Sowa płomykówka jako gwiazda filmowa

Lloyd Buck, hodowca: Lilly uwielbia latać, ale nie znosi siedzieć bez ruchu i pięknie wyglądać, a tego w filmie potrzeba do ujęć portretowych. Ma na nie bardzo niską tolerancję. Rozgląda się nerwowo pytając: nooo dobra, to co dalej robimy?
Czyta się kilka minut
Sowa płomykówka // Fot. Milan / Adobe Stock
Sowa płomykówka // Fot. Milan / Adobe Stock

Maria Hawranek: Podobno pierwszą płomykówkę miał Pan jako nastolatek. Jak to się stało?

Lloyd Buck: Wychowałem się na wsi nieopodal Colchester w Essex, na wschodzie Anglii. Rodzice mieli kawałek ziemi, brat trzymał konie. Wszyscy w okolicy wiedzieli, że jestem chłopakiem od ptaków. Gdy okazało się, że u pewnego hodowcy nieopodal płomykówka w czasie oblatywania uderzyła w druciany płot i złamała skrzydło na tyle mocno, że nigdy więcej nie będzie mogła latać, znajomy nas połączył. Przygarnąłem ją, a właściwie to jego – miał na imię Kapitan.

Jaki miał charakter?

Był bardzo potulny i przyjacielski. Co dzień, zanim wyszedłem do szkoły, wypuszczałem go z woliery – szedł przez cały trawnik w kierunku wierzby, która rosła pośrodku ogrodu, wspinał się na gałąź i spał tam cały dzień. Popołudniu, gdy wracałem, wspinałem się jakieś 20 stóp na drzewo, brałem go na rękę i schodziliśmy razem – wkładałem go do woliery i karmiłem. Pewnego dnia wracam ze szkoły, a Kapitana nie ma na drzewie. Gdzie się podział? Przecież nie umie latać! I wtedy usłyszałem, jak woła mnie z woliery. Nauczył się schodzić! Czekał, aż przyjdę z jedzeniem.

Opiekowałem się nim aż do śmierci. Codziennie powtarzaliśmy ten sam rytuał, aż do moich ostatnich szkolnych lat.

Czyli od małego ciągnęło Pana do ptaków?

Tak, od zawsze miałem z nimi dobry kontakt, czułem między nami jakiś rodzaj pokrewieństwa i bardzo mnie pociągały. Od małego dobrze je rozumiałem i byłem w stanie zbudować z nimi bliską więź, czytać ich sygnały i pracować z nimi.

Dlatego poszedł Pan się uczyć w British School of Falconry w Kent?

Trafiłem tam, bo miałem myszołowa zwyczajnego, samicę. Gdy próbowałem ją oblatywać, siadała na drzewie i zupełnie mnie ignorowała przez większość czasu. Mój tato stwierdził, że muszę coś robić nie tak. Dlatego zapisałem się do tej szkoły i każdego roku spędzałem trzy tygodnie na kursie nauki sokolnictwa. Miałem 13 lat, kiedy poznałem podstawy oblatywania ptaków drapieżnych.

Pierwsza Pana praca też pewnie była związana z ptakami?

A właśnie, że nie! Najpierw pracowałem dla taty, który był krawcem w Londynie. Szybko odpuściłem sobie szkołę, bo nie szło mi tam najlepiej. Prawdę mówiąc, to jej nienawidziłem – chciałem być na polach z moimi ptakami przez cały czas. Pracowałem z tatą do czasu, gdy musiał zawiesić biznes, bo moja mama poważnie zachorowała. Wtedy i ja poszukałem pracy lokalnie, i rzeczywiście była to już praca z ptakami – opiekowałem się kurami na wolnym wybiegu na farmie.

Później wytrenowałem puchacza, by lądował mi na ręce. Poproszono mnie, bym wytrenował do tego samego sroki do filmu dokumentalnego o zwierzętach. Przeprowadziłem się do Bristolu, gdzie wychowałem 12 srok. To miała być praca na sześć miesięcy, ale trwała rok. Wtedy poznałem Rose, moją żonę, z którą jesteśmy razem od 35 lat.

Ile ptaków mają Państwo w domu?

Ojej, muszę sobie zwizualizować, gdzie który mieszka, żeby nikogo nie pominąć. Mamy cztery jastrzębie, pustułkę, siedem szpaków, z których dwa są bardzo stare – mają ponad 18 lat. Arnie i Arthur oficjalnie są już na emeryturze – mają zbyt duży artretyzm, by latać, mieszkają więc tu obok domu. Mamy dwa sokoły wędrowne, jednego białozora, czyli sokoła norweskiego, cztery dudki, kobuza Eryka, płomykówkę Lilly, puszczyka zwyczajnego Hectora, dwa gołębie – synka i jego 18-letniego tatę, jego mama zmarła w wieku 22 lat. Kruka Branga i gawrona Onyxa, odratowanego z dziczy.

Ale długowieczne te ptaki!

No! Kiedyś miałem orła sawannowego Sashę, który dożył 35 lat. A był u mnie od 10. dnia życia.

Większość z nich to ptaki z hodowli?

Tak, z wyjątkiem Onyxa i dwóch starych szpaków – dostaliśmy licencję na pozyskanie ich z dziczy.

Wszystkie występują w filmach?

Większość z nich. W filmie dokumentalnym też są mody – np. dwa lata temu był czas, że wszyscy chcieli pracować z sokołami wędrownymi, a teraz nie dostajemy żadnych propozycji. Wcześniej była wielka faza na szpaki, a teraz nic. Ale niektóre ptaki zawsze mają wzięcie – jednym z nich jest nasza płomykówka Lilly. Co roku ma robotę, a najczęściej kilka. Kruk Brang też ma co robić.

Dlaczego Lilly wciąż dostaje angaże? Widziałam ją już w kilku filmach.

W sowach jest coś urzekającego, co fascynuje ludzi od wieków. A płomykówki są niezwykle fotogeniczne – wspaniale prezentują się przed kamerą.

Proszę o niej opowiedzieć.

Ma 10 lat, czyli jak na płomykówkę jest w wieku średnim. Widziała pani dokument „Super Powered Owls”, który zrobiliśmy dla BBC Natural World? W nim wzięła udział Kenza, ale ona już zmarła. Dożyła 20 lat. Lilly wychowaliśmy razem z siostrą Luną. Od wyklucia z jajka pracowaliśmy z nimi na potrzeby filmu dokumentalnego. Uczyliśmy ich używania słuchu w taki sposób, w jaki robią to płomykówki na wolności. To bardzo nietypowe dla płomykówek w niewoli.

Jak to zrobiliście?

Nauczyliśmy je reagować na mały biper, zdalnie kontrolowane pudełeczko dźwiękowe, tak by mogły lokalizować dźwięk bez widzenia jego źródła. Nikt inny tego nie dokonał z sowami w niewoli – wszystkie lecą na rękawicę. Lilly jest bardzo mądra i potrafi zarówno latać na rękawicę, jak i na biper. Luna, jej siostra, reagowała tylko na biper i tak nauczyła się sama polować na jedzenie. 

W pewnym momencie wybrała wolność – uleciała w dzicz. Od kilku lat nic o niej nie słyszeliśmy, może żyje tam nadal gdzieś blisko nas – została w naszej dolinie, bo tu ma dobre tereny łowieckie. Ostatnio widzieliśmy ją trzy lata temu. Rozpoznaliśmy ją po niebieskiej obrączce na nodze. Nie podleciała do nas, bo jest już dzika, więc nie zbliża się do człowieka.

Pan wymyślił ten cały patent z biperem?

Tak. Zrobiliśmy to po raz pierwszy 20 lat temu. Oczywiście na skrzyneczce czeka nagroda – najczęściej mysz. To jej ulubione danie. Mamy w garażu wielką zamrażarkę pełną pożywienia dla ptaków – dostawa przyjeżdża raz na dwa miesiące. Lilly je z reguły jedną mysz rano, drugą – wieczorem, chyba że jest upalnie, wówczas nie ma aż takiego apetytu i najada się jedną. W ostre zimy, które u nas zdarzają się bardzo rzadko, potrzebuje trzech myszy dziennie, by nie stracić na wadze.

A Lilly też poluje sama?

Oczywiście! Można powiedzieć, że efektem ubocznym tego, że nauczyliśmy ją używać słuchu zgodnie z jej naturą, jest to, że potrafi polować. I to robi. Szczególnie nocą. A że często kręcimy nocą, to musimy brać pod uwagę, że w pewnym momencie Lilly może się ulotnić. Nudzi jej się latanie za biperem, więc sama wybiera sobie prawdziwą ofiarę i na nią poluje, zwykle nornika lub mysz. Tracimy ją z pola widzenia, bo nawet w noce z pełnią księżyca ludzkie widzenie jest ograniczone, nie widać jej nawet przy kamerach z podczerwienią. Znika na pięć minut, pół godziny albo i godzinę. Rose chodzi wtedy po polach i ją nawołuje. Nagle pojawia się znikąd i ląduje jej na ramieniu.

Można kręcić dalej?

Raczej nic więcej tej nocy nie zrobi, bo już ma pełny brzuch i nie interesuje jej latanie do bipera z pożywieniem.

Mówi Pan, że przylatuje do Rose. Ale w odcinku serii „How do animals do that” widziałam, jak pracuje z Panem.

Bo Rose woli mnie wysyłać przed kamerę, ale to ona jest jej mamą i partnerką. Luna była moja.

Podoba mi się ta niezależność Lilly. Ekipa filmowa się nie wścieka?

A gdzie tam, pracujemy z tymi samymi ludźmi od lat i wszyscy ją znają, wiedzą, że robi, na co ma ochotę. Dlatego zakładamy, że przeciętnie sekwencja z Lilly zajmie trzy albo cztery wieczory, bo w pewnym momencie znudzi się tym, co robimy na planie, i poleci w plener.

Nie boi się Pan, że nie wróci?

Ponieważ Lilly ma niezależny umysł i robi, co jej się podoba, istnieje ryzyko, że wybierze wolność podobnie jak jej siostra, choć sądzę, że w miarę, jak się starzeje, prawdopobieństwo maleje. Tym bardziej że ma silną więź z Rose. Poza tym lata na swoim gruncie – w naszej dolinie, więc zna tu każde drzewo i na pewno się nie zgubi. 

Nigdy nie wypuszczamy jej na obcym terenie, jedynie tutaj albo w studio. Jest bardzo aktywna, uwielbia latać, za to nie znosi siedzieć bez ruchu i pięknie wyglądać, a tego trzeba do ujęć portretowych. Ma na nie bardzo niską tolerancję – rozgląda się nerwowo, jakby pytając: nooo dobra, to co dalej robimy? Dlatego postanowiliśmy, że w tym roku zdobędziemy następną samicę płomykówki, którą wyspecjalizujemy w bardziej statycznych ujęciach.

Kiedy zaczął się trening Lilly?

Od momentu, gdy wykluła się w inkubatorze, a dokładniej gdy była w stanie doczołgać się do dźwiękowego pudełka, czyli mniej więcej od dziesiątego dnia życia. Za każdym razem, gdy dostawała pokarm, prezentowano jej dźwięk bipera, tak aby wdrukował się w jej świadomość i trwale powiązał z pokarmem. Kiedy miała dwa-trzy tygodnie, rozumiała już doskonale, że biper oznacza jedzenie. Z czasem można robić to, co my teraz z Lilly – ukrywamy pudełeczko gdzieś w trawie, emitujemy dźwięk, a ona znajduje go bez pudła. Aby to zadziałało, trzeba być naprawdę zdyscyplinowanym i trzeba zacząć od maleńkiego ptaka – nie da się tego wdrożyć, gdy dorasta.

Płomykówki to jedne z najbardziej popularnych gatunków sów, występują na wszystkich kontynentach oprócz Antarktyki. Ich zdolność polowania ze słuchu jest niezwykła. Skąd bierze się ta supermoc?

Na twarzy ma dyski, które przyjmują piękny kształt serca. Na krawędziach jest pełno piór, które nazywamy kryzą – to ona przekierowuje dźwięki do każdego ucha. Uszy płomykówek są delikatnie asymetryczne, więc dźwięk dociera do jednego z nich o ułamek sekundy wcześniej niż do drugiego, co pozwala lokalizować im dźwięk w trzech wymiarach. 

Tak jak my patrzymy na coś po drugiej stronie pokoju – na podłodze, na dywanie czy na ścianie – tak płomykówki mogą dostrzec coś, co znajduje się na ziemi, tylko za pomocą uszu. Nie muszą widzieć swojej ofiary. Z Kenzą i Lilly kręciliśmy ujęcia w całkowicie zaciemnionym studio – bez sztucznego światła czy światła księżyca. I tak potrafiły zlokalizować biper w tych egipskich ciemnościach.

Mają jeszcze jakieś inne supermoce?

Są bardzo nośne. Mają taką stożkowatą grzywkę na końcu każdego pierwszorzędnego i drugorzędnego pióra lotnego. Ta „grzywka” rozprasza turbulencje tworzone przez lot, dzięki temu lecą bezszelestnie. Jeśli połączysz to z umiejętnością bardzo niskiego lotu, okazuje się, że są bardzo nośne i nie potrzebują zużywać zbyt dużo energii, by latać. No a do tego mają bardzo bystry wzrok. To wszystko czyni je nocnymi myśliwymi wyjątkowej klasy.

Czy to niezwykłe upierzenie ma jakiś minus?

Jak to zwykle w przyrodzie bywa – tak. Te bezszelestne pióra nie są wodoodporne. To oznacza, że jeśli tu, na południu Anglii, mamy bardzo deszczowe lato, populacja płomykówek się załamuje, bo rodzice nie są w stanie polować tak intensywnie jak zwykle, gdy karmią sowiątka. W suchsze lata mamy z kolei populacyjny boom. Czyli jest taka naturalna fluktuacja.

Na filmach widziałam, że Lilly, potrafi przecisnąć swoje długie skrzydła przez bardzo wąską szczelinę między drzewami. Co najmniej jakby ćwiczyła jogę!

Najpierw słyszy ofiarę, momentalnie ją lokalizuje i zaczyna lecieć w jej kierunku. Kiedy stopniowo się obniża, by dokonać skoku, nagle przyspiesza. To zupełnie nietypowe – większość ptaków zwalnia dobijając do gruntu. A ona wyciąga stopy na przód, umieszczając je dokładnie między swoimi oczami, czyli idealnie w kierunku, z którego dobiega dźwięk, i dosłownie w ostatniej sekundzie zamyka oczy i pociąga skrzydłami nagle do tyłu, tak, aby je chronić przed uderzeniem o glebę – dzięki temu może zanurkować stopami głęboko w trawę i wyłowić z niej to, czego szuka. Uderza ofiarę z siłą dwunastokrotnie większą niż masa jej ciała. Nie musi jej już potem zabijać, wystarczy to uderzenie stóp.

Jak wygląda życie rodzinne płomykówek?

Poza sezonem lęgowym każda ma swoje terytorium i jest dość niezależna. W czasie godów łączą się w pary, które pozostają sobie wierne przez dość długi czas. Zwykle, dopóki jedno z pary nie umrze albo na terytorium samicy nie pojawi się np. młodszy, bardziej atrakcyjny samiec, lub odwrotnie. Zależnie od lata, mogą mieć od dwóch do siedmiu sowiątek. Jeśli zima była bardzo mokra i zalało populację norników, ich głównego pożywienia, wówczas sów urodzi się mniej. Pisklęta wykluwają się raz do roku.

Jaki jest rytm opieki nad ptakami każdego dnia?

To zależy od gatunku i pory roku. Lilly lata przez większość roku z wyjątkiem przełomu maja i czerwca, kiedy zrzuca pióra, i połowy kwietnia, kiedy robi się trochę ponura. Przez te kilka tygodni w roku jej nie filmujemy.

Czemu pogarsza jej się nastrój w kwietniu?

Może składać jaja, ale są są niezapłodnione. Rok temu złożyła pięć. Nie chce wtedy robić nic innego i ani myśli opuszczać woliery.

Lilly jest bezpłodna?

Nie. Ale wybrała sobie za partnerkę życiową Rose i nie szuka nikogo innego. Nie lubi innych płomykówek, nie chce mieć z nimi nic do czynienia. Uważa je za intruzów na swoim terytorium.

Co robicie z jajkami?

Na pewno ich nie jemy. Czasem rozdajemy znajomym na pamiątkę, a oni robią z nich wydmuszki. Zwykle jednak po prostu je wyrzucamy.

A jak je wyjmujecie?

Nie możemy dopuścić, by Lilly na nich siadła, bo wówczas jej nastrój już kompletnie oklapnie. Zatem jeśli masz niezapłodnione jaja, musisz jak najszybciej je usunąć z gniazda, żeby mama się do nich nie przywiązała. Szczęśliwie akurat Lilly nie wykazuje zbyt dużego zainteresowania jajami po złożeniu, więc nietrudno je wyjąć z jej gniazda. 

W przeciwieństwie do naszej orlicy przedniej Tilly, która ma 25 lat i właśnie dziś złożyła po raz trzeci w życiu jajko. Z nią muszę być bardzo ostrożny. Jestem jej partnerem na całe życie, więc całkowicie mi ufa. Ona jest potężną samicą, która w oczywisty sposób zrobi się bardzo defensywna, jeśli zobaczy, że coś podejrzanego dzieje się koło jej gniazda. Muszę bardzo uważać, żeby nie nadszarpnąć jej zaufania. Orły są szalenie inteligentne, powiedziałbym, że na szerokim spektrum inteligencji. Wiedzą więcej niż sowy.

To jak Pan to zrobi?

Musze poczekać, aż się ściemni, pójdę tam pewnie, jak skończymy rozmawiać. Będę do niej miło mówił przez kilka minut, pozwoli mi podejść do siebie i wtedy muszę dokonać kuglarskiej sztuczki – podłożyć jedną dłoń pod druga, tak aby nie spostrzegła, że podbieram jajko.

I nie wpada w depresję, jak widzi, że jajko zniknęło?

Nie, jakoś to akceptuje: nie ma go i już. Zdaje się, że ptaki nie żywią wobec potomstwa takich samych emocji jak ludzie, a ja staram się zapobiec nawiązaniu emocjonalnej więzi, nie pozwalając na to, by zbyt długo przebywały z jajkiem.

Rozumiem. Wróćmy do rytmu dnia.

Rano czyścimy wszystkie klatki, ważymy ptaki, karmimy i je oblatujemy – mówimy o tym, że „robimy ptaki”. Wieczorem – to samo. Zimą dni są krótsze, więc kończymy wcześniej, ale za to między „robieniem ptaków” nie ma czasu, by się stąd gdzieś wyrwać. O, Rose właśnie weszła do domu, a jest przed 20. Gdybym jej pomógł, wyrobiłaby się wcześniej, ale niewiele. Latem, kiedy dni są długie, robimy różne rzeczy pomiędzy porannym a wieczornym obchodem.

Nigdy nie wyjeżdżacie razem na wakacje, Pan i Rose, prawda?

Prawda. Jesteśmy małżeństwem od 28 lat i nigdy nie byliśmy razem na wakacjach. Nie mamy żadnych wolontariuszy ani innych pomocników, którzy zajmowaliby się naszymi ptakami. Jakoś nam to nie działa. Nasze ptaki są z nami bardzo związane, nie przepadają zresztą za wizytami obcych osób na swoim terenie. Tylko moja wnuczka jest w stanie nam pomóc, dobrze się na nich zna. To częściowo wynika z naszego charakteru – i ja, i Rose lubimy nawzajem nasze towarzystwo. Nie przepadam za dużymi spędami ludzi. Zawsze taki byłem. Pewnie dlatego dobrze dogaduję się z ptakami.

 

Lloyd Buck // archiwum prywatne

Lloyd Buck jest ptasim behawiorystą, hodowcą i trenerem, zajmuje się trenowaniem ptaków od ponad 20 lat. Razem z żoną Rose wzięli udział w ponad setce dokumentalnych produkcji telewizyjnych i filmowych, m.in. dla BBC, BBC Earth, CBBC, Nat Geo Wild, Channel 5, Netfliksa. Mają ptasi zespół specjalnie wytrenowany do pracy filmowej w terenie i w studio.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

1.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 29.90 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz
0.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 0.00 zł

TP Online: Dostęp roczny online

Ilustracja na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 20/2025

W druku ukazał się pod tytułem: Obsada z polotem