Anne Rabe, pisarka: Przemoc w naszych domach ma wiele wspólnego z historią Niemiec

Mojemu pokoleniu nie udaje się odciąć od haseł, które głosi skrajna prawica. Dlaczego pozwalamy na przemoc, którą pamiętamy z dzieciństwa? – pyta Anne Rabe, autorka „Anatomii szczęścia”.
Czyta się kilka minut
Upadek Muru Berlińskiego, 10 listopada 1989 r. // Fot. Alfred / Sipa / East News
Upadek Muru Berlińskiego, 10 listopada 1989 r. // Fot. Alfred / Sipa / East News

Anna Goc: W powieści „Anatomia szczęścia” mierzy się Pani z historią komunistycznej NRD. Temat nie jest nowy, czego dotąd brakowało w tej dyskusji?

Anne Rabe: Zaczęłam pisać w 2019 r. Skrajnie prawicowa partia AfD miała wtedy szansę wygrać wybory w Turyngii i wyłonić premiera w landzie. Kryzys uchodźczy, który rozpoczął się cztery lata wcześniej, wciąż był odczuwalny. Na sile przybierały ruchy antyunijne, takie jak Pegida.

Gdy przyglądałam się ludziom, którzy byli potencjalnymi i faktycznymi wyborcami AfD, odkryłam, że to także moi rówieśnicy. A więc AfD potrafi przemówić i do mojego pokolenia. Robi to między innymi poprzez idealizowanie historii NRD. Tezy, że w Niemczech Wschodnich był porządek, nie było bezrobocia, a państwo dbało o rodziny i wychowanie dzieci, łatwo obalić. Mimo to są wciąż kolportowane.

Każde pokolenie powinno stawić czoła historii na nowo. Do tej pory brakowało głosu mojego pokolenia, które mierzy się z historią NRD.

Jakie to pokolenie?

Gdy upadał mur berliński, byliśmy dziećmi. Nasi rodzice byli pierwszym powojennym pokoleniem. Byliśmy nazywani tym pokoleniem, na które II wojna światowa nie miała większego wpływu.

„Jak możesz myśleć, że wojna cię ominęła?” – pyta retorycznie narratorka.

Zastanawiałam się, dlaczego właśnie mojemu pokoleniu nie udało się odciąć od nacjonalistycznych haseł, które głosi skrajna prawica w Niemczech. Dlaczego nie robimy wszystkiego, by nie dopuścić więcej do przemocy, którą pamiętamy z dorastania we Wschodnich Niemczech. I dlaczego nie wybieramy demokratycznych podstaw egzystencji.

I jak sobie Pani na te pytania odpowiada?

Być może najpierw musielibyśmy zrozumieć, skąd się wzięła przemoc, która była centralnym elementem naszego świata – naszych ulic, naszej szkoły i naszych domów.

Pierwsze fragmenty książki pisałam w czasie wakacji. Szkice tekstów rozsyłałam koleżankom z dzieciństwa, które pojawiały się w moich wspomnieniach. Niektóre oddzwaniały i długo rozmawiałyśmy. Także o przemocy, której doświadczałyśmy trzydzieści lat temu. 

Przypominałyśmy sobie, jak omijałyśmy niektóre ulice miasta Wismar, bo wiedziałyśmy, że tam chodzą naziole. Po raz pierwszy opowiadałyśmy sobie, ile musiałyśmy znieść w naszych domach. I to niezależnie od kręgu społecznego, w którym dorastałyśmy.

Zdałyśmy sobie sprawę, że codzienna przemoc była tematem tabu. Przemoc wywołuje milczenie, kończy komunikację. Gdy pisałam „Anatomię szczęścia”, próbowałam zadać pytania o to, na ile przemoc w naszych domach miała coś wspólnego z historią kraju.

Dlaczego babcia zamykała jedną ze swoich córek w stodole i czekała, aż dziecko przestanie krzyczeć. I dlaczego matka nakazywała narratorce i jej młodszemu bratu wchodzić do wanny z gorącą wodą.

Nie mamy precyzyjnych danych ani statystyk dotyczących skali przemocy w NRD. Dorastaliśmy w czasach dyktatury, swoboda badań była ograniczona. Jednak jako dzieci dobrze ją pamiętamy. Konfrontowaliśmy się z przemocą każdego dnia, choć jej nie rozumieliśmy. Nie mogliśmy wiedzieć, jakie są jej źródła.

Nie jest to jednak książka o przemocy. Przemoc staje się pretekstem do zadawania pytań o przeszłość kraju i przede wszystkim – przeszłość własnej rodziny.  

Istota demokracji polega na empatii. Na tym, że rozpoznajemy siebie w innym człowieku. Żeby wprowadzić system autorytarny, trzeba najpierw pozbawić ludzi empatii. W Niemczech mieliśmy długą historię eliminowania empatii. Było to potrzebne, żeby wywołać II wojnę światową i popełnić te wszystkie straszliwe zbrodnie. 

Berlin Wschodni, 1974 r. // Fot. Thomas Hoepker / Magnum Photos / Forum

Empatia jednak nie wraca tak łatwo, gdy wojna się kończy. Wychowanie autorytarne jest nacechowane rygoryzmem, twardością i surowością wobec innych, także wobec siebie. Przenosi się na relacje rodzinne i społeczne. Jako dzieci odczuwaliśmy to, choć nie wiedzieliśmy, skąd pochodzi. Na szczęście mamy mechanizmy obronne – duszę czy psychikę, które nas ostrzegają przed konsekwencjami.

„Z takim samym zapałem, z jakim wschodnioniemieckie miasta przemalowano na pastelowo, poszukuje się wyjaśnień, dlaczego cały ten Wschód inaczej funkcjonuje, ma inne preferencje wyborcze, jest bardziej prawicowy i przemocowy” – pisze Pani w „Anatomii szczęścia”. Jaki był odbiór książki wśród mieszkańców dawnej NRD? 

Temat przemocy w NRD wisiał w powietrzu. Równolegle pojawiło się kilka innych książek, także historycznych, które na różne sposoby próbowały opowiadać historię NRD. Skala dyskusji wokół książki mnie jednak zaskoczyła.

W Niemczech Zachodnich czytelnicy pytali, jak to możliwe, że dotąd nie zajmowaliśmy się przemocą powojenną. W Niemczech Wschodnich największe problemy z książką miało pokolenie naszych rodziców, czyli ludzi urodzonych w latach 60. „Nic takiego się nie działo w domach”, „to są wymysły” – słyszałam na spotkaniach. „Opisała pani także moją historię”, „jakbym widziała moją matkę” – pisali do mnie z kolei czytelnicy z mojego pokolenia.

Niektórzy mówią o NRD w taki sposób, jakby dyktatura była na zewnątrz, a nie w czterech ścianach domu. O jej wpływie na wychowanie dzieci jako części socjalistycznego społeczeństwa niewiele się dotąd dyskutowało. Jednak mechanizmy, które rządziły tamtą rzeczywistością, były wdrukowane w naszą mentalność.

Jaka to była codzienność?

Kobiety bardzo szybko zostawały matkami, bo młodzi rodzice mogli liczyć na mieszkanie. Standard życia był niski – brakowało produktów w sklepach, w domach nie było podstawowych sprzętów AGD, transport publiczny działał słabo. Jeśli oboje rodzice pracowali, zaczynali dzień wcześnie, a po pracy wracali do gotowania pieluch i przesypywania węgla.

Wszystko to osłabiało więzi rodzinne i zwiększało dystans między rodzicami i dziećmi. Nie było domów dla samotnych matek ani doradztwa dla kobiet, które doświadczały przemocy. Jeśli dziecko było ofiarą przemocy, do domu wkraczało państwo – dziecko przenoszono do zakładu poprawczego. A więc za przemoc karano nie dorosłych, lecz dzieci.

Książka wyzwoliła wspomnienia?

Na jednym ze spotkań autorskich czytałam fragmenty o zakładach poprawczych dla dzieci w NRD. „Mój brat był w Torgau” – zabrał głos mężczyzna. Mówił, że to było straszne miejsce, że stosowano tam przemoc wobec dzieci i nikt z dorosłych nie protestował przeciw tym metodom. 

Torgau był zakładem zamkniętym dla nastolatków, jednym z najsurowszych ośrodków wychowawczych w NRD. Mężczyzna był podenerwowany, mówił z przejęciem. „To znaczy, że pański brat niewinny nie był” – powiedział inny mężczyzna, który, jak się potem okazało, dorastał w RFN. Napięcie rosło, pomyślałam nawet, że panowie wezmą się za łby. Ktoś im przerwał pytaniem, co się stało z bratem. Widziałam bladą twarz mężczyzny, gdy mówił, że jego brat popełnił samobójstwo.

I wtedy stało się dla mnie jasne – jeśli czytelnicy z NRD i RFN szukali punktów stycznych w historii ich dwóch krajów, to ich nie znajdą. Nie mamy wspólnej perspektywy, by oceniać przeszłość podzielonych Niemiec. Mit o słuszności istnienia zakładów poprawczych dla dzieci w NRD jest w RFN wciąż żywy.

„Anatomia szczęścia” jest powieścią. Czerpie Pani jednak ze wspomnień pokolenia. Czy również ze źródeł archiwalnych dotyczących zakładów poprawczych dla dzieci w NRD?

Tak, ten temat jest dość dobrze zbadany i opisany naukowo. Przeglądałam materiały archiwalne, czytałam książki historyczne na ten temat.

W jednej ze scen narratorka odkrywa, że miejsce, gdzie chodziła na młodzieżowe imprezy, dawniej było zakładem poprawczym dla dzieci. Gdy byłam nastolatką, miałam podobne doświadczenie. Już wtedy zaczęłam się zastanawiać, dlaczego o tym, co się tu działo, nie rozmawiamy. Kim byli ludzie, którzy tam pracowali, i co się stało z dziećmi, które przeszły przez zakłady.

W Torgau jest dzisiaj miejsce pamięci.

Głos osób skrzywdzonych w tych zakładach wybrzmiał, ale głównie w debacie naukowej. Ogromna grupa ofiar dyktatury nie ma dotąd właściwego miejsca w pamięci społecznej.

Dzieci stoją na obrzeżach pola uprawnego, a na ich bluzeczkach widać ślady po środkach owadobójczych. W ten sposób rolnicy sprawdzali, czy chemikalia były równomiernie rozpylone – to jedna ze scen z zakładu dla dzieci, którą Pani opisuje. 

W dyskusjach o przemocy wobec dzieci dotąd pojawiał się argument, że o ile w NRD zlikwidowano kary cielesne w 1949 r., to w RFN były utrzymywane do roku 1973. Tyle że w Niemczech Wschodnich nie trzeba było kar cielesnych w szkołach, jeśli istniała groźba odesłania dziecka do zakładu poprawczego.

Narratorka zastanawia się, czy jej matka, której znajome pracowały w zakładzie poprawczym, wiedziała, co się tam działo. Nauczyciele, pedagodzy, przedszkolanki – wszyscy mieli proweniencję NRD-owską i być może sami nie mogli poradzić sobie z przeszłością. Jednocześnie próbuje ona przełamać krąg przemocy, by nie powielać schematów wychowawczych opartych na surowości wobec własnej córki.

Opisuje Pani jeszcze jeden mechanizm – jak trudno wyjść z rodzinnego uwikłania i zacząć zadawać pytania o przeszłość bliskich.

Nasze pokolenie często słyszało, że powinniśmy się powstrzymać od wyrokowania, bo nie mamy pojęcia o wielu sprawach. Byliśmy dziećmi, gdy to się działo.

Rodzina narratorki była związana z systemem partyjnym NRD. Jej rodzice aprobowali system i byli jego beneficjentami. Dla nich, podobnie jak dla wielu rodzin niemieckich, wojna była decydującym doświadczeniem, kluczową fazą historii. „Nigdy więcej faszyzmu!” – powtarzał dziadek narratorki. Dlaczego więc wspierał system socjalistyczny? 

Narratorka próbuje zrekonstruować historię swojej rodziny. W czasie kwerendy archiwalnej zdaje sobie sprawę, jak o wielu rzeczach z przeszłości swojego dziadka nie wiedziała. I jak dużo w jej domu było milczenia.

Mimo bliskiej relacji z dziadkiem.

Ma też świadomość, że pewnych rzeczy nigdy się nie dowie. Zadaje pytania o własną tożsamość, co ją kształtowało i co wpływało na jej przekonania. Gdzie rozpoczyna się jej historia.

Z listów, które dostałam po publikacji książki, wiem, że dla wielu czytelników pytania o przeszłość rodziny, które zadaje narratorka, były inspiracją do własnych poszukiwań.

Zachęca Pani do kwerend archiwalnych. Czytanie materiałów Stasi nie jest jednak proste dla tych, którzy nie mają wiedzy historycznej.

Niektórzy sądzą, że akta Stasi są dokumentacją tamtego czasu. To oczywiście nieprawda, te dokumenty służyły konkretnym celom. Autor raportu chciał coś osiągnąć. Trzeba zrozumieć, że dokumenty nie powstawały po to, by kolejne pokolenia mogły się z nich dowiedzieć, jaka była wtedy rzeczywistość.

Młode pokolenie ma jednak prawo znać historię rodziny. Tym bardziej że dziadek czy babcia, a później także rodzice, nie chcieli na ten temat rozmawiać.

Od 1992 r. dwa miliony osób przejrzało dokumenty Ministerstwa Bezpieczeństwa, które dotyczyły ich rodzin. Łącznie w tej sprawie złożono 3,5 mln wniosków. 

Jako obywatele mamy prawo dostępu do tych archiwów. Jednak czy chcemy poznać prawdę?

W jednym z badań zapytano Niemców, na ile rozrachunek z historią przodków jest dla nich ważny. Siedemdziesiąt procent respondentów odpowiedziało pozytywnie. Jednak na pytanie, czy ich krewni byli zaangażowani w system narodowo-socjalistyczny, większość odpowiedziała, że nie – że byli w ruchu oporu, albo byli ofiarami. Tymczasem co szósty dorosły w 1989 r. był członkiem partii komunistycznej SED. Coś tu się nie zgadza, prawda? 

W jednej ze scen narratorka z NRD kładzie się na ziemi i prosi przyjaciółkę z RFN, by przejechała jej po odsłoniętym ramieniu na rowerze. To także opowieść o przyjaźni dwóch dziewczynek dorastających w dwóch różnych systemach i o nieumiejętności zrozumienia siebie nawzajem.

Kiedy zadała pani to pytanie, przyszło mi na myśl, że nawet w moim pokoleniu, które pamięta NRD, mówiło się np., że ktoś „pochodzi z rodziny o mocnej tożsamości chrześcijańskiej” i to było znaczące. Ludzie, którzy wychowali się w rodzinach nomenklaturowych, mówili o swoim pochodzeniu znacznie mniej. Zdarzało się, że ktoś wyznał, iż jego rodzice byli partyjni, ale rzadko.

„Kultura pamięci – jak Pani pisze – jest integralnym składnikiem niemieckiej świadomości”. Niemcy uważają, że jako naród rozliczali się ze swojej wojennej historii. Co z rozliczeniem się z historii NRD?

To jest wciąż problem. NRD bywa dalej idealizowana. Powiedziałabym nawet, że rozrachunek z historią NRD okazał się porażką. W Niemczech jesteśmy zwolennikami archiwizowania wszystkiego, nawet tych najgorszych dokonań. Historia NRD też jest dobrze udokumentowana. Wciąż jednak brakuje transferu z dyskursu naukowego do publicznego. I debaty publicznej o tym, jak naprawdę żyło nam się w NRD.

Czego dotyczy milczenie?

Gdyby zapytać ludzi, co się wydarzyło 17 czerwca 1953 r., większość być może nie wiedziałaby, że to data powstania robotniczego. Choć to jedno z najważniejszych wydarzeń powojennych Niemiec. Zwłaszcza w kontekście długiego trwania dyktatury NRD-owskiej i jej stabilności. Represje w czasach stalinowskich dotykały wielu ludzi. Jednak gdy o nie pytałam wśród starszych ludzi we Wschodnich Niemczech, zapadała cisza. Ten wielki strach lat 50. XX w. jest wciąż pod powierzchnią.

Także w interesie Zachodnich Niemiec było bagatelizowanie przeszłość NRD. Wszystko po to, żeby lepiej poradzić sobie z transformacją. Na pierwszym planie była trudna sytuacja gospodarcza Niemiec.

Narratorka płaci za potrzebę poznania prawdy wysoką cenę – zrywa relacje z rodziną. 

W czasie spotkań wokół książki czytelnicy przyznawali, że nić międzypokoleniowa jest niepewna. Moje pokolenie odbierało relacje ze swoimi rodzicami jako nietrwałe. Nie chcieli podejmować tematów z przeszłości, by nie zerwać relacji rodzinnych.

„Przemoc – to mojej córki nie spotka” – takie zakończenie jest możliwe?

Gdy zostajemy rodzicami, wracamy do własnego dzieciństwa. Rozliczamy się z nim, nie chcemy popełniać błędów naszych rodziców. Dorastałam z bardzo pozytywnym obrazem NRD. Być może nawet z przekazywaną mi tęsknotą. Czułam ciężar tych poszukiwań, ale były one też dla mnie uwalniające. Nie znajdziemy wszystkich odpowiedzi dotyczących przeszłości naszej rodziny, ale dzięki poszukiwaniom możemy ją lepiej zrozumieć.

Droga jest długa. Przed Niemcami ogromne wyzwania, także polityczne. Jesienią AfD może uzyskać w wyborach regionalnych w jednym z landów absolutną większość. Konsekwencje tego byłyby ogromne dla całej Europy. Odbiór książki i dyskusje wokół niej dają nadzieję, że jest wielu ludzi, którzy tego nie chcą i którzy są gotowi stawić czoła tej fali.

Anne Rabe – autorka dramatów, poetka, scenarzystka i eseistka. Jej debiutancka powieść „Die Möglichkeit von Glück” ukazała się w 2023 r. i znalazła wśród sześciu książek nominowanych do nagrody Deutscher Buchpreis.

Anne Rabe, ANATOMIA SZCZĘŚCIA, Znak Literanova // materiały prasowe

W szkołach, w domach, w umysłach  

Przed skutkami autorytarnego systemu edukacji w NRD ostrzegano ponad 40 lat temu. Edukacja, oparta na ścisłej kontroli państwa, formująca „socjalistycznego człowieka” (tj. posłusznego konformistę), zmilitaryzowana (szkolenie na poważnie już dla nastolatków) – była częstym tematem w pismach, które w latach 80. wydawała opozycja w NRD. Podejmowali go też duchowni ewangeliccy i katoliccy (tj. ci nieliczni gotowi narazić się władzy).

Jednak aż do jesieni 1989 r. – gdy także tu pokojowa rewolucja zniosła komunizm i doprowadziła w 1990 r. do jedności Niemiec – system w NRD trwał w postaci „kanonicznej”, także w edukacji. Ci młodzi zaś, którzy się buntowali, musieli liczyć się z represjami – nawet jeśli ich bunt był apolityczny. Paleta represji była szeroka: od zamknięcia drogi na studia, przez nakaz pracy, ośrodki „reedukacji”, aż po więzienie dla nieletnich w Torgau (dziś jest tam miejsce pamięci).

Zresztą mało kto się buntował, większość się dostosowywała. NRD istniała 40 lat i przez jej system edukacji – z kolektywnym przymusem, ideologicznym praniem mózgu i wpisaną w niego przemocą – przechodziły kolejne pokolenia. Ludzie tak formowani, normy i postawy ze sfery publicznej przenosili do domów, w sferę prywatną.

Bomba wybuchła szybko, już na początku lat 90.: pod postacią fali przemocy wśród młodzieży ze wschodnich landów. Jej ofiarą stali się zarówno inaczej myślący (konfrontacja skinheadów z młodzieżą lewicującą), jak też azylanci, którzy zaczęli masowo przybywać do Niemiec i byli kwaterowani w byłej NRD.

„Młodzi szukają sensu i autorytetów. Ale tu wszystkie autorytety zostały skompromitowane. Rodzice i w ogóle dorośli to dla młodych obłudnicy. Trzy lata temu zmuszali dzieci do udziału w komunistycznych organizacjach i rytuałach, a dziś mówią coś innego” – mówił mi jesienią 1992 r. Hans-Joachim Meurer z ewangelickiej Misji Miejskiej w Dreźnie, na co dzień pracujący z młodzieżą.

Ci, którzy wtedy byli młodymi dorosłymi, przekroczyli dziś pięćdziesiątkę. Wiele się w Niemczech wschodnich zmieniło. Ale gdy zastanawiamy się nad powodami, dla których tak wielu ludzi z byłej NRD jest gotowych głosować na AfD, partię odwołującą się w swej ofercie do autorytarnego modelu, warto uwzględnić i to, co działo się tutaj – w szkołach, w domach oraz w umysłach – przed rokiem 1989.

Wojciech Pięciak

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

Ilustracja na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 20/2026

W druku ukazał się pod tytułem: NRD jest w nas