Przemysław Wilczyński: Siostry poczuły się chyba dotknięte.
Tymoteusza Gil: Ja się po ostatnim tekście „Tygodnika” tak poczułam: uważam, że ten wywiad [z ekspertkami Anną Krawczak i Beatą Potocką, zawierający m.in. poparcie dla rządowej idei wygaszania DPS-ów dla dzieci – red.] zawierał krzywdzące dla nas stwierdzenia. Jednak to nie o nasze odczucia chodzi.
Wrócimy do tego. A pytam o emocje, bo dostałem od Siostry emocjonalną wiadomość, o 1.30 w nocy.
TG: Emocje to pan dopiero zobaczy (śmiech), tu były rzeczowe refleksje.
Ale nie boimy się żadnych pytań.
Zacznijmy od tematu, z którym do Was przyjechałem: czym jest rodzina. Jakie macie wspomnienia z dzieciństwa?
Eliza Myk: Miałam kochających rodziców, ale też widziałam ich trud wychowania, w związku z czym zawsze kojarzyło mi się z morderczym wysiłkiem. Jako nastolatka byłam też zbuntowana – i sądziłam, że jako matka w podobnej sytuacji mogłabym nie dać rady.
TG: Też wychowałam się w kochającej rodzinie. Jako dziecko byłam rozpieszczana.
Kierujecie znanym DPS-em dla chłopców i mężczyzn. Mówicie o sobie: matki.
EM: Nie tyle my, co dzieci. Mogą wybrać, kogo będą tak u nas nazywać. Przy czym musi pan wiedzieć, że dla nich słowo „mama” niekoniecznie jest najpiękniejszym słowem świata.

Dlaczego?
EM: Jeden z naszych chłopców, jak każdy posiadający opiekunkę prawną, na którą mówi „mama”, spytał: „A jak ja mam odróżnić tamtą mamę od tej?”. W końcu wpadł na pomysł: tamta to będzie „matka”, ta „mama”.
Oni nie chcą pielęgnować swoich krzywd, ale czasami nie da się nie pamiętać. Bo jak zapomnieć zrzucenie ze schodów zakończone otwartym złamaniem, po którym rodzic nie udzielił dziecku pomocy? Jak wymazać z pamięci „wyjście” matki z domu na trzy dni, w czasie których było się zamkniętym w kabinie prysznicowej, by można było załatwić swoje potrzeby i się napić?
TG: Wie pan, zawsze powtarzałam zdanie: „Rodzina jest największym dobrem”. Odkąd pracuję w Broniszewicach, zmieniłam je na: „Rodzina powinna być największym dobrem”.
Opowiedzmy o Jarku.
TG: Jest tam [siostra wskazuje na fotografię na półce – red.]. Jarek dba o to, by co jakiś czas w widocznym miejscu pojawiło się nasze nowe zdjęcie.
Jarek ma 21 lat, mieszka z nami, a ja jestem jego prawną opiekunką. Mamą.
EM: Podobnie jak Filip, mój synek. Obaj pilnują, czy aby nie usunęłyśmy ich ze swoich tapet [siostra pokazuje zdjęcie w telefonie – red.].
Co Was formalnie łączy z Jarkiem i Filipem?
TG: Opieka prawna, ale ja się naprawdę czuję jak mama. I nie chodzi mi wyłącznie o momenty piękne, ale i te trudne. Nie mogę opowiedzieć dokładnie jego historii, ale zapewniam, że jest nad czym płakać.
Kiedyś przyjechał do nas fajny dziennikarz, który jednak rzucił do Jarka nieostrożnie żartem: „Mam syna w twoim wieku, może pojedziesz ze mną?”. Jarek złapał się mojego habitu: „Nie pozwól mnie zabrać!”.
EM: Jak Jarek do nas przyjechał, próbowaliśmy go od razu – jak innych – wprowadzić do normalnego, codziennego życia. Zaprosiłam go na przejażdżkę. Wsiadł, cieszył się, a gdy zapięliśmy pasy, nagle w płacz: „Ja na pewno tutaj wrócę?”. Przejażdżka samochodem kojarzyła mu się z próbą kolejnego porzucenia.
To, co opowiadacie, to sceny z życia rodziny. Ale DPS to nie rodzina.
EM: Co ma pan na myśli?
Relacje. Opiekunki, które zatrudniacie, mają ośmiogodzinne dyżury. Matki i ojcowie ich nie mają, a dziecko może do nich przyjść w nocy z bólem brzucha.
TG: Przyjmujemy to, zgoda. I mówiłyśmy to często: jesteśmy całym sercem za tym, by dzieci były w rodzinach. Tylko że tak nie jest. Co więcej: nie wierzymy, że tak będzie – jak twierdzi rząd – od stycznia 2027 roku, gdy może wejść w życie szykowana nowelizacja prawa.
EM: Ja powiem inaczej. Nie wierzę, by kiedykolwiek wszystkie dzieci z ciężkimi niepełnosprawnościami i chorobami miały rodziny. Bywa tak, że stała obecność takiego dziecka w rodzinie może być nie do udźwignięcia.
Może i nie musi, dodałoby wiele osób. I nie chodzi mi o teoretyków, tylko właśnie rodziców – biologicznych, adopcyjnych, zastępczych – wychowujących przez lata dzieci z najcięższymi niepełnosprawnościami i chorobami. Bez męczeństwa, z radością.
TG: Zapewne raz jest tak, innym razem inaczej. Problem w tym, że rządowy projekt nowelizacji ustawy nie daje rodzinom podstawowej rzeczy: możliwości wyboru. Wygaszamy od 2027 r. domy pomocy społecznej dla dzieci, nie dając rodzinom za wiele w zamian. Ja jestem za stopniowym wygaszaniem DPS-ów, ale wedle innej zasady. Niech ten system pokaże, że jest tak wydolny, tak dobry, tak wyposażony w rodziny zastępcze i adopcyjne, że domy pomocy społecznej same się wygaszą.
A w tej nowelizacji jest odwrotnie: wygaszamy DPS-y, a później zobaczymy, co z tego będzie. Proszę pamiętać, że nasi chłopcy pochodzą nie tylko z przemocowych rodzin, ale też z takich, w których matka i ojciec po prostu nie poradzili sobie z opieką nad ciężko niepełnosprawnym lub chorym dzieckiem. Od kilku tygodni tacy rodzice dzwonią do nas i błagają: przyjmijcie nasze dziecko przed styczniem 2027 roku.
Skąd pewność, że od 1 stycznia 2027 znajdziemy miejsca w rodzinach zastępczych i adopcyjnych?
W DPS-ach jest 900 dzieci. Z każdym kolejnym rokiem nowych byłoby ok. 50 w całej Polsce. Naprawdę Siostry uważają, że ten system nie jest w stanie znaleźć kilkunastu nowych rodzin zastępczych w skali roku?
TG: Tyle że ten system jest już teraz niewydolny, czego dowodem jest fakt, że ponad tysiąc dzieci czeka na realizację wyroków sądów o zabezpieczeniu. Skoro do tej pory Polska nie dawała rady, dlaczego teraz ma dać?
Rząd wzmacnia rodziny zastępcze specjalistyczne, przygotowane do opieki nad dziećmi z niepełnosprawnościami. Wprowadza też instytucję rodziny opiekuńczej, w której będą mogli przebywać dorośli już ludzie, będący wcześniej dziećmi w rodzinie zastępczej.
TG: Widzę, że jest pan zwolennikiem proponowanych zmian.
Zwolennikiem idei wygaszania DPS-ów, niekoniecznie tak, jak chce rząd.
Ja wolałabym najpierw zobaczyć efekty tych działań. Poza tym powtórzę: niech DPS-y wygasną samoistnie. Niech samorządy uznają, że te DPS-y są im niepotrzebne.
To tak nie działa: niektóre gminy utrzymują DPS-y, bo są dla nich wygodne: do kontrolowania etatów, wzmacniania władzy poprzez zatrudnianie pociotków i „znajomych królika”. A rodzin zastępczych nie pozyskują, bo to dla nich kłopot. Więc DPS-y nigdy się nie wygaszą, jeśli im nie pomożemy.
TG: To niech pan mi wytłumaczy: jak to możliwe, że zmusza się dziecięce DPS-y do stopniowego wygaszania, a domów dziecka, zakładów opiekuńczo-leczniczych, które przecież też są całodobowymi placówkami, już nie?
Też tego nie rozumiem. Za to rozumiem – i tu pewnie się zgodzimy – rodziny z ciężko niepełnosprawnymi dziećmi, które mówią rządowi: chcecie, byśmy przestali myśleć o DPS-ie? Dajcie nam wsparcie.
TG: Czujemy się ambasadorkami tych rodzin, przyjeżdżają do nas regularnie. Niektórzy już na etapie badań prenatalnych dowiadują się, że dziecko będzie miało wadę. Potem z wielkim poświęceniem wychowują to dziecko. Bez wsparcia. A po latach przyjeżdżają do nas.
EM: Bywają straszeni przez lekarzy, że jeśli urodzą, to na nich spocznie odpowiedzialność za cierpienie dziecka. Żyją z podwójnym bagażem.
Wspieracie rodziny, ale dlaczego – że powrócę do obiecanego wątku – nie sprzyjacie adopcjom dzieci z Waszego domu?
TG: Sprzyjamy.
Ile Waszych dzieci zostało adoptowanych?
TG: Z Broniszewic żadne. Z drugiego naszego domu – dwie dziewczynki i chłopiec.
Jak to możliwe, skoro pojawiają się rodziny, które mówią: „Chcieliśmy adoptować chłopca z Broniszewic, nie udało się”? Sam rozmawiałem z dwiema takimi rodzinami.
TG: Nie jestem w stanie tego skomentować, bo musiałabym znać szczegóły tych historii. Ale mogę panu powiedzieć, że niektóre prośby o przyjazd do nas i widzenie z dziećmi traktujemy co najmniej z nieufnością – dla dobra dzieci.
Nie mówiłyśmy o tym publicznie, ale może warto tę „czarną anegdotę” przytoczyć. Otrzymałam kilka lat temu wiadomość od pani, która powiedziała, że przyjedzie pod nasz dom. Nic nie wspomniała o adopcji dziecka, chciała tylko zabrać je na święta, i poprosiła o... przyprowadzenie chłopca pod bramę. Taki poziom dyskwalifikuje dalsze rozmowy.
Też przytoczę historię. Pani Magdalena, mama adopcyjna dwójki, po materiale telewizyjnym o Waszym domu zadzwoniła do PCPR w Pleszewie zapytać o konkretne dzieci. Urzędnicy na to, że aby uzyskać zgodę na widzenie, trzeba dzwonić do Sióstr. „Ale proszę sobie nie robić nadziei, bo nie jest pani pierwsza” – mieli usłyszeć ci rodzice, z wyraźną sugestią, że kontakty zmierzające do adopcji dzieci Siostry ucinają w zarodku. Pani Magdalena twierdzi, że chciała się z Siostrami umówić wielokrotnie. Bez skutku.
TG: Nie rozumiem, dlaczego ta pani tu po prostu nie przyjechała. Przecież u nas jest mnóstwo ludzi, ponad 70 pracowników, 40 wolontariuszy. Poza tym takie próby spotkań, jak tej pani, to nie jest standardowa procedura. Standardowa kolejność postępowania zakłada zakwalifikowanie dziecka do adopcji, a później wyznaczenie przez ośrodek adopcyjny kandydatów na rodziców, którzy wówczas mogliby do nas przyjechać i zobaczyć dziecko.
Uważam za krzywdzące twierdzenia tego typu. Tym bardziej że nie możemy ze względu na dobro mieszkańców się bronić, bo musiałybyśmy ujawnić szczegóły ich sytuacji, stanu zdrowia. Zapewniam, że nie jesteśmy adopcjom przeciwne i podziwiamy rodziny adopcyjne.
DPS dla dzieci nie ma obowiązku udzielać informacji ani szukać rodzin, gdy nie ruszyła jeszcze procedura adopcyjna. Ale może być placówką przychylną dla potencjalnych rodzin. Cechy tej przychylności to – jak powiedziała mi jedna z ekspertek – otwartość placówki, czyli sprzyjanie sytuacji, że ludzie mogą do niej wejść. Po drugie, taka instytucja może szukać rodzin dla konkretnych dzieci za pośrednictwem mediów. Po trzecie, kiedy mają jakąś potencjalną rodzinę, chętnie i szybko się z nią spotykają.
EM: Ale my nie jesteśmy instytucją uczestniczącą bezpośrednio w adopcjach! I jeszcze jedno: nasze dzieci – jak pan już wie – bardzo dużo przeszły, także jeśli idzie o obecność w rodzinach, które sobie z nimi nie poradziły. Jak pan sobie tę otwartość wyobraża: że będziemy wpuszczać tutaj każdego, i mówić: „O, a oto X, który w domu doświadczył przemocy?”. Nie, takich rzeczy nie będziemy robiły nigdy.
Nigdy też nie powiemy, że dziecko powinno trafić do rodziny – np. zastępczej – za wszelką cenę. Z prostego powodu: my drogę naszych chłopców znamy i wiemy, że jesteśmy zwykle dla nich ostatnim ogniwem.
Widzę sprzeczność: z jednej strony bronicie się, że nie musicie uczestniczyć w adopcjach, z drugiej twierdzicie, że te adopcje i tak nie mają w takim jak Wasz dom zastosowania – nie dla „takich dzieci”.
EM: Bo znamy ich historie. Np. dziecko było porzucane w szpitalu, później trafiało do jednej rodziny zastępczej, drugiej, a wobec braku szansy na adopcję – trafiło do nas. My jesteśmy domem do zadań specjalnych: jesteśmy dla nich rodziną. DPS-y mają opinię placówek, w których nie nawiązuje się więzi. A chłopcy, którzy do nas trafiają, są od początku kochani!
Powtórzę: to inny rodzaj relacji. I inny styl życia. Chłopcy mają poza DPS-em znajomych?
EM: Mają.
Należą do kółek, klubów, zespołów?
EM: Niektórzy tak.
Mają szansę w wieku starszonastoletnim, dorosłym na realizowanie potrzeb romantycznych i seksualnych?
TG: I tutaj pojawia się problem...
Problem?
TG: Relacje romantyczne są realizowane w szkole, w kontaktach z innymi DPS-ami. Każda z sytuacji jest inna, konsultowana ze specjalistami.
EM: My jesteśmy katolickim domem i uważamy, że seksualność ludzka powinna być ukierunkowana na potrzeby rodzicielstwa, a nie na potrzeby przyjemności, dlatego tej seksualności nie rozbudzamy. Bo to rozbudzenie powinno potem służyć rodzicielstwu.
A my wiemy, że oni tymi rodzicami nie zostaną.
Rozumiem, że w katolickim DPS-ie nie wolno nie być katolikiem?
EM: Rzeczywiście nie mamy niewierzących, to się jeszcze nie zdarzyło, ale kwestia wiary jest sprawą indywidualną. Próbujemy wychowywać chłopców w duchu katolickim.
TG: Pan tak pyta, jakby rodzina nie miała wpływu na wychowanie dziecka. Ma, i my też mamy. Natomiast chłopcy nie muszą chodzić do kościoła.
Napisały Siostry kilka tygodni temu głośny post w mediach społecznościowych, sprzeciwiając się rządowej nowelizacji. I co dalej?
EM: Sprzeciwiamy się tylko jednemu zapisowi: o niekierowaniu dzieci do DPS-u, a nie całej ustawie. Nie możemy mieć żadnych planów, bo nie wiemy, czy ta nowelizacja wejdzie w życie. Poza tym, że jeśli wejdzie, to będziemy nasz dom wygaszać.
A może by Siostry chciały zostać rodziną zastępczą?
TG: Na pewno będziemy szukać rozwiązań. Ja osobiście martwię się o Jarka, ma już ponad 20 lat. Co z nim się stanie, gdy umrę?
To dotyczy każdej rodziny z niepełnosprawnymi dziećmi.
EM: To prawda, a będzie dotyczyć jeszcze bardziej. Bo ci umierający rodzice nie będą mogli poprosić nas o wsparcie i przyjęcie dziecka. Będzie trafiało do DPS-u dla dorosłych.
Albo do mieszkania chronionego. Albo rodzin zastępczych.
EM: Oby takie były. Ale nawet jeśli będą, to nie dla wszystkich dzieci z niepełnosprawnościami. Byłam raz na wyjeździe z dwoma chłopcami, którzy mieli same złe doświadczenia z rodzinami. Nagle pytają: „A co to się dzieje, że ten nasz dom tak często w telewizji pokazują?”. My mówimy: do naszego domu już nie będą trafiać dzieci. Jeden z chłopców pyta: „To gdzie będą szły?”. Na naszą odpowiedź, że do rodzin zastępczych, obaj się obruszyli: „Do rodzin? Myśmy już tam byli!”.
I jeszcze: „Czy ja mogę kiedyś pojechać do tej pani minister, która to wymyśliła, i z nią porozmawiać?”. Odpowiadamy, że musiałby być chyba pełnoletni. Więc on twardo, że poczeka, aż skończy 18 lat. Później spytał: „A czy dzieci w ogóle mają coś do powiedzenia, gdzie chcą być?”. Zszokował nas.
Dzieci kierowanych przez sądy z automatu do DPS-ów też nikt nie pyta, czy chcą tam iść. Często nie szuka się też dla nich rodzin, „bo i tak się nie uda”. Efekt: jakiejś części spośród tych 900 dzieci w DPS-ie rujnuje się życie.
TG: Powtórzę: nie jesteśmy przeciw rodzinom. Mamy fundację, która je wspiera. Chcemy po prostu, by rodzice i dzieci mieli wybór, i by system pomocy społecznej nie został pozbawiony elementu, który powinien być ostatecznością, ale to nie oznacza, że jest zbędny.
No i chcemy nadal być dla tych, których wybór padnie właśnie na nasz dom.

Siostry TYMOTEUSZA GIL i ELIZA MYK są dominikankami, mieszkają w Broniszewicach k. Poznania, od lat zaangażowane są w pomoc osobom z niepełnosprawnościami, głównie dzieciom. Wspólnie z Piotrem Żyłką i Łukaszem Wojtusikiem autorki, a także bohaterki wydanej przez WAM książki „Siostry z Broniszewic. Czuły Kościół odważnych kobiet”.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















