Wracają do dziś

Mówiła synom, że na gołębiach się nie zna, ale zna się na nich. A to tak jakby to samo.
Czyta się kilka minut
 / Fot. Jakub Cholewka
/ Fot. Jakub Cholewka

Ksiądz był w połowie kazania, kiedy Heniek zobaczył na niebie wracające gołębie. Wychodzić z niedzielnej sumy, nawet jeśli stoi się na placu przed kościołem, nie wypada. Wiedział o tym. Spojrzał jeszcze raz w niebo, potem na wieżę kościelną, znowu w niebo – i ruszył do domu.

Pierwszy gołąb, którego zauważyli, przyleciał do Ernesta. Dostrzegli go od razu, bo dom Ernesta jest obok kościoła. Każdy z hodowców myślał o swoich od rana, ale tak wcześnie żaden z nich ptaków się nie spodziewał.

Wypuszczone ze Świnoujścia o piątej rano, miały być w Górze – miejscowości na Śląsku, nieco ponad czterdzieści kilometrów na południe od Katowic – grubo po trzynastej. Hodowcy zdążyliby wtedy na spokojnie między mszą a obiadem zdjąć każdemu z nóżki gumową obrączkę i wrzucić ją do tulejki zegara służącego do rejestrowania czasu przylotu.

Zamiast tego odbierali telefony.

Pierwsza odezwała się komórka Zbyszka, gdy był z żoną Teresą w kościele w sąsiedniej wsi. To u niego Heniek zostawił dzień wcześniej swój zegar.

Do domu, na numer stacjonarny Heńka, dobijał się Staszek. 

– Aśka, gołębie są. Gdzie Heniek? – pytał jego żonę.

Wyjrzała przez okno. Przed gołębnikiem tłoczyły się zmęczone po locie ptaki. I gdy Heniek wrócił z zegarem, już siedziała między nimi, gładząc je po piórach.

– Przepraszam, gołąbki, przepraszam – szeptała im nad główkami, bo zastały zamknięte klapy gołębnika.

Dwieście metrów dalej, przed dwupiętrowym domem na rozwidleniu dróg, z których dwie prowadzą nad stawy, a dwie w głąb wsi, czas lotu swoich gołębi rejestrowali Zbyszek i jego starszy brat Andrzej.

Zapytani o gołębie, każdy zacząłby swoją opowieść inaczej.

Być może od dat

Andrzej opowiedziałby, że pierwsze gołębie – samiczkę z młodymi – przyniósł w kartonie, który dostał od sprzedawczyni ze spożywczaka. Miał pokój na strychu, w którym mógł je trzymać. Do tych Andrzejowych szarych, bo takie lubił najbardziej, za kilka lat dołączyły Zbyszkowe.

– Śmierdzą, hałasują i zajmują czas – słyszeli nieraz od ojca. A w domu było co robić. Jedenaścioro dzieci, gospodarstwo – krowy do oporządzenia, pole do obrobienia. 

Obowiązki rozdzielał ojciec, zgodnie z wiekiem. Andrzej, jako najstarszy, nosił przed wieczorem buraki z piwnicy do chlewa, gotował je i siekał. Gdy raz zapomniał, bo zeszli się do niego koledzy z całej wsi na zabawę w podchody i skończyli po zmroku, ojciec zbudził w nocy chłopca. I chociaż była pierwsza, musiał zrobić to, co do niego należało, bo słowa ojca były święte.

Wtedy hodowców z zaobrączkowanymi gołębiami pocztowymi było w okolicy trzech – Staszek, Mietek i Jasiu. Reszta miała „gołębie wsiowe”.

Zanim w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych hodowcy z Góry zaczęli zapisywać się do Polskiego Związku Hodowców Gołębi Pocztowych, pakowali ptaki do klatek i wywozili je do oddalonych o pięć kilometrów Jawiszowic, gdzie jest najbliższa stacja kolejowa. Ktoś dał pięć gołębi, ktoś inny trzy; w piętrowej klatce mieściło się ich trzydzieści. Na kolei mieli znajomego, to i jeździć mogli za darmo. Wysiadali w Oświęcimiu i tam je puszczali. Zanim wrócili, gołębie były już w domu.

Niewykluczone, że zaczęliby jednak od tego, co najważniejsze

Wtedy powiedzieliby, że w Górze gołębie ma każdy. Nie to, że wszyscy są od razu hodowcami, ale że choć przez chwilę, zwykle w dzieciństwie, zwykle za sprawą taty, dziadka albo wujka są w domu gołębie.

I że tu, na Śląsku, ludzie je kochają.

A gdyby tamtego styczniowego dnia wyszła przed dom ich mama, powiedziałaby, że hodowcy mają gołębie serca: skrzywdzić nie potrafią. I jeszcze że gołębie wiedzą, kto jest dobry, bo przecież „nie siadają byle komu na ramieniu, tylko takim ludziom jak Jan Paweł II”.

„Na gołębiach to ty się, mamo, nie znasz”, powiedzieliby jej. 

A ona odparłaby pewnie: „Ale znam się na was. To jakby to samo”.

Gdyby się do mnie przekonali, opowiedzieliby o tym, o czym hodowcy rozmawiają tylko między sobą

Na przykład o łączeniu gołębi w pary.

Mówiliby, że kiedyś gołębie trzymało się razem w jednym przedziale: samca i samiczkę. A złączone raz, nie rozłączały się już nigdy. Tyle że z samcami jest pewien kłopot – kiedy partnerka samca siedzi na jajeczkach, a do niego przychodzi inna samiczka, to on od razu się też tą nową zaopiekuje. A później, jak gdyby nigdy nic, wraca do swojej. Samiczka z kolei, raz złączona w parę, czegoś takiego by nie zrobiła, żeby pójść do drugiego. Chyba że pierwszego partnera straci na zawsze.

Dziś jednak zaleca się, by gołębie pary rozdzielać. Najlepiej tuż przed sezonem, kiedy młódki są odchowane i przeniesione do osobnej części gołębnika. W sezonie mogą się widywać tylko kilka razy, zwykle tuż przed lotem, by – jak mówią hodowcy –„samiec na samiczkę się napalił i myślał, że ona będzie na niego czekać”. I po locie, na dwie, trzy godziny, nie dłużej.

Kiedy ona wraca z lotu przed nim, czeka na swojego samca. Innego nie dopuści, zadziobie. Komplikacje się pojawiają, gdy szybszy jest samczyk. Za pierwszym razem wejdzie do gołębnika, porozgląda się, poczeka. Za drugim zrobi to samo. Ale za trzecim znajdzie sobie inną.

Gołębie pary przechodzą więc kryzysy. Najczęściej po szóstym, siódmym locie. Wtedy zostawia się je na dwa, trzy dni razem, by mogły odbudować nadszarpniętą więź.

Każdego roku na początku marca hodowca z kijkiem z leszczyny w dłoni siada naprzeciwko przedziałów, w których mieszkają jego gołębie, i cierpliwie czeka, aż się połączą w pary, zgodnie z własną wolą – pod warunkiem, że jest ona taka sama jak wola hodowcy. Jeśli nie, leszczynowy kijek idzie w ruch.

Opowiedzieliby o radościach

A tych najwięcej jest przy wykluwaniu się młodych. 

Przyznaliby, że i oni mają w tym swój udział. Każdego lata zbierają i starannie suszą ogonki liści orzecha włoskiego, albo słomę, a potem zacierają ręce, bo już dobrze wiedzą, co się będzie działo w gołębniku. Bitka zaczyna się prawie natychmiast: ptaki rzucają się na ogonki i słomę, wyrywają je sobie, a potem niosą w dziobach, budują z nich gniazda. Jedne wiją solidne, inne robią to niedbale.

Mówiliby o niecierpliwości. O zaglądaniu do gołębnika. O nachylaniu się, nadsłuchiwaniu, podglądaniu. Wreszcie o pierwszym jaju, a potem drugim, które pojawia się po dniu przerwy.

Chwaliliby swoje gołębie. Jak się dzielą obowiązkami. Jak na zmianę wysiadują jaja. Jak otwierają dzioby i karmią: samiec jedno pisklę, samica – drugie.

Nic, tylko siedzieć i patrzeć, od gołębi się uczyć.

Płynnie przeszliby do codzienności

I opowiedzieliby o pobudkach skoro świt, ubieraniu co dzień tej samej czapki i bluzy – najlepiej, jeśli są w kolorach spokojnych, naturalnych, bo gołębie takie lubią; o dwóch porannych godzinach w gołębniku spędzonych na wypuszczaniu do lotu – najpierw samic, później samców, sprzątaniu ich przedziałów – a więc czyszczeniu szpachelką ptasich kup, a jeśli gołębie są młode i nienauczone jeszcze, to oporządzeniu także miseczek na jedzenie, do których też załatwiają swoje potrzeby; o kąpielach co wtorek i o tym, że ich gołębie te kąpiele bardzo lubią.

Zdradziliby, że na gołębice mówią „dziewczyny”, a na gołębie „chłopcy”. Że cieszą się powrotami do domu, na które reaguje cały gołębnik, a oni odwdzięczają się, nazywając każdego ptaka po imieniu – są Antki i Franki, są Baśki i Zośki. Nawet jeśli jest ich ponad sto, rozpoznają je bez patrzenia na obrączki.

Nie musieliby mnie przekonywać, że ptaki są na pierwszym miejscu. Gdy chorują, do lekarza je zawożą, pielęgnują. Gdy przechodzą pierzenie, trudny dla gołębi okres, hodowcy wzmacniają je lepszą karmą. Podają im witaminy, aminokwasy, elektrolity.

„Tego może warto puścić”, „tego nie dawaj”, „ten za słaby, nie przeleci” – radzą sobie nawzajem. Po locie przekomarzają się: „Ja wiedziałem, że ten był silniejszy, że trzeba było go wystawić”. Oglądają czule te, które w czasie lotu zahaczyły o gałęzie i pokiereszowały skrzydła.

I cieszą się, gdy jakiś spisany na straty po kilku dniach jednak wraca.

Przesiadują w gołębniku godzinami, opowiadają ptakom, co w świecie, pióra gładzą, złego słowa o nich powiedzieć nie pozwolą. A kiedy z lotu który nie wróci albo umrze – cierpią.

Zabraliby do gołębnika

A tam: worki z różnorodną karmą – bo musi być dopasowana do aktywności ptaków – lotów, lęgów, okresów pierzenia.

Nie to, co kiedyś: młodzi byli, na jedzenie dla gołębi nie mieli, tylko kawałek pola obsiewali i dla nich zbierali żniwa. Na „państwowe” jeździli, siedzieli, czekali, przysłuchiwali się, czy ktoś kukurydzę rwie. Jak się trochę ciszej zrobiło, krzyczeli: „Mamy was!”. Tamci uciekali, a oni ziarno w worki zbierali, no bo co, gołębie jeść przecież musiały.

Dalej: szafki z lekarstwami, odżywkami, witaminami, zamrażarka z probiotykami. A najlepiej, żeby wszystko było naturalne: jajka kurze do karmy dorzucone, drożdże piwne. Wiosną koktajle: mlecze ugotowane w wodzie z cytryną i cukrem – ale trzcinowym, bo „biały to oszustwo”. Do tego miód, kit pszczeli, pyłek kwiatowy. Dobre są też ocet jabłkowy i czosnek. Koniecznie nasiona oleiste – rzepak, słonecznik czy siemię lniane, bo mają dużo tłuszczu, którego ptaki potrzebują.

I choć ludzie też mogliby jeść te mikstury, im szkoda.

Pokazaliby gołębie. Przyznaliby, że charakterne są. Ta samiczka dla przykładu zawsze przy sprzątaniu przychodzi, przymila się, na ramieniu siada. Tamte to dzikusy: ledwo do gołębnika się wejdzie, a one od razu „chu, chu, chu”. Te uparte. Jedne, co na jajkach siedzą, pozwalają się pogłaskać, inne, gdy się zbliżysz, od razu skrzydłami zbiją. „Chodź, malutki, chodź tu do mnie”, „gdzieś była, moja mała”, „ty się tam nie bij” – mówiliby.

Niektóre pytania może by ich rozbawiły

Ale odpowiedzieliby. Na przykład że gołębi nie trzeba uczyć, jak mają wrócić, bo one to wiedzą. Tłumaczyliby: gołąb zawsze przyleci do tego miejsca, które poznał jako pierwsze. Dlatego młode dorastają w zamknięciu. Przenoszone są dopiero trzydziestodniowe młódki, potrafiące już samodzielnie jeść. Takie wyjdą pierwszy raz na dach, porozglądają się i już zawsze będą tutaj przylatywać. Skąd? A nawet z Watykanu, jak trzeba dla papieża symboliczny lot zorganizować. Z Niemiec i Holandii. Wypuszczone rano – wieczorem są w domu, potrafią pokonać jednego dnia i tysiąc kilometrów, byleby mogły lecieć z wiatrem, wtedy mają łatwiej.

Oczywiście nie wszystkie dają radę przebyć taką trasę. Są klasy lotu gołębi: krótki dystans, średni i długi, a powyżej siedmiuset kilometrów – maratony.

Żachnęliby się na słowo „biznes”

Bo jaki to biznes?

Owszem, są i tacy, co mają nowoczesne gołębniki w kształcie litery L, w których pod przedziałami, gdzie siedzą ptaki, przejeżdża taśma, żeby kup nie trzeba było sprzątać. Takimi gołębnikami zajmują się zatrudnieni w nich ludzie. Właściciele w niedzielę tylko zaglądają, żeby podziwiać swoje gołębie.

Jeśli się uda, mówią o sobie „wielcy gracze gołębiami”. Ptaka, który olimpiady wygrywa, potrafią za kilka tysięcy euro albo i więcej sprzedać.

„Tyle w temacie biznesu” – uśmiechnęliby się i wróciliby do swoich gołębi. Bo i te „dobrze lecą”, nagrody zdobywają.

Zatrzymaliby się na tych czarnych dniach

By jeszcze raz przeżyć najgorsze loty. Jak ten z miejscowości pod Poznaniem, gdzie wypuszczone o dziesiątej rano gołębie złapał po drodze grad i do Góry niewiele z nich wróciło.

I z Pucka, kiedy pierwszego dnia po wypuszczeniu ptaków nie wrócił do domu ani jeden gołąb. Czekali. Dzwonili. W niebo patrzyli. Ale zanim wyleciały z północy, od lądu przyszła ulewa i zepchnęła je nad morze. Potopiły się. Od znajomych, którzy byli na wakacjach nad morzem, słyszeli: „My te wasze hanyskie gołębie rękami łowili”.

Teraz o wypuszczeniu ptaków do lotu decydują prezesi do spraw lotowych z rejonów. Dawniej hodowcy dzwonili do siebie, omawiali pogodę, radzili się nawzajem: puszczać, nie puszczać. Z głową ku niebu zadartą pół dnia ich wyglądali.

Gołębie nie są głupie. Kiedy się je wypuści, a równocześnie wylatuje i kilka tysięcy, robią w powietrzu jedno kółko. „I poszły” – mówią hodowcy. Ale jeśli pogoda jest zła, to krążą i krążą, i krążą. Czasami nawet pół godziny. Nie da się ich już cofnąć, ale one przeczuwają, że coś może się wydarzyć.

Szybko wróciliby do tych lepszych opowieści 

Jak choćby do tej, gdy ich przyjaciel spóźnił się na poprawiny własnego wesela, bo nie chciał się z domu ruszyć, póki gołębie nie wróciły.

Albo do długich, letnich popołudni, kiedy w koszulkach z krótkim rękawem wylegiwali się na kocach i czekali na przylot gołębi. Wspominaliby, że przychodzili inni hodowcy, że śpiewali razem i grali: Andrzej na organkach i harmonijce, Zbyszek na gitarze i na perkusji.

Być może opowiedzieliby i o tamtym dniu, gdy pojechali na wystawę gołębi pocztowych.

Zbiórkę wszystkich hodowców z okolicy zaplanowali przed sklepem, przy głównej drodze. Razem mieli busem jechać.

Wieczorem w kuchni u mamy Zbyszek dopytywał:

– Jedziesz na pewno?

– Nie wiem, zależy, czy wypłata w nocy będzie – powiedział Andrzej. 

Była.

Dwudziestego ósmego stycznia 2006 roku o piątej rano ich mamę obudził ruch za oknem. Zbyszek wrócił ze studniówki, na której grał z zespołem, Andrzej z nocnej zmiany. Wspólnie znosili instrumenty. Andrzej wszedł na górę, ale położył się w pokoju z telewizorem, choć w sypialni było napalone, wersalka rozłożona do spania. Bał się, że w ciepłym zaśpi.

Zbyszek poszedł piętro niżej, gdzie mieszkał z żoną i córką.

Przed wyjściem Andrzej długo się szykował, ciepło ubrał. Jak nigdy, dwa swetry założył.

– Roztopisz się w busie – mówiła mu mama.

Poprosił ją jeszcze, żeby zrobiła na obiad mięso mielone i śląski szałot, czyli sałatkę warzywną z majonezem. Ze schodów wrócił się Zbyszek:

– Zrób więcej, mama, to i ja się załapię. 

Andrzej wychylił się przez jego ramię:

– I pączki, i ciasto. 

Zbyszek rzucił już z dołu:

– Tylko nie z jabłkami!

Kiedy wychodzili z domu, zrobiła znak krzyża nad synami, ale tego już nie widzieli.

O siedemnastej włączyła telewizor i czekała na nich, jak oni na te swoje gołębie.

W „Wiadomościach” podali, że kwadrans po siedemnastej, w Katowicach, podczas wystawy gołębi pocztowych zawalił się dach hali.

Dwie godziny wcześniej pozostali hodowcy z Góry, w tym ich przyjaciel Heniek, wrócili do domów, bo chcieli zdążyć na transmisję ze skoków narciarskich, które zaczynały się o szesnastej czterdzieści pięć.

Gdy walił się dach, Andrzej stał blisko drzwi, ale Zbyszek był w samym środku. Więc Andrzej pobiegł po brata.

Andrzej i Zbyszek Malcherowie byli wśród sześćdziesięciu pięciu ofiar katowickiej katastrofy.

Gołębie, które po śmierci Andrzeja i Zbyszka kupili inni hodowcy, by wesprzeć rodzinę, wracają na dach domu braci do dzisiaj.


O gołębiach Andrzeja i Zbyszka Malcherów opowiedzieli mi ich matka, Helena Malcher, oraz Henryk Krasoń, ich przyjaciel i sąsiad, także hodowca gołębi pocztowych i prezes Polskiego Związku Hodowców Gołębi Pocztowych oddział Góra.

Tekst ukazał się w „Tygodniku Powszechnym” w numerze na Boże Narodzenie w 2015 roku. To jego zaktualizowana wersja, która weszła do zbioru reportaży autorki „Biegnij, mała, biegnij” (Dowody, 2024). 

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

1.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 1.00 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz
0.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 29.90 zł

TP Online: Dostęp roczny online

Grafika na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru TP 51-52/2015

W druku ukazał się pod tytułem: Wracają do dziś