Choć przed schludnymi domami jeszcze dumnie powiewają swastyki, niemiecka wyspa na Morzu Północnym musi już przyjmować uchodźców ze wschodnich rubieży Trzeciej Rzeszy. Mieszkańców Śląska czy Prus Wschodnich, uciekających przed Armią Czerwoną, nazywa się tu pogardliwie „Polakami” – cóż, miejscowi, czyli tak zwani Amrumerzy, nie należą do zbyt gościnnych.
Wyspa u kresu wojny
Przekonuje się też o tym rodzina małego Nanninga (Jasper Billerbeck), która musiała uciec na Amrum ze zbombardowanego Hamburga. Szanse, że ojciec, wysoki oficer SS, powróci z wojny, są niewielkie. A tymczasem matka chłopca (Laura Tonke) jest w zaawansowanej ciąży, kilkuletnie rodzeństwo chodzi głodne, więc to najstarszy Nanning musi wejść w rolę domowego zaopatrzeniowca. Zwłaszcza że poród zbiega się w czasie z wiadomością o śmierci Hitlera i matka Nanninga, zdeklarowana nazistka, popada w podwójną depresję.
„Amrum” to skromne kino, którego bohaterem tak naprawdę jest samo miejsce akcji – oddychające czystym morskim powietrzem i niby wyizolowane, lecz jednocześnie miotane z oddali przez wielkie historyczne zmiany. Patrzymy na wyspę oczami chłopca, który musi mierzyć się zarówno z odrzuceniem przez ksenofobicznych lokalsów, jak i z krachem opowieści o Niemczech wielkich i niepokonanych. A przede wszystkim z codziennymi niedoborami – rodzina Nanninga, w przeciwieństwie do miejscowych, nie posiada gospodarstwa ani nie para się rybołówstwem.
Kiedy zdołowana matka w połogu odmawia przyjmowania jedzenia, dwunastolatek jest gotowy na wszystko, by spełnić jej jedyną zachciankę, czyli zdobyć kromkę białego chleba z masłem i miodem. Zwłaszcza ten pierwszy specjał okazuje się na wagę złota – wszak cała pszenica została wysłana na front.
Historia z dzieciństwa
Wokół tych dziecięcych zabiegów kręci się akcja filmu Fatiha Akina, twórcy z Hamburga, ale o tureckich korzeniach, znanego z „Głową w mur” (2004) czy dokumentu o Stambule „Życie jest muzyką” (2005). Co mogło sprawić, że reżyser najchętniej podejmujący wątki imigranckie i transkulturowe zajął się przeżyciami niemieckiego chłopca u schyłku II wojny światowej?
Otóż współscenarzystą filmu był Hark Bohm, zaprzyjaźniony z Akinem niemiecki reżyser i aktor, grający ongiś także u Fassbindera, Kusturicy, Herzoga. Sam również pochodził z Hamburga, wychował się właśnie na wyspie Amrum i w 2024 roku opublikował powieść (napisaną wspólnie z Philippem Winklerem), opartą na wspomnieniach ze swojego dzieciństwa. Zmarł ledwie pół roku temu, lecz zdążył jeszcze pojawić się w finałowej scenie, nadając sfilmowanej historii bardziej osobisty ton.
Wszyscy możemy być uchodźcami
Jednakże przeniesienie na ekran tej akurat książki mogło nie być ze strony Akina jedynie przyjacielskim gestem. Podobnie jak niewielka rola Diane Krüger, gwiazdy wcześniejszego filmu tego reżysera, „W ułamku sekundy” (2017). Tak naprawdę jest bowiem „Amrum” refleksyjnym filmem o migracjach – z Niemiec do USA, z Hamburga na Amrum, z ziem utraconych na skutek wojennej zawieruchy w głąb Niemiec...
I wcale nie użala się nad niemieckim losem – jednym z etapów dorastania głównego bohatera będzie uświadamianie sobie, co kryło się za ojcowskim bohaterstwem i rodzinnym patriotyzmem. Oglądamy mocno wyciszony film o utracie niewinności. Piękno natury kryje w sobie brutalność (przez ruchome piaski i przypływy można stracić życie), walka o fizyczne przetrwanie oznacza zabijanie zwierząt, a odkrycie rodzinnej tajemnicy będzie brutalną deziluzją dla gorliwego członka Jungvolku zaczytanego w „Mobym Dicku”.
Może więc Fatih Akin traktuje tę opowieść po prostu niczym ostrzeżenie – bo wszyscy przecież, i ci niewinni, i ci ślepo wierzący w nienawistne ideologie, są potencjalnymi uchodźcami.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.



















