„Solenoid” to rajd bez trzymanki, ucieleśnienie dziecięcych marzeń

„Solenoid” jest odtrutką na zalew literatury miałkiej, poprawnej i wtórnej. Ale nie tylko o czytelniczą satysfakcję tu chodzi. Ta powieść jest czwartym wymiarem.
Czyta się kilka minut
Mircea Cărtărescu, „Solenoid”, tł. Joanna Kornaś-Warwas. ArtRage // materiały prasowe
Mircea Cărtărescu, „Solenoid”, tł. Joanna Kornaś-Warwas. ArtRage // materiały prasowe

Oto jedna z tych książek, wobec których trzeba się zadeklarować: miłość albo nienawiść. Jeśli lubisz poetykę snu i umiesz odpuścić kontrolę, pozwalając się prowadzić przez mocno rozgałęziony labirynt, w którym raz za razem trafia się ślepa odnoga – nie pożałujesz. 

Trzeba tylko wskoczyć bez zastanowienia w głąb tej króliczej nory, która ostatecznie okazuje się termitierą. Bawiłam się przednio, jak każdy, kto w świecie realnym nie odpuszcza okazji, by wściubić nosa w opuszczone miejsca. „Solenoid” jest jak odtrutka na zalew literatury miałkiej, poprawnej i wtórnej. Ale nie tylko o czytelniczą satysfakcję tu chodzi. 

Główny zamysł ujawnia się już w języku, jaki narzuca się do opisu doświadczenia lektury: jest on bowiem architektoniczny. Po trosze realna, częściowo widmowa struktura Bukaresztu ery Ceaușescu, z bujnym życiem podziemnym, inkrustowanym w kilku miejscach solenoidami, czyli czymś na kształt tech-czakramów, służy za scenerię opowieści – ale na równi z architekturą umysłu narratora i zarazem głównego bohatera.

W konwencjonalnym życiu to niespełniony pisarz, zatrudniony jako nauczyciel języka rumuńskiego w podstawówce na peryferiach, mieszkaniec domu w kształcie parowca, pod którym tkwi jeden z solenoidów. Surrealistyczne relacje z pokoju nauczycielskiego, korytarzy i klas, wraz z opowieściami o nauczycielach i podopiecznych, niepozbawione komizmu, powinny ucieszyć wszystkich, którzy zaznali publicznej edukacji w czasach PRL-u i wskutek tego nadal zdarza się im błądzić we snach po woniejących lizolem korytarzach tysiąclatek. 

Ale istnieje też rewers tej monotonnej egzystencji, gdzie – jak w pewnej opuszczonej fabryce sąsiadującej ze szkołą – na odwiedzających czekają rozliczne atrakcje, choćby w postaci żywiących się bólem foteli dentystycznych oraz ludzkich płodów i pajęczaków gargantuicznych rozmiarów (bodaj najbardziej sugestywny motyw entomologiczny od czasów „Piaseczników” George’a R.R. Martina). 

Bez obaw, nie spoiluję. Fabuły „Solenoida” nie da się streścić. Choć stwierdzenie „niepodobne do niczego wcześniej” też nie jest do końca prawdziwe, bo sporo tu znajomych odwołań, począwszy od Borgesa, Mallarmégo, Kafki, Hoffmanna i Pessoi, po Pynchona, którego sam Cărtărescu wymienia często w wywiadach jako ulubionego autora.

Halucynogenne miasto-matryca (przypominające fantasmagorie z rysunków Monsù Desiderio) oraz matryca mózgu nakładają się na siebie. Jedno i drugie zawiera w sobie cały świat. Z perspektywy ezoterycznej „Solenoid” jest też rodzajem podróży prowadzącej do przemiany, podporządkowanej starej jak świat zasadzie kosmicznej ekwiwalencji: „jako i na górze, tako i na dole”. Stąd tak liczne nagromadzenie rozważań wychodzących od mikrokosmosu ciała, nie tylko zresztą ludzkiego, ku prawom rządzącym wszechświatem, a także poszukiwań czwartego i piątego wymiaru egzystencji. 

W przestrzennych odniesieniach, opisach wędrówek po mieście i mózgu, gdzie zakazany, niedostępny pokój oznacza umysł, można dopatrzeć się odwołań do świętej geografii wraz z jej symboliką, obecnej zwłaszcza w hinduskiej mistyce. Wydzielony obszar, wokół którego się pielgrzymuje, jest zarazem kosmosem, każdorazowo odtwarzanym przez pielgrzymującego w trakcie rytuału. 

Koncepcja solenoidów bliska byłaby pojęciu pith, miejsc mocy (i centrów pielgrzymkowych), wspólnych dla hinduistycznych i buddyjskich tradycji. Istnieją one zarówno w konkretnych geograficznych miejscach, jak i symbolicznie. Idąc tym tropem dalej, w niektórych praktykach tantrycznych mamy też do czynienia z nakładaniem makrokosmicznej mapy na własne ciało i przekształcaniem jego elementów w odpowiedniki świętych punktów. 

Stąd, być może, obsesyjnie powracający w „Solenoidzie” motyw tatuowania, zarówno powierzchni skóry, jak i wnętrza. Tatuaże tworzą mapy. Pochłaniając książkę, czytelnik krąży jednocześnie po głowie autora, dokonując na niej trepanacji. Pojawia się też motyw innego narzędzia, jakim jest mantra w postaci słowa „help”, powtarzanego przez udręczony tłum mieszkańców Bukaresztu, buntujących się przeciwko śmierci. Autor powtarza je na dziesięciu stronach książki. Ambicje Cărtărescu sięgają daleko: sama powieść ma być czwartym wymiarem.

Według psychoanalitycznego klucza można ją odczytywać jako próbę dotarcia do O, czyli Ostatecznej Rzeczywistości z prac Wilfreda Biona, której nie sposób objąć umysłem, dostępnej tylko przez przybliżenia i przekształcenia. I jak zagadkowy manuskrypt odkryty przez polskiego antykwariusza Michała Wojnicza – ważny motyw powieści – „Solenoid” też ma skrywać zaszyfrowaną w języku prawdę o mechanizmach rządzących światem i stworzeniem. Mistyczną pielgrzymkę napędza zwykle pragnienie wyzwolenia. 

Czaszka, w której kryje się mandala mózgu, a w niej pokój umysłu, jest zarazem więzieniem. Podobnie Bukareszt, miasto mistyczne, o dwoistym, rajsko-piekielnym obliczu. Na dożywotnie więzienie, z nieuchronnym starzeniem się i śmiercią u kresu drogi, skazuje też sama ludzka kondycja. Wyzwolenie może mieć wyłącznie formę samozbawienia, jak w powracającej w fabule historii o więźniu, który uciekł, rozszyfrowując sygnały dobiegające zza muru (które, jak przekonuje się już na zewnątrz, były przypadkowymi dźwiękami morza). Wizja Cărtărescu jest mocno gnostyczna. 

W jego kosmologii strażnik, czyli domniemany Stwórca, ma raczej postać demiurga, traktującego stworzenie obojętnie, co najlepiej ilustruje kafkowska transformacja bohatera w pasożyta pod nadzorem szalonego antykwariusza, który, współczując kolonii świerzbowców na własnej skórze, chciałby otworzyć przed nimi świat wykraczający poza ich nieszczęsną egzystencję, czwarty wymiar dla nanoskali. Próba zaniesienia dobrej nowiny pozostałym świerzbowcom, nieświadomym istnienia swoich żywicieli, kończy się fatalnie. Na początku była przemoc prowadząca do śmierci i tak już zostanie – czy to kosmos, czy nanoskala. Tylko zakończenie odbiega od tego trybu rozumowania – wielu może odebrać je jako wręcz rozczarowujące.

„Solenoid” to rajd bez trzymanki, ucieleśnienie dziecięcych marzeń każdego książkowego mola o rzeczonym manuskrypcie, którego karty, pełne cudownych i przerażających obrazów, ożywają w trakcie lektury. Ale może też być tak, że siedemset stron już po kilku akapitach wydadzą się czytającemu bełkotem – choćby przez nadmiar barokowych fraz. Fragmenty zbyt chaotyczne, miejscowe dłużyzny czy językowe rozpasanie narrator usprawiedliwia szczwanym chwytem formalnym: całość jest jakoby rodzajem pamiętnika, zapisywanego przezeń w kolejnych zeszytach i nieprzeznaczonego bynajmniej dla zewnętrznego oka. 

Wielki Rumun (sądzę, że ten przydomek należy się Cărtărescu bez przekąsu) jest autorem starej daty, który pisze po bożemu, odręcznie, a nawet bez skreśleń, prowadząc odbiorcę przez labirynt świadomości i nieświadomości zbiorowej wydeptanymi samodzielnie ścieżkami. 

Te same wątki, obsesje i motywy, które znaczą jego opus magnum, widać już w debiutanckim „Travesti” (polskie wydanie 2007, również w przekładzie Joanny Kornaś-Warwas). Wplata on też często w fabuły wątki z osobistych dzienników, prowadzonych od wczesnej młodości, wraz z sennymi retrospekcjami, nadreprezentowanymi w „Solenoidzie”, co daje rodzaj zmitologizowanej autobiografii. Rezultat siedmiu lat pracy to ucieleśnienie fantazji o dziele totalnym, które „byłoby pejzażem, nie mapą”. 

Wiąże się z tym rodzaj literackiego manifestu. „Tekstami, które należałoby czytać, są wyłącznie te nieartystyczne i nieliterackie, surowe i niemożliwe do zrozumienia, te, których autorzy musieli być szaleni, by je napisać. Gdyby młodzieńczy poemat narratora został dobrze przyjęty, jego kolejne dzieła trafiłyby do podręczników, on sam zaś, wędrujący z jednych targów książki na drugie, między spotkaniami autorskimi i debatami, dałby się porwać grze świateł i doskonałości”, zdobyłby świat „poprzez stopniową utratę własnej duszy”.

Pomijając interpretację mistyczną, w której narrator przedkłada wędrówkę drogami wewnętrznej alchemii nad wydobycie słów, ostentacyjne odrzucenie rozpoznawalności jest gestem radykalnym. Nie tylko jako pociecha dla grafomanów. Jest przypomnieniem, skąd wyrasta literatura. W rzeczywistości coraz bardziej zdominowana przez przymus stania się literacką marką – czytaj: produktem, który trzeba bez ustanku performować, by przypominać o swoim istnieniu i ścigać się z maszyną – twórczość jako czynność zwrócona wyłącznie lub przede wszystkim do wnętrza to deklaracja brzmiąca co najmniej wywrotowo.

Zwłaszcza że pochodzi od autora, który w odróżnieniu od protagonisty-pariasa osiągnął sukces. Mogła robić wrażenie już w 2015 r., gdy „Solenoid” miał swoją premierę. A co dopiero dziś. 

Mircea Cărtărescu, SOLENOID, tłum. Joanna Kornaś-Warwas, ArtRage 2026 

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

1.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 1.00 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz
0.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 29.90 zł

TP Online: Dostęp roczny online

Grafika na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 22/2026

W druku ukazał się pod tytułem: Miejsce mocy

Artykuł pochodzi z dodatku Książki w Tygodniku 1/2026