z tych miejscowości, w nietypowym, bo dwupiętrowym domu z flagą niebiesko-żółtą i czarno-czerwoną, mieszka Wiktor Batycki z żoną Niną. Prezes oraz jego zastępczyni w organizacji obywatelskiej Dobropolski Związek Kultury Polskiej „Rodzina”.
Polski herb
Batycki, choć dobiega siedemdziesiątki, jest wyjątkowo żywotny. Z wąsem, w kowbojskim kapeluszu, od lat jest lokalnym działaczem, choć teraz, w obliczu frontu ledwie kilkanaście kilometrów stąd, wszystko zamiera.
– Po wojnie skończymy budowę kaplicy. Jak już to wszystko się skończy – zamyśla się, wskazując niedokończoną bryłę, gdy wychodzimy z niewielkiego cmentarza, gdzie pochowani są jego przodkowie. Na granitowym nagrobku ojca, Mykoły Andrijowycza, wygrawerowany jest polski herb Nałęcz (jeden z najstarszych), którym posługiwali się m.in. Batyccy.
Gdy głowa siwieje
– Ojciec wiedział, że ma polskie korzenie, jakoś to czuł. Czytał sporo książek historycznych, ale o Kozakach. A z kim walczyli Kozacy? Z Polakami – uśmiecha się z przekąsem Batycki. – Sympatia ojca zawsze była po kozackiej stronie. Poza tym nie mówiło się wiele o naszej własnej historii. Człowiek zaczyna się nią interesować, kiedy mu głowa siwieje. Więc wieczorami siadywałem, od 1990 roku, kiedy zacząłem zajmować się krajoznawstwem, i spisywałem historię okolicznych miejscowości. Założyłem obywatelską organizację kultury polskiej i z jej ramienia zaczęliśmy organizować festiwal „Polska Jesień na ziemiach Dobropola”.
Stworzenie organizacji zaczęło się od znajomości z mniejszością polską zamieszkującą okolicę Doniecka. Początkowo byliśmy filią tamtejszego Towarzystwa Kultury Polskiej, organizującego wyjazdy krajoznawcze do Polski i pomagającego ludziom o polskich korzeniach w staraniach o Kartę Polaka.
Ataman
Poza piastowaną funkcją prezesa, Batycki od lat jest dyrektorem kołchozu im. Tarasa Szewczenki w Juriwce oraz Muzeum Historii tamże, atamanem lokalnego ośrodka Nowogrodzkiego Pułku Kozactwa Rejestrowanego i cerkiewnym starostą, przez lata wybieranym do donieckiej rady obwodowej. Długo by jeszcze wymieniać. To dzięki jego staraniom okolica przez długi czas pełna była aktywizujących lokalną społeczność inicjatyw, rozwijanych z pomocą żony.
Nina Batycka z domu Romaniuk ma pochodzenie polsko-rosyjskie, rodzinnie związana jest i z Syberią, i z Kamieńcem Podolskim. Po ukończeniu Charkowskiego Uniwersytetu Pedagogicznego została skierowana do rejonu dobropolskiego jako nauczycielka rosyjskiego.

Cztery wieki wstecz
W swojej książce „Historia Polaków na ziemiach Dobropola i Pokrowska” Batycki wspomina, że pierwsze wzmianki o polskim osadnictwie w powiecie bachmuckim sięgają XVII wieku. Carski dekret z 1752 roku na długi czas zabronił Polakom osiedlać się na terenach dzisiejszej południowej Ukrainy. Jednak już 25 lat później dowódca serbskiego pułku husarskiego Żandr miał wywieźć z Polski około 40 szlacheckich rodzin, które osiedlono w powiecie bachmuckim.
Wedle cytowanej przez Batyckiego encyklopedii Brockhausa i Efrona Polacy w różnych okresach osiedlali się tam oraz w powiecie oleksandrowskim, zaś wysiedleńcy z polskiej Ukrainy – w powiecie katerynosławskim (dziś to tereny miasta Dniepr, kiedyś noszącego nazwę Jekaterynosław).
Świat ciemny
Część z nich pojawiała się w regionie dobrowolnie, w latach 1822-1824, przeważnie byli to chłopi. Za czasów carycy Katarzyny zsyłano tutaj jeńców wojennych. Zaś Ukraińcy polskiego pochodzenia żyjący do dziś na terenie nazywanym Donbasem to w głównej mierze potomkowie przesiedleńców z lat 1830-1831 oraz 1863-1864. Skazanych i zesłanych za „udział w rozruchach”, jak określane były powstania listopadowe i styczniowe, mające miejsce w tamtych latach.
Zdarzało się, że zesłaniem karano za „znajomość osób przynależących do buntowników i niedoniesienie o tym przełożonym”. W większości przypadków o karze nie decydował sąd, ale cywilni i wojskowi gubernatorzy, którzy uznali pobyt danych osób w ich guberniach za niepożądany. Według wspomnień mieszkającej tu Anastazji Petriwny Piwowarowej, powtarzającej opowieści swojej babci, „zsyłano nie od razu. Ludzie czekali po dwa-trzy miesiące, siedzieli na walizach, bo mogło się zdarzyć, że wyjazd będzie w nocy. A kiedy wyjeżdżali, taki podnosił się krzyk i płacz, że psy zaczynały wyć. Pomimo że dzień był słoneczny, we wsi stawało się jakby ciemno – po prostu świat biały stawał się światem ciemnym”.
Kawałek wsi nazwany Polską
Dziś pisze się kolejny rozdział w historii nie tylko całego regionu, ale też pojedynczych miejscowości, dróg i skrawków ziemi. W czasie masowych przesiedleń po powstaniu styczniowym dawny trakt katerynosławski, mający kilkusetletnią historię i należący do wielkiego etapowego szlaku Katerynosław – Bachmut – Taganrog – Rostów, przyjął nową nazwę: pawłogradzka droga etapowa, bowiem przez te lata drugą rolą traktatu było etapowanie jeńców do miejsc odbywania kary.
Dzisiaj droga nazywana szosą doniecką to jedna z kluczowych tras dla wojskowej logistyki w kurczącej się części Donbasu kontrolowanego przez Ukrainę. Wówczas zaś, wedle wspomnień przywoływanych przez Batyckiego, nie zawsze udawało się wykonać rozkazy zgodnie z etapowym porządkiem w związku z warunkami pogodowymi, brakiem konwoju etc. Miejscowi opowiadali, że wśród polskich zesłańców przejeżdżających przez wieś Hryszyne było wielu chorych i osłabionych. Konwojenci decydowali o pozostawianiu ich we wsi, aby tam się osiedlili.
Ulicę, przy której zamieszkali nowi osadnicy, nazywano „polaczyną”, a fragment wsi – Polską. Nazwa ta zachowała się po dziś dzień, choć oficjalnie ulica nosi imię Siemiona Czeluskina. Teraz opustoszałe Hryszyne znajduje się około siedmiu kilometrów od frontu. Nad drogą ze wsi do zakrętu prowadzącego na Pokrowsk wisi siatka chroniąca przed rosyjskimi dronami.
Polak-skrzypek
Jako ostatnie miejsce, gdzie trafili zesłani uczestnicy powstania styczniowego z rodzinami, wymieniana jest Serhijiwka, dzisiaj przyfrontowa miejscowość oddalona o kilkanaście kilometrów od chutoru Łymań, również posiadająca fragment nazywany Polską. Ulica, przy której żyją potomkowie Batyckich, Perejasłowskich, Sokołowskich, Sernyckich i Obołońskich, nosi dziś imię ich krajana, Petra Samojłowycza Rokotianskiego, uczestnika trzech wojen i członka komitetu rewolucyjnego we włości serhijiwskiej.
I także tutaj pielęgnowano wspomnienia o polskich korzeniach. Cytowana przez Batyckiego Natalia Semeniuk, nauczycielka z serhijiwskiej szkoły, przywołuje wspomnienia zasłyszane w dzieciństwie od swojej leżącej na zapiecku babci Marii. O tym, że dziadek Paweł Ołyński urodził się gdzieś pod Warszawą, skąd razem z rodzicami został zesłany na wschód, że „był utalentowanym skrzypkiem, a żadne wesele, żadna zabawa we wsi nie obeszła się bez »Polaka-skrzypka«” – jak nazywali dziadka Ukraińcy. Grał na skrzypcach i mandolinie. Do końca swojego życia modlił się »po swojemu«, jak mówili we wsi.
Dziadek był katolikiem, chodził do kościoła na stacji Hryszyne. Był mocnej budowy, dumnego, a nawet trudnego charakteru. Przed śmiercią wyszedł na próg, przeżegnał się nie na wschód, jak należy prawosławnym, a na zachód – w stronę swojej ojczyzny, wypił czarkę i cicho odszedł w niebyt”.
Rozkułaczenie
Deportacje na wschód nie były ostatnim aktem represji wymierzonym w polską mniejszość.
Już w 1918 roku (w roku wybuchu wojny polsko-ukraińskiej) kierownictwo Ukraińskiej Republiki Ludowej w rezolucji Komisariatu do spraw polskich przy Ludowym Sekretariacie Spraw Międzynarodowościowych Ukrainy zawiadomiło o braku zaufania do działalności organizacji i osób narodowości polskiej. Powstanie zaś ZSRR oznaczało tylko wzmożenie represji, nie tylko wobec mniejszości, ale całego radzieckiego narodu.
Okres Hołodomoru, a następnie Wielkiego Terroru, odcisnął głębokie piętno na całym terenie dzisiejszej Ukrainy, nie omijając Polaków. Pierwsze grupy polskiej ludności zaczęto przymusowo wysiedlać jeszcze przed II wojną światową. Decyzją politbiura z 1930 roku zdecydowano o „rozkułaczeniu” polskich elementów kontrrewolucyjnych z Ukrainy i Białorusi. Mieszkańcy Serhijiwki, wedle przywoływanych przez Batyckiego wspomnień Anastazji Petriwny Piwowarowej, zostali zesłani na Ural.
Wielki Terror
Ogółem na ziemiach donieckich represjom poddano 76 Polaków w latach 1929-1933. Jeszcze zanim przyszedł „Trzydziesty siódmy”, jak ludzie nazywają stalinowski Wielki Terror. Wówczas łącznie aresztowanych zostało ponad 10 proc całej polskiej ludności żyjącej w Ukrainie. Naczelnik NKWD Jeżow podkreślał, że „z tą publiką nie potrzeba ceremonii. Trzeba tylko dowieść, że wszyscy Polacy to szpiedzy i dywersanci”.
Okrucieństwo tamtego okresu, wymierzone w ludzi tylko ze względu na ich narodowość, często prowadziło do decyzji, jaką była jej zmiana. Dobrowolnie lub pod urzędniczym przymusem zmieniano nazwiska, a znane były też przypadki rodziców, którzy w dokumentach swoich dzieci wpisywali: Rosjanin lub Ukrainiec.
Kaplica
Praca nad skrupulatnym opisaniem polskich dziejów w regionie zaczęła się od uzyskania dostępu do donieckiego archiwum państwowego. Dzięki temu Batyckiemu udało się narysować drzewo genealogiczne swojego rodu. A jak udowodnić polskość przodków? Wspomnieniami i wiarą rzymskokatolicką, mówi. Pytam w takim razie o najbliższy kościół.
– Kościoła z prawdziwego zdarzenia nie było tu nigdy, tylko rzymskokatolicka kaplica w Pokrowsku, kiedyś zwanym Hryszyne, jak do teraz nazywa się wieś znajdująca się obok. Zawsze byłem kategorycznie przeciwny odbieraniu mu historycznej nazwy – Batycki pokazuje zdjęcie niepozornego budynku.
Dziś w miejscu kaplicy znajduje się wytwórnia spożywcza. Nieczynna, jak dzisiaj prawie wszystko w zniszczonym ostrzałami i częściowo oblężonym przez Rosjan mieście. – Moja mama tam pracowała, Lidia Iwaniwna z domu Oniszczenko. I wspominała, że zawsze tak mówiło się o tym miejscu: kościół. Co tam w kościele? Do kościoła idę. Przedtem, zanim wybudowano kaplicę pod koniec XIX wieku, parafianie uczęszczali do kościoła w Bachmucie.
Fedor, nie Franciszek
Z czasem Polacy byli zmuszeni zmienić obrządek z katolickiego na prawosławny. Trzeba było pojechać aż do Katerynosławia lub Bachmutu, żeby się przechrzcić. Przy chrzcie zmieniano im też imiona – Jan stawał się Iwanem, a Franciszek – Fedorem. Batycki, obecnie również będący wyznania prawosławnego, wspomina swoich pradziadów, którzy byli ostatnim katolickim pokoleniem.
Według odnalezionych przez niego dokumentów z donieckiego archiwum i zachowanych w nim zapisów z serhiijwskiej cerkwi Świętej Trójcy, pierwsza wzmianka o potomku Polaków wyznania prawosławnego datowana jest na 1867 rok. Co oznacza, że Polacy byli zmuszeni do zmiany obrządku, aby w ogóle móc ochrzcić swoje dzieci. Dziś niewielka lokalna społeczność, choć prawosławna, wyróżnia się na tle reszty obwodu, mimo trwającej wojny wciąż zdominowanego przez rosyjski Patriarchat.

Cerkiew
– Jak będziecie chodzić do cerkwi, to zabiorę się za jej odrestaurowanie – powiedział kiedyś Batycki dwudziestu sześciu parafianom w Juriwce. I tak też zrobił, zostając cerkiewnym starostą. Cerkiew przyjęła imię Agapita Peczerskiego, świętego mnicha. Uważany za pierwszego lekarza na Rusi Kijowskiej, znany był z leczenia wodą, do której dodawał zioła. Stąd też mówi się, żeby do cerkwi w Juriwce brać ze sobą wodę, która ma nabrać cudownych właściwości.
Świątynia, podległa niepopularnemu we wschodniej Ukrainie i w związku z tym pozbawionego większych środków i wpływów Patriarchatowi Kijowskiemu, powstała na początku stulecia w budynku dawnej szkoły parafialnej. Jej kształt wciąż jest rozpoznawalny, choć z nadbudowaną niewielką kopułą i nawą, a także nietypowymi, wąskimi słupami zwieńczonymi krzyżami. Zresztą na tym nie kończy się jej nietypowość, bowiem w całości cerkiew została udekorowana elementami z recyklingu.
Ramki z płyt CD
Kolumny przed wejściem – a także te tworzące stojący naprzeciwko pomnik ku pamięci Polaków deportowanych i represjonowanych na przełomie XIX i XX wieku – to porcelanowe słupy wysokiego napięcia, które Batycki odkupił za parę kopiejek sztuka. Okrągłe okienko nad drzwiami do cerkwi otoczone jest wianuszkiem z butelkowych denek, nad którymi umieszczono zabraną z nieczynnej szkoły dekorację z drewnianymi tulipanami. Na dachu oraz przed wejściem wmontowano elementy kombajnu, a kolorowe trybiki imitujące kwiaty sterczą pod cerkiewną kopułą.
We wnętrzu, gęstym od dekoracji i niepodobnym do żadnej innej cerkwi, ramki niektórych ikon wykonane są z błyszczących płyt CD, ściany wyłożono gipsowymi listwami dekoracyjnymi, które Batyckiemu udało się zdobyć za bezcen, jak zresztą niemal wszystkie elementy pomysłowego wystroju. Najwięcej uwagi przyciągają jednak wizerunki czterech ewangelistów w każdym z kątów prezbiterium – przez artystę z Oleksandrii, Oleksandra Ochapkina, namalowani zostali w strojach stylizowanych na tradycyjne ukraińskie.
Zapach stepu
Najcenniejsze stare ikony ewakuowano do Truskawca. Marina, córka Batyckich, która na szkle malowała kilka cerkiewnych dekoracji, wyjechała pod Warszawę. Wyjechali Sokołowscy, wyjechali Burchoweccy, Batyccy nigdzie na razie się nie ruszają.
Część budynków kołchozu spokojnie niszczeje po kilkukrotnym ostrzale, a spod Kamianki została ewakuowana do dnieprowskiego muzeum etnograficznego połowiecka baba – kamienna figura, jakich wiele postawiło w stepie ponad tysiąc lat temu koczownicze plemię. Figura, otoczona flagami Ukrainy i Polski oraz kłosami z kiścią kaliny, widniała w logo festiwalu „Polska jesień w Dobropolskim kraju”.
I tylko ten step pachnie jak oszalały, a w nocy rozbrzmiewa piskiem świerszczy.
Współpraca: Jonasz Chlebowski
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















