Jak się żyje polskim naukowcom? – zapytałam troje współorganizatorów protestu „3% dla nauki, 100% dla Polski”.
Naukowcy od grantu do grantu
Prof. Agata Starosta, biolożka molekularna, kierowniczka Pracowni Translatomiki Instytutu Biochemii i Biofizyki Polskiej Akademii Nauk, wróciła do Polski w 2017 r., po czternastu latach pracy na zagranicznych uczelniach. Fundacja na rzecz Nauki Polskiej oferowała wtedy programy zachęcające polskich naukowców do powrotu do kraju. Starosta zdobyła grant First Team, który zapewniał środki na założenie zespołu badawczego.
– Dość szybko udało mi się zrekrutować zespół. Dostaliśmy pomieszczenie na laboratorium na Uniwersytecie Marii Curie-Skłodowskiej w Lublinie. Zamówiłam potrzebny sprzęt i właściwie mogliśmy ruszać z badaniami – opowiada. – Na starcie pokonało nas jednak prawo zamówień publicznych. Jeśli na uniwersytetach w Niemczech czy w Wielkiej Brytanii podobne zamówienia były realizowane w kilka dni, w Polsce czekaliśmy prawie pół roku.
I dodaje, że tym, co najbardziej utrudnia rozwój naukowy, jest niepewność zatrudnienia. – Przez cały okres doktoratu na niemieckiej uczelni byłam zatrudniona na umowę o pracę. Miałam prawo do urlopu czy zwolnienia lekarskiego, a po skończeniu studiów: zasiłku dla bezrobotnych – mówi. – W Polsce też dostałam pracę na uniwersytecie, ale na czas określony, dokładnie na tyle, ile trwał mój grant. Wielu z nas żyje od grantu do grantu. O tym, jak trudna to rzeczywistość, świadczą statystyki – dofinansowanie dostaje jeden wniosek na dziesięć.
Pensja, która nie wystarcza
Prof. Łukasz Okruszek, psycholog i kierownik Pracowni Neuronauki Społecznej Instytutu Psychologii Polskiej Akademii Nauk, przewodniczący Rady Naukowej IP PAN, zawsze wiedział, że praca w nauce musi być fascynująca. A gdy odkrył, że neuropsychologia pozwala łączyć badanie mózgu z badaniem zachowania ludzi, oczy mu się zaświeciły z zachwytu.
Skończył matematykę na Politechnice Łódzkiej, a później psychologię na Uniwersytecie Łódzkim. Doktorat i habilitację z psychologii zrobił na Wydziale Psychologii Uniwersytetu Warszawskiego.
– Dostałem się na doktorat i pomyślałem: wow, robię to, co chciałem, i jestem w miejscu, w którym chciałem. Nie mam tylko z czego się utrzymać. Na pierwszym roku zabrakło mi kilku punktów do stypendium, pracowałem więc dorywczo i dojeżdżałem na zajęcia z Łodzi do Warszawy. Jednocześnie robiłem badania, pisałem artykuły naukowe i wnioski o granty – opowiada. – Po pierwszym roku dostałem stypendium i zdobyłem grant Narodowego Centrum Nauki. Dzięki temu przez kolejne trzy lata miałem za co żyć.
Na ostatnim roku doktoratu wyjechał na półroczny staż do King’s College London. Wtedy pojawiła się oferta pracy dla asystenta w Instytucie Psychologii PAN.
– Nie zdarza się, by miesiąc przed obroną doktoratu dostać etatową pracę w instytucie badawczym – mówi. – Natychmiast kupiłem bilety i przyleciałem na rozmowę kwalifikacyjną. Wygrałem konkurs, więc radość. A potem dostałem pierwszą wypłatę, dokładnie: 1611 zł. Tak więc przez pierwsze dwa miesiące pracowałem, żeby zwróciły mi się bilety powrotne, które kupiłem wcześniej.
W swoich badaniach zajął się m.in. zmianami w mózgu pod wpływem samotności. Zdobywał kolejne granty, a za pracę naukową był wyróżniany, m.in. nagrodą Prezesa PAN.
– Wydawało się, że mam stabilność, a dzięki kolejnym grantom mogę oferować pracę młodym naukowcom, dla których zatrudnienie w ramach grantu jest atrakcyjniejsze niż stypendium doktorskie. I nagle dowiedzieliśmy się, że dyrekcja naszego instytutu nie ma pewności, czy będą pieniądze na nasze pensje – mówi prof. Okruszek.
Nie chodzi o profesorów
Prof. Michał Tomza, fizyk kwantowy, kierownik grupy badawczej Kwantowych Układów Molekularnych na Wydziale Fizyki Uniwersytetu Warszawskiego, a także laureat kilkunastu wyróżnień i nagród:
– Gdy pani zapytała, jak nam się żyje jako naukowcom w Polsce, przeliczyłem sobie i porównałem, ile zarabiałem dziesięć lat temu jako młody doktor na uniwersytecie w Barcelonie, z tym, ile zarabiam dzisiaj jako profesor tytularny na najwyższym możliwym szczeblu kariery w Warszawie. I wyszło mi, że moja pensja jako doktora w Hiszpanii była zauważalnie wyższa – mówi.
I od razu dodaje: – Nie jest to jednak protest, w którym chcemy zawalczyć o takich jak my – profesorów. My już sobie poradzimy. Młodzi naukowcy: doktoranci, doktorzy i adiunkci są w sytuacji, w której trudno żyć, wybierając naukę.
Prof. Okruszek precyzuje: adiunkt z tytułem doktora zarabia brutto 7044,5 zł. Minimalna pensja doktora na stanowisku asystenta to 4825 zł brutto. O 19 zł więcej od minimalnego wynagrodzenia.
Dlaczego doktorant nie może chorować?
„3% dla nauki, 100% dla Polski. Petycja o zwiększenie nakładów na naukę” – pod tym dokumentem podpisało się blisko 20 tys. osób. A na stronie internetowej 3procentnanauke.pl wciąż pojawiają się krótkie filmy, które nagrywają naukowcy z całej Polski – by powiedzieć, czym się zajmują, czego im brakuje i wesprzeć protest.
„Nazywam się Karolina Ćwiek-Rogalska i pracuję w Instytucie Slawistyki Polskiej Akademii Nauk”. „Cześć nazywam się Tomasz Zajkowski, jestem adiunktem na Wydziale Technologii Kosmicznych AGH”. „Dzień dobry, nazywam się Maciej Juzaszek i jestem teoretykiem prawa na Uniwersytecie Śląskim w Katowicach”.
Postulaty są trzy i jak podkreślają organizatorzy protestu, są to postulaty podstawowe. – Pierwsze dwa dotyczą sytuacji finansowej pracowników, którzy, by mogli dalej rozwijać polską naukę, muszą mieć za co żyć – mówi prof. Okruszek. – Jeśli stypendia w szkołach doktorskich wynoszą nieco ponad 3 tys. zł miesięcznie, to czy naprawdę zdjęliśmy z doktorantów konieczność dorabiania? I za tę kwotę mogą poświęcić się pracy naukowej?
Opowiada, że przyjechał na nasze spotkanie po całym dniu pracy na Uniwersytecie Jagiellońskim. Coraz trudniej mu o takie zajęcia, by ktoś ze studentów nie zapytał, czy może wyjść wcześniej, bo musi zdążyć do pracy. Albo uprzedził, że się spóźni, bo nie mógł wziąć innej zmiany. – Z danych wynika, że 60 proc. studentów musi pracować, bo inaczej nie mieliby szans utrzymać się na studiach – mówi.
– Za trzy tysiące trudno wynająć nawet mikrokawalerkę w Warszawie. Nie wspominając o zdolności kredytowej. Doktoranci są grupą wyłączoną z polskiego prawa pracy przez sprytny myk w postaci umowy stypendialnej, dzięki czemu państwo płaci im niecałe trzy czwarte pensji minimalnej – dodaje prof. Starosta. – A przecież to osoby, które wkraczają w dorosłość i jak większość z nas chcą założyć rodzinę, kupić lub wynająć mieszkanie, ustabilizować się. Jeśli wybierają rozwój naukowy i pracę badawczą, są często tych podstawowych możliwości pozbawione.
Organizatorzy protestu podkreślają, że wielu młodych naukowców zwraca też uwagę na to, co się dzieje, gdy ich sytuacja zdrowotna lub rodzinna się pogarsza.
– W kilku rolkach, które dostaliśmy w ramach akcji protestacyjnej, młodzi naukowcy przyznają, że cierpią na choroby przewlekłe, jednak jako doktoranci nie mają prawa do zwolnienia lekarskiego – mówi prof. Okruszek. – Jeśli doktorant ma problemy zdrowotne albo rodzinne, nie może pójść do pracodawcy i zapytać o podwyżkę. Uczelnia nie ma modelu wsparcia, które daje praca etatowa i umowa społeczna, jaką podejmujemy z pracodawcą i która powinna być źródłem stabilności w życiu.
W obecnej sytuacji doktoranci najczęściej szukają wsparcia w rodzinie, nierzadko też są zmuszeni porzucić studia i szukać innej pracy.
Bez pieniędzy nie będzie innowacji
Trzeci postulat dotyczy samych badań naukowych. Powołując się m.in. na raport „Innovation Rising 2026” Banku Światowego, organizatorzy protestu wskazują, że nie da się podnieść innowacyjności kraju bez zwiększenia nakładów na NCN.
– Dzisiaj wydajemy na naukę 1,41 PKB, podczas gdy średnia europejska wynosi 2,2 proc., a liderzy wydają ponad 3 proc. PKB – mówi prof. Okruszek.
Prof. Starosta: – W Polsce finansuje się głównie badania podstawowe, dzięki którym zdobywamy podstawową wiedzę. Nie ma jednak pieniędzy na finansowanie badań aplikacyjnych, czyli takich, gdzie mamy pomysł i w ramach grantu próbujemy przetestować, czy ten pomysł jest dobry. Dzięki takim badaniom możemy próbować udoskonalać wynalazki i technologie – podkreśla. – Brakuje nam też finansowania projektów ryzykownych, czyli takich, w których niekoniecznie musi nam wyjść to, co założyliśmy.
Protestujący chcieliby, żeby NCN miało szansę zrealizować cele zapisane m.in. w Strategii Rozwoju Polski do 2035. Dlatego wnioskują o dodatkowy miliard złotych dla Centrum.
– Osób, które chcą pracować jako naukowcy, wciąż jest sporo. Większość z nich rezygnuje nie dlatego, że nie ma pomysłu ani ambicji, odchodzą z powodu niewielkiego finansowania i źle zorganizowanego systemu – mówi prof. Tomza. – Każdy z nas ma wśród przyjaciół byłych naukowców, którzy w pewnym momencie rzucili papierami i wyjechali za granicę, albo zaczęli pracę w biznesie. Ze statystki grantów europejskich jasno wynika, że więcej osób z polskimi paszportami dostaje granty za granicą niż w kraju.
Dzień świstaka w MNiSW
Protest, zaplanowany na 27 maja, poparły m.in. Rada Główna Nauki i Szkolnictwa Wyższego, Prezydium PAN, Krajowa Reprezentacja Doktorantów, Prezydium Konferencji Rektorów Akademickich Szkół Polskich, Akademia Młodych Uczonych PAN. Łącznie ponad 20 instytucji i gremiów. Jednak Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego broni się twierdząc, że nie ma pieniędzy.
– Ministerstwo jest nieudolne także w innych obszarach, co obserwowaliśmy choćby przy okazji dyskusji o ewaluacji czasopism naukowych i tego, jak ówczesny minister Przemysław Czarnek manipulował i dorzucał punkty do wybranych czasopism – mówi prof. Tomza.
Prof. Okruszek: – Czujemy się jak w przysłowiowym dniu świstaka. Wracamy do rozmów, które już przecież nie raz, na różnego typu komisjach sejmowych, odbyliśmy.
Prof. Starosta: – I niezależnie od tego, jaki mamy rząd, na rozmowach się kończy. Spotykamy się, dyskutujemy i czasem robimy sobie jeszcze wspólne zdjęcie.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















